Ciało Enny zasłonięte było jedynie cienkim, prześwitującym materiałem. Spała, choć jej policzki nadal pozostawały czerwone. Po kłótni, która odbyła się kilka dni wcześniej, nie został nawet ślad. Nie wsunąłem koszuli w spodnie. Upewniłem się, że cenny naszyjnik zdobi moją szyję, chwyciłem łuk i wyszedłem z komnaty. Dotarło do mnie ciche pogwizdywanie. Moje serce zabiło szybciej. Tylko jedna osoba gwizdała w ten sposób. Odwróciłem się gwałtownie.
- Oto jestem - Lenny rozłożył ręce, uśmiechając się szeroko. Objąłem go mocno, po męsku.
- Nareszcie wróciłeś - zmierzwiłem jego jasne włosy. - Jeszcze śpi?
- Nie. Całą noc oka nie zmrużył. Jest w mojej komnacie - kąciki jego ust nie zmieniały swojego położenia. Pocałowałem go w czoło.
- W takim razie prowadź do siebie. Byle szybko - rzuciłem władczo, choć na niego to nigdy nie działało. Zbyt blisko Lordów przebywał, by respektować wyższość ich krwi. Z każdym krokiem ogarniało mnie coraz większe zniecierpliwienie. Lenny zatrzymał się przed drzwiami i zapukał. Trzy razy. Zamarłem. Nikt nie otwierał. Bez wahania nacisnąłem na klamkę.
- Caspain! - zawołał Lenny, jednak nie zdołał przywołać mnie do porządku. Wpadłem do środka, gotów od razu zabić napastnika. Ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłem tylko wtulonego w przytulankę chłopca. Spał, wyczerpany wielogodzinną podróżą. Moje serce momentalnie stopniało. Na świecie istniały tylko dwie osoby, których nigdy bym nie skrzywdził, za które oddałbym własne życie. Irisa Forgety oraz Caylo Valris, Pierwszy tego imienia.
- Nie budź go - Lenny położył rękę na moim ramieniu. - Zasłużył na sen.
Przytaknąłem, choć wykonałem ten ruch głową zupełnie nieświadomie. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w spokojną twarz chłopca. Wydawał się być skórą ściągniętą ze mnie: te same rysy, te same lazurowe oczy, ta sama ognista czupryna.
- Wyjdź - powiedziałem cicho, nie odwracając wzroku od dwulatka. Po chwili usłyszałem jak drzwi się zamykają, skrzypiąc przy tym nieznacznie. Odłożyłem kołczan i nóż; nagle zupełnie straciły na znaczeniu. Położyłem się obok syna i przytuliłem go do siebie. Nie widywałem się z nim często, ale byłem pewien, że mnie pamięta i nie przestraszy się, gdy mnie zobaczy. On jako jedyny sprawiał, że cały mój gniew, cała ta agresja.. To wszystko po prostu znikało. Drobne ciałko poruszyło się w moim uścisku.
- Tato.. - wymamrotał malec. Zacisnął palce na mojej koszuli.
- Jestem tu - wyszeptałem, tuląc go do siebie. - Caylo, już pora wstawać. Twoja mama na Ciebie czeka.
- Mama? - otworzył powoli oczy. Pokiwałem z rozbawieniem głową. Uśmiech na jego idealnej twarzyczce zapierał dech w piersiach.
(...) Popijając wino, obserwowałem jak Enna gilgocze naszego synka, turlając się z nim po trawie. Opuściliśmy zamek gdy tylko się obudziła. Sąsiadujące z chłopskimi polami łąki były lepszym miejscem na spędzenie wspólnego czasu niż koszary w Tourine. Już dawno pożegnałem się z koszulą. Dobry strzelec bez trudu by mnie w tym momencie zabił. Usłyszałem rżenie koni. Natychmiast przestałem się uśmiechać.
- Czego? - warknąłem. Jeździec zatrzymał się w bezpiecznej odległości ode mnie.
- Mamy wieści z Czterech Królestw. Zmarła Matka - spojrzał znacząco na swoje kolana.
- Powiadasz, że zmarła Matka.. To informacja potwierdzona czy jedynie plotka? - spytałem.
- Nie jesteśmy pewni. Dziś rano dotarła też wiadomość - mężczyzna podał mi zwinięty kawałek pergaminu. Przeczytałem zdanie. Znałem ten charakter pisma.
- Zmarła Matka.. Daj mi coś coś do pisania - pstryknąłem palcami, wyciągając dłoń w kierunku jeźdźca. Każdy z moich zwiadowców miał obowiązek posiadania pergaminu oraz pióra. Wiedziałem dlaczego Christa nie napisała wprost. Niepowołane ręce mogłyby obrócić to na niekorzyść zarówno jej, jak i moją. Napisałem tylko trzy słowa. Ogień chroni najlepiej. To moje włosy płonęły w blasku słońca. Propozycja schronienia była jedynym, co mogłem zrobić. W normalnych warunkach, nawet tego prawdopodobnie bym nie zrobił. Obecność Cayla budziła we mnie dobroć.
(Czym jest ten cały Dom? XD)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz