Jego gest wprawił mnie w lekkie zakłopotanie. Po chwili jednak odzyskałam pewność siebie.
- Musisz wiedzieć, że nie należę do tych panien, które od razu padną ci do stóp i się z tobą prześpią - wyjaśniłam , patrząc głęboko w oczy, które swoją barwą przypominają mi dym. Chciałam, aby moje słowa do niego dotarły.
- Wcale nie uważam, że taka jesteś. Nie znamy się długo, ale ukazujesz mi swój charakterek na każdym kroku. Jak ty się w ogóle nazywasz? - zapytał - Domyślam się, że wcale nie jesteś Caroline Lacey Castle. I na pewno nie masz 20 lat - dodał. Więc śledził mnie już od tamtego momentu?
Westchnęłam. Dobra, spróbuję być miła.
- Nie. Mam na imię Ava - mruknęłam. - I nie mam 20 lat, lecz 17. - mężczyzna gwizdnął przeciągle.
- No to młodziutka. Jestem o 9 lat starszy. - uśmiechnął się. Chyba też próbuje być miły. I też mu średnio wychodzi.
- A jak się nazywasz? - zapytałam.
- William Alexander Herondale. A ty nie masz nazwiska? - zapytał.
- Nie, po prostu Ava - rzuciłam mu srogie spojrzenie, dając znak, że nie powinien drążyć tego tematu. Nagle coś sobie przypomniałam - Zostawiłam ubrania w porcie - mruknęłam i odwróciłam się.
- Możemy udać się na targ i kupić nowe. Tamte są już pewnie wilgotne i brudne - powiedział.
- Nie - powiedziałam stanowczo. Nie będę żerować na cudzej forsie.
Przyspieszyłam kroku.
*godzinę później*
Zaczęłam wypatrywać krzaka, pod którym zostawiłam odzienie. Ta kiecka była niewygodna. Gdy go ujrzałam zrobiłam krok w kierunku krzewu. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu, pociągnęła mnie gwałtownie w tył.
- Oszalałaś?! Jak tam pójdziesz to od razu cię rozpoznają - był to nikt inny jak pan genialny, czyli... William?
William bez słowa poszedł po moje rzeczy. Zaczęłam rozglądać się dookoła. Na jednym ze słupów wisiały listy gończe. Znalazłam na jednym z nich oczywiście moją podobiznę. Szybko podbiegłam tam i zrobiłam małą przeróbkę...
Już miałam się wycofać, gdy nagle usłyszałam krzyk.
- To ona! Ta bandytka! Łapcie ją! - usłyszałam okrzyk jakiejś kobiety. Zaczęło mnie gonić około 5 mężczyzn, a ja oczywiście nie miałam pieprzonego sztyletu. Więc muszę biec.
Biegłam wzdłuż uliczki prowadzącej na jakiś most. Nagle usłyszałam, jak ktoś mnie woła. Odwróciłam się i ujrzałam Willa z zawiniątkiem w ręku. Rzucił mi oba sztylety.
Pokonanie ich zajęło chwilę. Lecz po chwili z prawej i lewej strony biegły całe oddziały. Staliśmy na moście.
- Musimy skoczyć - powiedział. Chciałam zaprzeczyć, ale wiedziałam, że nie ma czasu na dyskusje.
Spojrzałam w dół i ujrzałam niespokojne morze. Fale były ogromne, a woda zapewne lodowata.
- Na trzy skaczemy - powiedział. Skinęłam krótko głową. - 1... 2...
Wzięłam głęboki oddech
- 3!
<Will? O co miałabym być zła? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz