Kruk. Przyleciał, z wiadomością dla niej. Z jego herbem. Otworzyła go, niemalże rozszarpując cienki pergamin. Ogień chroni lepiej. Wiedziała.
***
-Janyce.-westchnęła ciężko zwracając się do rozczesującej jej włosy kobiety.-Muszę wracać.
Szczotka wypadła jej z ręki i upadła na posadzkę, odbijając się i tworząc tym samym spore echo. Niebieskowłosa położyła jej dłoń na ramieniu.
-Nie możesz.-w jej głosie słyszała przerażenie.-Wiesz jakie konsekwencje poniesiesz gdy ludzie Rada dowie się, że Matka uciekła?
-Niewyobrażalne.-z goryczą potwórzyła słowa poprzedniej Matki, Mamehy.-Ale nikt nie powiedział, że mam zamiar uciec jako Matka, prawda?
***
Deszcz był niewiarygodnie silny. Właściwie to nie był deszcz - to była potężna burza. Nienawidziła rozświetlających niebo błyskawic, huku. Usiadła na oknie.
-Koń jest osiodłany?-spytała nieufnie. Janyce potaknęła. Teraz ona będzie Matką. Eilistraee nie wiedziała, przez jak długi czas - siedemnastolatka może nie dać rady. Nie okłamujmy się - ona nie pociągnie tu długo na takiej pozycji. Zeskoczyła nie zastanawiając się dłużej. Do portu nie było daleko. Pogalopowała w jego stronę. Nie miała na sobie szat - miała na swoje męskie ubranie do jazdy. Włosy splecione w warkocz. Żadnej biżuterii. Była Christą.
***
Nienawidziła podróży statkiem. Na domiar złego, trafiła jej się podróż małym, handlowym okrętem wśród zapasów ryb i mięsa. Obrzydliwe.
Jechała spokojnie lasem. Świt. Uwielbiała świt, światło dnia chociaż preferowała mrok. Przynosząca światło, wolała ciemność. Podniosła wzrok. Tourine. Wznosiło się nad nią, mimo wszystko gdzieś daleko, we mgle. Zrzuciła z siebie płaszcz. Nikt nie był w stanie zorientować się, że jest Eilistraee. Dała łydki ciemnogniademu ogierowi. Koń zarzucił łbem niezadowolony ale przyspieszył.
Około południa znalazła się na drodze centralnie do Tourine. Jej uwagę zwrócili ludzie. Uzbrojeni ludzie. Zobaczyła kobietę. Dziecko. Rudowłosego mężczynę. Dopiero po chwili zorientowała się kto znajduje się przed jej oczami. Ruszyła galopem w ich stronę. Nie podjechała jednak zbyt blisko. Zeskoczyła z konia i stanęła na środku polany, wśród pachnącego, kolorowego kwiecia.Warkocz swobodnie opadał na jej plecy, mokra koszula przylegała do ciała. Nie poruszyła się. Stała, obserwowała i uśmiechała się do Caspaina. Intrygowała ją mała istota obok niego. Kobieta nie była istotna. Rudy chłopiec musiał być dla niego kimś bardzo ważnym - przytulał go do siebie. Nigdy nie widziała by tak zachował się w stosunku do jakiegokolwiek dziecka. Być może spędzała z nim zbyt mało czasu i zbyt krótko go znała.
-Lordzie.-przemówiła spokojnie. Nie chciała zdradzać swojej tożsamości przy nieznajomej.-Wzywałeś mnie, prawda?
<Caspain? Każ jej wyjść XDXD>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz