Ona była jakaś inna, jakby nie była człowiekiem, albo była nie tym rodzajem człowieka jaki do tej pory poznałem. Nie pamiętam, by ktokolwiek chciał, bym pokazał mu jak słuchać drzew. Zawsze uważałem, że ludzie nie rozumieją druidów, a druidzi ludzi i to się sprawdzało, ale teraz nie miałem pojęcia co myśleć. Nie było w niej nic niezwykłego, no właśnie, spojrzałem jeszcze raz na nią i zorientowałem się, że ma nietypowe oczy, jakbym je już gdzieś widział, ale nie miałem pojęcia gdzie. Przysiadłem pod drzewem i spojrzałem na niebo, wielkimi krokami zbliżało się południe. Dziewczyna nie odrywała ode mnie wzroku, tak samo jak ja od niej. Miałem wrażenie, że intryguję ją tak samo mocno jak ona mnie.
–Jeśli chcesz mogę Cię nauczyć wsłuchiwać się w las, ale nauka będzie długa –powiedziałem z uśmiechem na twarzy. I tak nie miałem póki co żadnych placów na dalszą podróż, wiec nie było powodu, by nie poświęcić temu trochę czasu.
Usiadłem pod drzewem i przejechałem ręką po chropowatej powierzchni jego korzenia. Wszędzie wokoło rósł mech, z pomiędzy którego przebijały się drobne kępki trawy. Czekając na decyzję dziewczyny, ponownie się w nie wsłuchałem. Zupełnie straciłem kontakt ze światem zewnętrznym, gdy rozpocząłem swoją rozmowę z drzewem. To było niesamowite uczucie. Pamiętałem jeszcze, jak się uczyłem, by móc to kiedyś wykorzystywać. To były lekcje, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Powoli przejechałem ręką po korze drzewa w górę. Robiłem to oczywiście całkowicie nieświadomie, ale tego właśnie wymagała czynność, którą wykonywałem. Cały czas czułem na sobie czyjś wzrok. Gdybym nie wiedział kto to jest, zapewne uciekłbym do lasu. Uznałem, ze jej nie muszę się obawiać, więc tego nie zrobiłem. Całkowicie oddałem się słuchaniu drzewa i pogrążaniu we własnych myślach.
<Cassandra?>
niedziela, 15 czerwca 2014
piątek, 13 czerwca 2014
Od Eilistraee C.D Caspaina
Ta kobieta, matka chłopca. Poczuła bolesne ukłucie. Ona miała dziecko, kimkolwiek była. Kapłanka swoje straciła bezpowrotnie.
Niedługo później znajdowała się już na dziedzińcu zamku w Tourine. Zeskoczyła z konia. Któryś ze stajennych odebrał od niej wodze i zaprowadził ogiera do stajni. Ona sama w towarzystwie służki ruszyła do wyznaczonej jej komnaty. Poprosiła o przygotowanie jej łaźni. Zapach ryb obrzydzał ją i przy okazji ludzi wokół.
Z westchnieniem ulgi zamoczyła swoje ciało w gorącej wodzie. Tego było jej trzeba. Kąpieli z dala od Domu, z dala od ludzi. Pachnącej kwiatowymi olejkami.
Niedługo później znajdowała się już na dziedzińcu zamku w Tourine. Zeskoczyła z konia. Któryś ze stajennych odebrał od niej wodze i zaprowadził ogiera do stajni. Ona sama w towarzystwie służki ruszyła do wyznaczonej jej komnaty. Poprosiła o przygotowanie jej łaźni. Zapach ryb obrzydzał ją i przy okazji ludzi wokół.
Z westchnieniem ulgi zamoczyła swoje ciało w gorącej wodzie. Tego było jej trzeba. Kąpieli z dala od Domu, z dala od ludzi. Pachnącej kwiatowymi olejkami.
***
Była Christą. Christą w spodniach do jazdy, lnianej koszuli, jeździeckich butach i warkoczu. Ale nie mogła zapomnieć o kapłaństwie. Wiedziała, że nie lubił Eilistraee. Raz nie zaszkodzi ubrać się tak jak ona.
Nałożyła na głowę ostatni element stroju - przepiękną, wyszywaną złotą nicią i zdobioną kamieniami szlachetnymi chustę. Tak właśnie wyglądał jej ubiór na kolację dziś wieczorem. Góra złoto-granatowa. Krótka, tak by było widać zdobiony tatuażem z henny brzuch. Długa, sięgająca ziemi spódnica. Złoto i granat, kolory Domu. Oprócz tego sporo biżuterii. Ale to włosy miały budzić podziw - splecione w warkocz, oplecione wokół głowy. Ozdobione przepięknymi spinkami. Kamień, znak szczebla kapłaństwa, połyskiwał na jej dekolcie. Była gotowa.
Weszła do sali w której odbywała się kolacja. Mnóstwo ludzi. Nie musiała wysilić się zbytnio aby go dojrzeć. Chciała podejść ale coś ją zatrzymało. Czyjaś mała rączka trzymała jej spódnicę. Odwróciła się gwałtownie.
-Caylo-pochyliła się nad rudowłosym chłopcem.-Coś się stało?
Pokręcił przecząco głową, roześmiany.
-Pochodzisz z Południa-zaczął nieskrępowany niczym. Za to ceniła dzieci, za prawdomówność, niewinność.-Opowiesz mi o nim?
Pytanie z lekka ją zdziwiło ale nie widziała przeszkód by nie opowiedzieć mu o jej rodzimych stronach. Potaknęła. Chłopiec chwycił jej dłoń. Wyszli do ogrodu znajdującego się za zamkiem.
Opowiadała mu o wszystkim. O lazurowych wodach morza, jezior i rzek. O ciepłych, złotych piaskach, przepięknych, orientalnych pałacach. Egzotycznych zwierzętach i owocach. Dzikich koniach. Różanych ogrodach. Oazach. Wystawnych przyjęciach i potężnej niegdyś armii.
Caylo zaczął słaniać się na nogach, zmęczony. Bez wahania wzięła go na ręce. Usiadła w najbliższej altanie. Okryła go swoją chustą.
Podniosła wzrok słysząc cichy szmer. Caspain przyglądał się jej z zaciekawieniem. Niecodziennym widokiem była kapłanka ze śpiącym dzieckiem na kolanach.
<Caspain? Elka fell in love <3 XD>
-Caylo-pochyliła się nad rudowłosym chłopcem.-Coś się stało?
Pokręcił przecząco głową, roześmiany.
-Pochodzisz z Południa-zaczął nieskrępowany niczym. Za to ceniła dzieci, za prawdomówność, niewinność.-Opowiesz mi o nim?
Pytanie z lekka ją zdziwiło ale nie widziała przeszkód by nie opowiedzieć mu o jej rodzimych stronach. Potaknęła. Chłopiec chwycił jej dłoń. Wyszli do ogrodu znajdującego się za zamkiem.
Opowiadała mu o wszystkim. O lazurowych wodach morza, jezior i rzek. O ciepłych, złotych piaskach, przepięknych, orientalnych pałacach. Egzotycznych zwierzętach i owocach. Dzikich koniach. Różanych ogrodach. Oazach. Wystawnych przyjęciach i potężnej niegdyś armii.
Caylo zaczął słaniać się na nogach, zmęczony. Bez wahania wzięła go na ręce. Usiadła w najbliższej altanie. Okryła go swoją chustą.
Podniosła wzrok słysząc cichy szmer. Caspain przyglądał się jej z zaciekawieniem. Niecodziennym widokiem była kapłanka ze śpiącym dzieckiem na kolanach.
<Caspain? Elka fell in love <3 XD>
Od Caspaina C.D Eilistraee
Podniosłem wzrok znad synka. Christa wydała mi się jeszcze piękniejsza, niż wtedy, gdy widziałem ją po raz ostatni. Cały świat wydawał się być piękniejszym miejscem. Wstałem, biorąc Cayla na ręce.
- Christo - uśmiechnąłem się łagodnie. W oczach kobiety pojawił się błysk zaskoczenia. Prawdopodobnie, nawet nie przypuszczała, że jestem w stanie być taki.. Opanowany, spokojny. To mogło jeszcze bardziej przerażać niż mój gniew. - Witamy w Tourine. Cieszę się, że przybyłaś.
- Tato, co to jest za pani? - Caylo wtulił się w moją szyję. Ciałem Christy wstrząsnął dreszcz. 'Tato'.
- Przedstawiam Ci moją przyjaciółkę, Christę - postawiłem chłopca na ziemi. Chwycił mnie za rękę. - Christo, poznaj mojego syna, Cayla Valrisa, Pierwszego tego imienia, dziedzica Tourine.
- Mój Lordzie - pokłoniła się przed malcem. Caylo wyprostował się dumnie, jakby chciał zaprezentować swoją wyższość, jednak już po chwili nie wytrzymał i roześmiał się. Podbiegł do Enny, aby schować się w jej ramionach.
- Moja faworyta, Enna - od razu zauważyłem, że wzrok Christy powędrował w stronę mojej kochanki. Przemilczała.
- Nie chcę przeszkadzać w rodzinnym spotkaniu - odezwała się w końcu Christa, dotykając szyi swojego wierzchowca. - Udam się do miasta, na spoczynek.
- Nie ma potrzeby, byś kwaterowała się w mieście. Jedź prosto na zamek. Spodziewam się Ciebie na dzisiejszej kolacji - ton mojego głosu znów brzmiał jak ten, który nie znosi sprzeciwu. Christa skinęła głową, wspięła się na konia i ruszyła w stronę Tourine.
- To ona, prawda? - Enna oparła się o mój obnażony tors. - Kapłanka z Asshai.
- Tak - przyznałem. - Słynna Eilistraee, białowłosa kapłanka.
- Kolejna, która nie będzie mnie tolerować - zauważyła z rozbawieniem kobieta. Musnąłem ustami jej ramię.
- Nie znam osoby, która Cię akceptuje, Enno. Ale.. Mam do głęboko w dupie - wyszeptałem brance do ucha, pilnując, by Caylo niczego nie usłyszał. Enna zaśmiała się i przyciągnęła do siebie rudowłosego chłopczyka. Odgarnęła mu niesforne kosmyki z czoła.
- Mój mały Lord - pocałowała wystający nosek Cayla. Mały wyrwał się z jej uścisku i chwycił za drewniany patyk.
- Tato, broń się! - krzyknął i wyprowadził cios. Dość nieudolnie, przewidywalnie, ale z pazurem i błyskiem w oku. Niczym ja w jego wieku. Z tą różnicą, że on lubił się w ten sposób bawić, a mi sprawiało to chorą satysfakcję. Uniosłem kąciki ust, wziąłem drugi patyk i wstałem z ziemi.
(Christa? Idź, przyjaźnij się z moim słodziaczkiem <3)
- Christo - uśmiechnąłem się łagodnie. W oczach kobiety pojawił się błysk zaskoczenia. Prawdopodobnie, nawet nie przypuszczała, że jestem w stanie być taki.. Opanowany, spokojny. To mogło jeszcze bardziej przerażać niż mój gniew. - Witamy w Tourine. Cieszę się, że przybyłaś.
- Tato, co to jest za pani? - Caylo wtulił się w moją szyję. Ciałem Christy wstrząsnął dreszcz. 'Tato'.
- Przedstawiam Ci moją przyjaciółkę, Christę - postawiłem chłopca na ziemi. Chwycił mnie za rękę. - Christo, poznaj mojego syna, Cayla Valrisa, Pierwszego tego imienia, dziedzica Tourine.
- Mój Lordzie - pokłoniła się przed malcem. Caylo wyprostował się dumnie, jakby chciał zaprezentować swoją wyższość, jednak już po chwili nie wytrzymał i roześmiał się. Podbiegł do Enny, aby schować się w jej ramionach.
- Moja faworyta, Enna - od razu zauważyłem, że wzrok Christy powędrował w stronę mojej kochanki. Przemilczała.
- Nie chcę przeszkadzać w rodzinnym spotkaniu - odezwała się w końcu Christa, dotykając szyi swojego wierzchowca. - Udam się do miasta, na spoczynek.
- Nie ma potrzeby, byś kwaterowała się w mieście. Jedź prosto na zamek. Spodziewam się Ciebie na dzisiejszej kolacji - ton mojego głosu znów brzmiał jak ten, który nie znosi sprzeciwu. Christa skinęła głową, wspięła się na konia i ruszyła w stronę Tourine.
- To ona, prawda? - Enna oparła się o mój obnażony tors. - Kapłanka z Asshai.
- Tak - przyznałem. - Słynna Eilistraee, białowłosa kapłanka.
- Kolejna, która nie będzie mnie tolerować - zauważyła z rozbawieniem kobieta. Musnąłem ustami jej ramię.
- Nie znam osoby, która Cię akceptuje, Enno. Ale.. Mam do głęboko w dupie - wyszeptałem brance do ucha, pilnując, by Caylo niczego nie usłyszał. Enna zaśmiała się i przyciągnęła do siebie rudowłosego chłopczyka. Odgarnęła mu niesforne kosmyki z czoła.
- Mój mały Lord - pocałowała wystający nosek Cayla. Mały wyrwał się z jej uścisku i chwycił za drewniany patyk.
- Tato, broń się! - krzyknął i wyprowadził cios. Dość nieudolnie, przewidywalnie, ale z pazurem i błyskiem w oku. Niczym ja w jego wieku. Z tą różnicą, że on lubił się w ten sposób bawić, a mi sprawiało to chorą satysfakcję. Uniosłem kąciki ust, wziąłem drugi patyk i wstałem z ziemi.
(Christa? Idź, przyjaźnij się z moim słodziaczkiem <3)
środa, 11 czerwca 2014
Od Eilistraee C.D Caspaina
Nie chciała tu być. Niczym ptak w klatce. Śmierdzącej, brudnej, ciasnej, pełnej młodych, zawistnych kobiet które najchętniej wbiłyby jej nóż w plecy tylko po to aby przespać się w wyścielonym atłasem łożu dla Matki. Z czasem zaczęła im nawet z lekka współczuć.
Kruk. Przyleciał, z wiadomością dla niej. Z jego herbem. Otworzyła go, niemalże rozszarpując cienki pergamin. Ogień chroni lepiej. Wiedziała.
***
-Janyce.-westchnęła ciężko zwracając się do rozczesującej jej włosy kobiety.-Muszę wracać.
Szczotka wypadła jej z ręki i upadła na posadzkę, odbijając się i tworząc tym samym spore echo. Niebieskowłosa położyła jej dłoń na ramieniu.
-Nie możesz.-w jej głosie słyszała przerażenie.-Wiesz jakie konsekwencje poniesiesz gdy ludzie Rada dowie się, że Matka uciekła?
-Niewyobrażalne.-z goryczą potwórzyła słowa poprzedniej Matki, Mamehy.-Ale nikt nie powiedział, że mam zamiar uciec jako Matka, prawda?
***
Deszcz był niewiarygodnie silny. Właściwie to nie był deszcz - to była potężna burza. Nienawidziła rozświetlających niebo błyskawic, huku. Usiadła na oknie.
-Koń jest osiodłany?-spytała nieufnie. Janyce potaknęła. Teraz ona będzie Matką. Eilistraee nie wiedziała, przez jak długi czas - siedemnastolatka może nie dać rady. Nie okłamujmy się - ona nie pociągnie tu długo na takiej pozycji. Zeskoczyła nie zastanawiając się dłużej. Do portu nie było daleko. Pogalopowała w jego stronę. Nie miała na sobie szat - miała na swoje męskie ubranie do jazdy. Włosy splecione w warkocz. Żadnej biżuterii. Była Christą.
***
Nienawidziła podróży statkiem. Na domiar złego, trafiła jej się podróż małym, handlowym okrętem wśród zapasów ryb i mięsa. Obrzydliwe.
Jechała spokojnie lasem. Świt. Uwielbiała świt, światło dnia chociaż preferowała mrok. Przynosząca światło, wolała ciemność. Podniosła wzrok. Tourine. Wznosiło się nad nią, mimo wszystko gdzieś daleko, we mgle. Zrzuciła z siebie płaszcz. Nikt nie był w stanie zorientować się, że jest Eilistraee. Dała łydki ciemnogniademu ogierowi. Koń zarzucił łbem niezadowolony ale przyspieszył.
Około południa znalazła się na drodze centralnie do Tourine. Jej uwagę zwrócili ludzie. Uzbrojeni ludzie. Zobaczyła kobietę. Dziecko. Rudowłosego mężczynę. Dopiero po chwili zorientowała się kto znajduje się przed jej oczami. Ruszyła galopem w ich stronę. Nie podjechała jednak zbyt blisko. Zeskoczyła z konia i stanęła na środku polany, wśród pachnącego, kolorowego kwiecia.Warkocz swobodnie opadał na jej plecy, mokra koszula przylegała do ciała. Nie poruszyła się. Stała, obserwowała i uśmiechała się do Caspaina. Intrygowała ją mała istota obok niego. Kobieta nie była istotna. Rudy chłopiec musiał być dla niego kimś bardzo ważnym - przytulał go do siebie. Nigdy nie widziała by tak zachował się w stosunku do jakiegokolwiek dziecka. Być może spędzała z nim zbyt mało czasu i zbyt krótko go znała.
-Lordzie.-przemówiła spokojnie. Nie chciała zdradzać swojej tożsamości przy nieznajomej.-Wzywałeś mnie, prawda?
<Caspain? Każ jej wyjść XDXD>
piątek, 23 maja 2014
Od Caspaina C.D Eilistraee
Ciało Enny zasłonięte było jedynie cienkim, prześwitującym materiałem. Spała, choć jej policzki nadal pozostawały czerwone. Po kłótni, która odbyła się kilka dni wcześniej, nie został nawet ślad. Nie wsunąłem koszuli w spodnie. Upewniłem się, że cenny naszyjnik zdobi moją szyję, chwyciłem łuk i wyszedłem z komnaty. Dotarło do mnie ciche pogwizdywanie. Moje serce zabiło szybciej. Tylko jedna osoba gwizdała w ten sposób. Odwróciłem się gwałtownie.
- Oto jestem - Lenny rozłożył ręce, uśmiechając się szeroko. Objąłem go mocno, po męsku.
- Nareszcie wróciłeś - zmierzwiłem jego jasne włosy. - Jeszcze śpi?
- Nie. Całą noc oka nie zmrużył. Jest w mojej komnacie - kąciki jego ust nie zmieniały swojego położenia. Pocałowałem go w czoło.
- W takim razie prowadź do siebie. Byle szybko - rzuciłem władczo, choć na niego to nigdy nie działało. Zbyt blisko Lordów przebywał, by respektować wyższość ich krwi. Z każdym krokiem ogarniało mnie coraz większe zniecierpliwienie. Lenny zatrzymał się przed drzwiami i zapukał. Trzy razy. Zamarłem. Nikt nie otwierał. Bez wahania nacisnąłem na klamkę.
- Caspain! - zawołał Lenny, jednak nie zdołał przywołać mnie do porządku. Wpadłem do środka, gotów od razu zabić napastnika. Ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłem tylko wtulonego w przytulankę chłopca. Spał, wyczerpany wielogodzinną podróżą. Moje serce momentalnie stopniało. Na świecie istniały tylko dwie osoby, których nigdy bym nie skrzywdził, za które oddałbym własne życie. Irisa Forgety oraz Caylo Valris, Pierwszy tego imienia.
- Nie budź go - Lenny położył rękę na moim ramieniu. - Zasłużył na sen.
Przytaknąłem, choć wykonałem ten ruch głową zupełnie nieświadomie. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w spokojną twarz chłopca. Wydawał się być skórą ściągniętą ze mnie: te same rysy, te same lazurowe oczy, ta sama ognista czupryna.
- Wyjdź - powiedziałem cicho, nie odwracając wzroku od dwulatka. Po chwili usłyszałem jak drzwi się zamykają, skrzypiąc przy tym nieznacznie. Odłożyłem kołczan i nóż; nagle zupełnie straciły na znaczeniu. Położyłem się obok syna i przytuliłem go do siebie. Nie widywałem się z nim często, ale byłem pewien, że mnie pamięta i nie przestraszy się, gdy mnie zobaczy. On jako jedyny sprawiał, że cały mój gniew, cała ta agresja.. To wszystko po prostu znikało. Drobne ciałko poruszyło się w moim uścisku.
- Tato.. - wymamrotał malec. Zacisnął palce na mojej koszuli.
- Jestem tu - wyszeptałem, tuląc go do siebie. - Caylo, już pora wstawać. Twoja mama na Ciebie czeka.
- Mama? - otworzył powoli oczy. Pokiwałem z rozbawieniem głową. Uśmiech na jego idealnej twarzyczce zapierał dech w piersiach.
(...) Popijając wino, obserwowałem jak Enna gilgocze naszego synka, turlając się z nim po trawie. Opuściliśmy zamek gdy tylko się obudziła. Sąsiadujące z chłopskimi polami łąki były lepszym miejscem na spędzenie wspólnego czasu niż koszary w Tourine. Już dawno pożegnałem się z koszulą. Dobry strzelec bez trudu by mnie w tym momencie zabił. Usłyszałem rżenie koni. Natychmiast przestałem się uśmiechać.
- Czego? - warknąłem. Jeździec zatrzymał się w bezpiecznej odległości ode mnie.
- Mamy wieści z Czterech Królestw. Zmarła Matka - spojrzał znacząco na swoje kolana.
- Powiadasz, że zmarła Matka.. To informacja potwierdzona czy jedynie plotka? - spytałem.
- Nie jesteśmy pewni. Dziś rano dotarła też wiadomość - mężczyzna podał mi zwinięty kawałek pergaminu. Przeczytałem zdanie. Znałem ten charakter pisma.
- Zmarła Matka.. Daj mi coś coś do pisania - pstryknąłem palcami, wyciągając dłoń w kierunku jeźdźca. Każdy z moich zwiadowców miał obowiązek posiadania pergaminu oraz pióra. Wiedziałem dlaczego Christa nie napisała wprost. Niepowołane ręce mogłyby obrócić to na niekorzyść zarówno jej, jak i moją. Napisałem tylko trzy słowa. Ogień chroni najlepiej. To moje włosy płonęły w blasku słońca. Propozycja schronienia była jedynym, co mogłem zrobić. W normalnych warunkach, nawet tego prawdopodobnie bym nie zrobił. Obecność Cayla budziła we mnie dobroć.
(Czym jest ten cały Dom? XD)
- Oto jestem - Lenny rozłożył ręce, uśmiechając się szeroko. Objąłem go mocno, po męsku.
- Nareszcie wróciłeś - zmierzwiłem jego jasne włosy. - Jeszcze śpi?
- Nie. Całą noc oka nie zmrużył. Jest w mojej komnacie - kąciki jego ust nie zmieniały swojego położenia. Pocałowałem go w czoło.
- W takim razie prowadź do siebie. Byle szybko - rzuciłem władczo, choć na niego to nigdy nie działało. Zbyt blisko Lordów przebywał, by respektować wyższość ich krwi. Z każdym krokiem ogarniało mnie coraz większe zniecierpliwienie. Lenny zatrzymał się przed drzwiami i zapukał. Trzy razy. Zamarłem. Nikt nie otwierał. Bez wahania nacisnąłem na klamkę.
- Caspain! - zawołał Lenny, jednak nie zdołał przywołać mnie do porządku. Wpadłem do środka, gotów od razu zabić napastnika. Ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłem tylko wtulonego w przytulankę chłopca. Spał, wyczerpany wielogodzinną podróżą. Moje serce momentalnie stopniało. Na świecie istniały tylko dwie osoby, których nigdy bym nie skrzywdził, za które oddałbym własne życie. Irisa Forgety oraz Caylo Valris, Pierwszy tego imienia.
- Nie budź go - Lenny położył rękę na moim ramieniu. - Zasłużył na sen.
Przytaknąłem, choć wykonałem ten ruch głową zupełnie nieświadomie. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w spokojną twarz chłopca. Wydawał się być skórą ściągniętą ze mnie: te same rysy, te same lazurowe oczy, ta sama ognista czupryna.
- Wyjdź - powiedziałem cicho, nie odwracając wzroku od dwulatka. Po chwili usłyszałem jak drzwi się zamykają, skrzypiąc przy tym nieznacznie. Odłożyłem kołczan i nóż; nagle zupełnie straciły na znaczeniu. Położyłem się obok syna i przytuliłem go do siebie. Nie widywałem się z nim często, ale byłem pewien, że mnie pamięta i nie przestraszy się, gdy mnie zobaczy. On jako jedyny sprawiał, że cały mój gniew, cała ta agresja.. To wszystko po prostu znikało. Drobne ciałko poruszyło się w moim uścisku.
- Tato.. - wymamrotał malec. Zacisnął palce na mojej koszuli.
- Jestem tu - wyszeptałem, tuląc go do siebie. - Caylo, już pora wstawać. Twoja mama na Ciebie czeka.
- Mama? - otworzył powoli oczy. Pokiwałem z rozbawieniem głową. Uśmiech na jego idealnej twarzyczce zapierał dech w piersiach.
(...) Popijając wino, obserwowałem jak Enna gilgocze naszego synka, turlając się z nim po trawie. Opuściliśmy zamek gdy tylko się obudziła. Sąsiadujące z chłopskimi polami łąki były lepszym miejscem na spędzenie wspólnego czasu niż koszary w Tourine. Już dawno pożegnałem się z koszulą. Dobry strzelec bez trudu by mnie w tym momencie zabił. Usłyszałem rżenie koni. Natychmiast przestałem się uśmiechać.
- Czego? - warknąłem. Jeździec zatrzymał się w bezpiecznej odległości ode mnie.
- Mamy wieści z Czterech Królestw. Zmarła Matka - spojrzał znacząco na swoje kolana.
- Powiadasz, że zmarła Matka.. To informacja potwierdzona czy jedynie plotka? - spytałem.
- Nie jesteśmy pewni. Dziś rano dotarła też wiadomość - mężczyzna podał mi zwinięty kawałek pergaminu. Przeczytałem zdanie. Znałem ten charakter pisma.
- Zmarła Matka.. Daj mi coś coś do pisania - pstryknąłem palcami, wyciągając dłoń w kierunku jeźdźca. Każdy z moich zwiadowców miał obowiązek posiadania pergaminu oraz pióra. Wiedziałem dlaczego Christa nie napisała wprost. Niepowołane ręce mogłyby obrócić to na niekorzyść zarówno jej, jak i moją. Napisałem tylko trzy słowa. Ogień chroni najlepiej. To moje włosy płonęły w blasku słońca. Propozycja schronienia była jedynym, co mogłem zrobić. W normalnych warunkach, nawet tego prawdopodobnie bym nie zrobił. Obecność Cayla budziła we mnie dobroć.
(Czym jest ten cały Dom? XD)
poniedziałek, 19 maja 2014
Od Williama C.D Avy
- Ja poproszę whisky- zamówiłem. Chwilę później dostaliśmy swoje zamówienia. Kiedy nie próbowała być wymądrzała i upierdliwa, Ava była naprawdę miła, a nawet zabawna. I miała niezłe tempo. Kieliszki szły jeden za drugim. Wkrótce potem zrobiło się wesoło. Ava oczywiście twierdziła, że jest jak najbardziej trzeźwa i więcej nie wypije, ale nie odmawiała, gdy barman nalewał kolejkę. Sam też byłem już dość nawalony, ale mam mocną głowę i rzadko kiedy upijam się do nieprzytomności. Ale w jej towarzystwie wszystko było możliwe...
- To co robimy teraz?- spytała z zaczepnym uśmiechem. Zmierzyłem ja od stóp do głów i pomyślałem o jednym. Ale potem przyszło mi do głowy, że gdy obudzi się z alkoholowego amoku, będzie wściekła. A byłem naprawdę zdziwiony jej nagłą przemianą...Zresztą, nieważne.
Wstałem od baru i przeszedłem się do łazienki. Przemyłem twarz zimną wodą i odetchnąłem głęboko. Gdy wróciłem, przy Avie siedziało trzech tęgich mężczyzn. Chyba każdy może się domyślić, co chcieliby zrobić. Jeden z nich trzymał rękę na talii dziewczyny.
- Zostaw ją- powiedziałem spokojnie, podchodząc do nich, a mężczyźni parsknęli śmiechem.
- A ty niby kim jesteś, żeby nam rozkazywać?- spytał jeden. Odwróciłem się w jego stronę i zdzieliłem go pięścią w szczękę.
- To powinno ci wystarczyć jako odpowiedź- odparłem. Spojrzałem na pozostałych dwóch. Podeszli do mnie i zaatakowali. Potem sprawa potoczyła się dość szybko.
*nocą*
Mężczyźni zaczepiali i gonili nas przez jakiś czas. Jako, że Ava nie utrzymywała pionu, musiałem wziąć ją na ręce. A bieganie z balastem, nawet tak lekkim jak ona, nigdy nie jest proste. W końcu jednak się ich pozbyliśmy. Wynająłem pokój na jedną noc w jakiejś niewielkiej gospodzie i zaniosłem tam Avę. Ułożyłem ją na łóżku i przykryłem ją kocem. Gdy się obudzi, nie będzie zbytnio zadowolona, choćby ze względu na to, że trzy czwarte jej koszulki było w strzępach, a spodnie poprzecinane były nożem. Ale mówi się trudno.
Wstałem wczesnym rankiem, ale czerwonowłosa spała jak dziecko. Przeciągnąłem się jak kot, kości mnie bolały po trzech godzinach snu na podłodze. Przygotowywałem herbatę i coś do jedzenia, gdy usłyszałem cichy jęk. Wróciłem do sypialni. Ava powoli otwierała oczy...
- Głowa mi pęka. Gdzie ja, do cholery, jestem?- mruczała pod nosem, aż zauważyła mnie, stojącego w drzwiach. Zsunęła się z łóżka i powoli wstawała. Już miała iść w moją stronę, ale zobaczyła w jakim jest stanie i przystanęła.
- Coś ty ze mną zrobił?- warknęła i rzuciła się w moją stronę.- Pieprzony zboczeniec!
Złapałem dziewczynę za nadgarstki i unieruchomiłem, jednocześnie przyciągając ją do siebie. Opierała się o mnie całym ciałem, patrząc mi w oczy z wściekłością.
<Ava?>
- To co robimy teraz?- spytała z zaczepnym uśmiechem. Zmierzyłem ja od stóp do głów i pomyślałem o jednym. Ale potem przyszło mi do głowy, że gdy obudzi się z alkoholowego amoku, będzie wściekła. A byłem naprawdę zdziwiony jej nagłą przemianą...Zresztą, nieważne.
Wstałem od baru i przeszedłem się do łazienki. Przemyłem twarz zimną wodą i odetchnąłem głęboko. Gdy wróciłem, przy Avie siedziało trzech tęgich mężczyzn. Chyba każdy może się domyślić, co chcieliby zrobić. Jeden z nich trzymał rękę na talii dziewczyny.
- Zostaw ją- powiedziałem spokojnie, podchodząc do nich, a mężczyźni parsknęli śmiechem.
- A ty niby kim jesteś, żeby nam rozkazywać?- spytał jeden. Odwróciłem się w jego stronę i zdzieliłem go pięścią w szczękę.
- To powinno ci wystarczyć jako odpowiedź- odparłem. Spojrzałem na pozostałych dwóch. Podeszli do mnie i zaatakowali. Potem sprawa potoczyła się dość szybko.
*nocą*
Mężczyźni zaczepiali i gonili nas przez jakiś czas. Jako, że Ava nie utrzymywała pionu, musiałem wziąć ją na ręce. A bieganie z balastem, nawet tak lekkim jak ona, nigdy nie jest proste. W końcu jednak się ich pozbyliśmy. Wynająłem pokój na jedną noc w jakiejś niewielkiej gospodzie i zaniosłem tam Avę. Ułożyłem ją na łóżku i przykryłem ją kocem. Gdy się obudzi, nie będzie zbytnio zadowolona, choćby ze względu na to, że trzy czwarte jej koszulki było w strzępach, a spodnie poprzecinane były nożem. Ale mówi się trudno.
Wstałem wczesnym rankiem, ale czerwonowłosa spała jak dziecko. Przeciągnąłem się jak kot, kości mnie bolały po trzech godzinach snu na podłodze. Przygotowywałem herbatę i coś do jedzenia, gdy usłyszałem cichy jęk. Wróciłem do sypialni. Ava powoli otwierała oczy...
- Głowa mi pęka. Gdzie ja, do cholery, jestem?- mruczała pod nosem, aż zauważyła mnie, stojącego w drzwiach. Zsunęła się z łóżka i powoli wstawała. Już miała iść w moją stronę, ale zobaczyła w jakim jest stanie i przystanęła.
- Coś ty ze mną zrobił?- warknęła i rzuciła się w moją stronę.- Pieprzony zboczeniec!
Złapałem dziewczynę za nadgarstki i unieruchomiłem, jednocześnie przyciągając ją do siebie. Opierała się o mnie całym ciałem, patrząc mi w oczy z wściekłością.
<Ava?>
Od Williama C.D Iskry
Zza drzew wyłoniło się miasto. Wjechaliśmy do niego kamienną ścieżką. W okolicach rynku zauważyliśmy sklep z sukniami ślubnymi. Czułem się nieswojo w całej tej sytuacji, ale nie mogłem zostawić Iskry tak po prostu samej. Z ponurymi minami weszliśmy do sklepu. Od razu uderzył mnie zapach kobiecych perfum. Były wszędzie.
- Od czego zaczynamy?- spytałem, idąc za nią. Iskra przystanęła przy jednym ze stojaków i zaczęła przeglądać suknie. W jej oczach nie było entuzjazmu, który zapewne towarzyszył każdej innej dziewczynie w tym sklepie. Jej wzrok był smutny, ruchy niezgrabne. Usiadłem na fotelu i przyglądałem jej się. Nie wiedziałem, co zrobić, żeby ją pocieszyć. Stwierdzić, że "wszytko będzie dobrze"? Ja sam nie wierzę w takie teksty, a co dopiero ona.
- Mogę w czymś pomóc?- usłyszałem głos za sobą. Podeszła do nas jedna z ekspedientek, wysoka blondynka o błękitnych oczach. Uśmiechała się promiennie. Spojrzała na mnie, a potem przeniosła wzrok na Iskrę.
- Państwo razem?
Pokręciłem przecząco głową, powstrzymując uśmiech.
- Nie, jesteśmy przyjaciółmi. Pilnuję, żeby pan młody nie zobaczył jej w sukni przed ślubem- odparłem, mrugając do niej porozumiewawczo. Blondynka uważnie przyjrzała się Iskrze, po czym przeszła do innego pokoju. W tym czasie rudowłosa przesunęła się w moją stronę.
- Po co prosić ją o pomoc? Weźmy po prostu najbrzydszą sukienkę jaka tu jest i wynośmy się stąd. Mdli mnie na widok tego wszystkiego.
- Bo nie widzisz plusów- powiedziałem. Ekspedientka wróciła z wieszakiem, na którym wisiało parę sukni.- A więc zaczynamy.
*trochę później*
Jakieś pół godziny później wyszliśmy ze sklepu, z całkiem niezłą sukienką. Iskra wyglądała na osłabioną i zrezygnowaną.
- To co robimy teraz?- spytała cicho. Spojrzałem na nią, po czym ruszyłem przed siebie.
- Chodź za mną- rzuciłem jeszcze.
Dziewczyna nie protestowała. Chwilę potem znaleźliśmy się w niewielkim domu. Zrzuciłem płaszcz i pobiegłem do kuchni. Iskra w tym czasie rozglądała się po pokoju.
- Mieszkasz tu? To wszystko twoje?- spytała, wskazując na sporą kolekcję książek i paru innych rzeczy.
- To taki punkt zatrzymania. Czasem spędzam tu noc czy dwie, gdy jestem w okolicy- odpowiedziałem, wychylając głowę zza drzwi.
Wróciłem do pokoju, niosąc tacę z dwoma pełnymi szklankami i talerzem ciastek.
- Powinnaś coś zjeść- stwierdziłem, siadając na obitej skórą kanapę. Rudowłosa usiadła obok mnie i wzięła kubek do rąk. Upiła mały łyk i zakrztusiła się.
- Co to jest? Smakuje jak błoto- mruknęła, odstawiając kubek. Zaśmiałem się.
- Wolisz nie wiedzieć.
- Will, to nie ma sensu. Takie udawanie, że wszystko jest w porządku- powiedziała nagle. Spojrzałem jej w oczy. Była zdeterminowana i ożywiona.- Chcę tam pójść, wyjść za mąż, a gdy zagrożenie minie zabić tego drania.
- Czekałem aż to powiesz. Myślałem, że zajmie ci to dłużej- stwierdziłem, uśmiechając się do niej. Wstałem i podszedłem do drewnianej szafy. Wyciągnąłem z niej sporą skrzynkę. Postawiłem ją na stole i jednym ruchem otworzyłem. W środku ukazała się broń różnego rodzaju: od krótkich mieczy, przez proce, po małe strzały z trucizną.
- Do wyboru, do koloru- dodałem, patrząc na jej minę.
<Iskra?>
- Od czego zaczynamy?- spytałem, idąc za nią. Iskra przystanęła przy jednym ze stojaków i zaczęła przeglądać suknie. W jej oczach nie było entuzjazmu, który zapewne towarzyszył każdej innej dziewczynie w tym sklepie. Jej wzrok był smutny, ruchy niezgrabne. Usiadłem na fotelu i przyglądałem jej się. Nie wiedziałem, co zrobić, żeby ją pocieszyć. Stwierdzić, że "wszytko będzie dobrze"? Ja sam nie wierzę w takie teksty, a co dopiero ona.
- Mogę w czymś pomóc?- usłyszałem głos za sobą. Podeszła do nas jedna z ekspedientek, wysoka blondynka o błękitnych oczach. Uśmiechała się promiennie. Spojrzała na mnie, a potem przeniosła wzrok na Iskrę.
- Państwo razem?
Pokręciłem przecząco głową, powstrzymując uśmiech.
- Nie, jesteśmy przyjaciółmi. Pilnuję, żeby pan młody nie zobaczył jej w sukni przed ślubem- odparłem, mrugając do niej porozumiewawczo. Blondynka uważnie przyjrzała się Iskrze, po czym przeszła do innego pokoju. W tym czasie rudowłosa przesunęła się w moją stronę.
- Po co prosić ją o pomoc? Weźmy po prostu najbrzydszą sukienkę jaka tu jest i wynośmy się stąd. Mdli mnie na widok tego wszystkiego.
- Bo nie widzisz plusów- powiedziałem. Ekspedientka wróciła z wieszakiem, na którym wisiało parę sukni.- A więc zaczynamy.
*trochę później*
Jakieś pół godziny później wyszliśmy ze sklepu, z całkiem niezłą sukienką. Iskra wyglądała na osłabioną i zrezygnowaną.
- To co robimy teraz?- spytała cicho. Spojrzałem na nią, po czym ruszyłem przed siebie.
- Chodź za mną- rzuciłem jeszcze.
Dziewczyna nie protestowała. Chwilę potem znaleźliśmy się w niewielkim domu. Zrzuciłem płaszcz i pobiegłem do kuchni. Iskra w tym czasie rozglądała się po pokoju.
- Mieszkasz tu? To wszystko twoje?- spytała, wskazując na sporą kolekcję książek i paru innych rzeczy.
- To taki punkt zatrzymania. Czasem spędzam tu noc czy dwie, gdy jestem w okolicy- odpowiedziałem, wychylając głowę zza drzwi.
Wróciłem do pokoju, niosąc tacę z dwoma pełnymi szklankami i talerzem ciastek.
- Powinnaś coś zjeść- stwierdziłem, siadając na obitej skórą kanapę. Rudowłosa usiadła obok mnie i wzięła kubek do rąk. Upiła mały łyk i zakrztusiła się.
- Co to jest? Smakuje jak błoto- mruknęła, odstawiając kubek. Zaśmiałem się.
- Wolisz nie wiedzieć.
- Will, to nie ma sensu. Takie udawanie, że wszystko jest w porządku- powiedziała nagle. Spojrzałem jej w oczy. Była zdeterminowana i ożywiona.- Chcę tam pójść, wyjść za mąż, a gdy zagrożenie minie zabić tego drania.
- Czekałem aż to powiesz. Myślałem, że zajmie ci to dłużej- stwierdziłem, uśmiechając się do niej. Wstałem i podszedłem do drewnianej szafy. Wyciągnąłem z niej sporą skrzynkę. Postawiłem ją na stole i jednym ruchem otworzyłem. W środku ukazała się broń różnego rodzaju: od krótkich mieczy, przez proce, po małe strzały z trucizną.
- Do wyboru, do koloru- dodałem, patrząc na jej minę.
<Iskra?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)