Chwyciłem Christę za podbródek i pocałowałem ją w czoło. Kobieta spuściła wzrok, zawstydzona moim zachowaniem.
- Ja jestem chodzącą emocją. Nie zauważyłaś? - szepnąłem jej do ucha, nieznacznie muskając jego koniuszek językiem. Christa zadrżała, czując mój subtelny, a zarazem bardzo nieprzyzwoity dotyk. Wyprostowałem się nagle i wyszedłem z komnaty, zostawiając białowłosą samą. Moja sypialnia była przestronna, jednak brakowało jej przepychu, w jakim obracała się moja siostra. Tourine od lat było księstwem militarnym i tak też przedstawiał się mój zamek. Jako ozdoby służyły miecze, kusze, łuki, zbroje, skóry zwierząt, zarówno zwierzęce, jak i ludzkie kości. Koszula, którą miałem na sobie, była biała i niewygodna. Zmieniłem ją na czarną, przylegającą do skóry, bym mógł łatwiej poruszać się z bronią w ręku. Wiązałem akurat ciężkie, okute gdzieniegdzie żelazem buty, gdy do mojej komnaty wszedł Lenny Dorhan, jeden z moich najlepszych wojowników, a także najbliższych przyjaciół. Zaledwie dwudziestoletni, niewiele niższy ode mnie chłopiec o włosach w odcieniu zboża i ciemnych, granatowych oczach, uśmiechał się nieznacznie. Był piękny. Nawet ja z trudem opierałem się jego wdziękom.
- Wzywałeś mnie, Panie - szybki ruch głową zastąpił pokłon. Podniosłem się.
- Tak - odparłem. - Pojedziesz po niego. Chcę, by za tydzień już biegał po tych korytarzach. Wyruszysz dziś wieczorem.
- Caspainie - Lenny chwycił mnie za rękę. Spojrzałem mu prosto w te niesamowite oczy. - Od kiedy to prowadzasz po swoich komnatach kapłanki?
- Od kiedy brakuje mi Twojego ciała w mym łożu - zażartowałem. Lenny skwitował moje słowa uśmiechem. Zeszliśmy wspólnie na dziedziniec, gdzie czekały na nas konie. Wsiadłem na swojego nieposłusznego ogiera. Century zarżał, ryjąc kopytem w ziemi. Poklepałem go po szyi. Dodałem solidnie łydki, a kasztan skoczył do przodu. Klacz Lenny' ego musiała wysilić się, by go dogonić. Nie jechaliśmy daleko. Koszary znajdowały się blisko zamku i zajmowały rozległe, połączone z obszarem miasta terytorium. Na miejscu oddałem konia w ręce stajennych.
- Dobrzy są - powiedziałem, opierając ręce na biodrach. Mój wzrok zatrzymał się na grupie kilkunastoletnich chłopców, którzy trenowali strzelanie z łuku pod okiem jednego z mistrzów.
- Masz rację. Wyrośnie z nich armia Nieskalanych - zaśmiał się Lenny.
- Nie. Oni będą lepsi od Nieskalanych. Zobaczysz - zapewniłem go i wziąłem do ręki miecz, który podawał mi jeden z giermków. Naciąłem delikatnie skórę, by sprawdzić jego ostrość.
- Zamierzasz walczyć? - spytał niebieskooki młodzieniec. Dobył dwóch, krótkich mieczy.
- I zamierzam Cię pokonać - w moich oczach pojawił się dziki, zwierzęcy błysk.
(Christo?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz