Zawlekli mnie do ciemnego i niespecjalnie suchego lochu, jednak takie już zwykły być lochy, przynajmniej wedle moich wiadomości o zwyczajach ludzi. Kiedy mnie zostawili byli wyraźnie zadowoleni, czemu się nie dziwiłem. Miałem przeczucie, że ktoś planuje jak wykonać swoją zemstę. Jedynym źródłem światła było niewielkie okienko pokryte kratą, choć i tak jego wielkość nie pozwoliłaby nikomu nawet na wsadzenia tam głowy. Oparłem głowę o kamienną ścianę i spojrzałem na strop. Mogłem tylko czekać.
Rozpatrywanie wszelkich możliwości ucieczki, które przynajmniej z mojego punktu widzenia były wcale nie takie mizerne, zajęło mi następną godzinę. Kimkolwiek byli towarzysze jak mu tam było… Edhelrasa, nie uznałem ich za szczególnie bystrych. Nie wiem, czy był to jakiś podstęp, czy też najprościej w świecie nie zrozumieli, że maga nie jest tak łatwo powstrzymać kratami.
Nie wiem czemu nie uciekłem, gdy tylko udało mi się ułożyć w głowie odpowiednie zaklęcie. Może byłem zbyt ciekaw tego co mają zamiar dalej ze mną zrobić, albo co równie prawdopodobne nie byłem pewien, czy mój plan zadziała. Tymczasem usłyszałem na korytarzu kroki. Z początku ciche, ledwie dosłyszalne, potem coraz głośniejsze, roznosiły się w powietrzu, by potem zostać powielonymi przez echo. W końcu dojrzałem nikłe światło pochodni. Do krat zbliżył się trupioblady mężczyzna, którego wizyty jak najbardziej się spodziewałem.
<Edhleras?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz