~Felek
środa, 30 kwietnia 2014
Nieobecność
Ogłaszam iż wyjeżdżam na majówkę do dziadków, nie będzie neta, więc wysyłajcie wszystko do looney111. Chętnie bym wzięła kogoś z was ze sobą, ale nie wypali. Zostawiam wam psychodelicznego królika na pocieszenie:
Od Avy c.d. Williama
Facet miał w sobie coś... co było cholernie denerwujące. Po chwili dałam mu odpowiedź.
- Szukam złota. Ale nie zamierzam szukać go w garncu na końcu tęczy.
- Więc gdzie? - nieznajomy był strasznie dociekliwy. Chciałam powiedzieć, że to już nie jego interes, lecz rozmyśliłam się. Nie wyglądał na kogoś, kto od razu chciałby mnie wsypać.
- W porcie, a konkretnie planuję obrabować karczmę - nadałam twarzy kamienny wyraz, czekając na reakcję. Ciemnowłosy się zamyślił.
- Ile ty masz w ogóle lat? - zmierzył mnie wzrokiem.
- 20 - skłamałam. Każdemu podawałam tą wersję. Inaczej nie wpuściliby mnie do wielu miejsc... Usłyszałam śmiech.
- Oczywiście - rzucił mi ten irytujący uśmieszek - Mnie na to nie nabierzesz, kłamczucho. Ile masz naprawdę lat? - powtórzył pytanie.
- Już mówiłam Jeśli nie wierzysz, to już twój interes - powiedziałam, po czym odwróciłam się na pięcie i szybkim krokiem ruszyłam w stronę celu.
*godzinę później*
Spojrzałam na wyryty w drewnie napis "Pod Czerwonym Tulipanem". To musiała być jakaś restauracja dla elegantów i bogaczy. Spojrzałam w dół. W tym stroju zwrócę na siebie uwagę. Po chwili weszłam do przypadkowego domu. Ku mojej uldze, szafa stała w przedsionku. Otworzyłam ją i pospiesznie zaczęłam przeglądać ubrania. Była to chyba jakaś biedna rodzina, bo w szafie były same łachy. W końcu, na dnie, leżała zielona sukienka. Była pewnie tylko na specjalne okazje.
Cały czas nasłuchując, czy przypadkiem nikt się nie zbliża, przebrałam się w kreację. Była zdecydowanie za duża, za długa. Ale mówi się trudno. Wyszłam.
Stare ubrania ukryłam pod krzakiem. Zaczęłam rozmyślać nad jakimś planem. Zrobić to pokojowo, czy nie? Przy tylu ludziach raczej plan w stylu "Dawać forsę albo ją zabiję" nie byłby zbyt mądry. Uwiodę właściciela, dopilnuję, aby dużo wypił. Sam odda mi złoto.
- Gdzie się tak wystroiłaś? - usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się.
- Znowu ty... - przewróciłam oczami. Mam nadzieję, że nie ma zamiaru mi przeszkadzać.
<William? >
- Szukam złota. Ale nie zamierzam szukać go w garncu na końcu tęczy.
- Więc gdzie? - nieznajomy był strasznie dociekliwy. Chciałam powiedzieć, że to już nie jego interes, lecz rozmyśliłam się. Nie wyglądał na kogoś, kto od razu chciałby mnie wsypać.
- W porcie, a konkretnie planuję obrabować karczmę - nadałam twarzy kamienny wyraz, czekając na reakcję. Ciemnowłosy się zamyślił.
- Ile ty masz w ogóle lat? - zmierzył mnie wzrokiem.
- 20 - skłamałam. Każdemu podawałam tą wersję. Inaczej nie wpuściliby mnie do wielu miejsc... Usłyszałam śmiech.
- Oczywiście - rzucił mi ten irytujący uśmieszek - Mnie na to nie nabierzesz, kłamczucho. Ile masz naprawdę lat? - powtórzył pytanie.
- Już mówiłam Jeśli nie wierzysz, to już twój interes - powiedziałam, po czym odwróciłam się na pięcie i szybkim krokiem ruszyłam w stronę celu.
*godzinę później*
Spojrzałam na wyryty w drewnie napis "Pod Czerwonym Tulipanem". To musiała być jakaś restauracja dla elegantów i bogaczy. Spojrzałam w dół. W tym stroju zwrócę na siebie uwagę. Po chwili weszłam do przypadkowego domu. Ku mojej uldze, szafa stała w przedsionku. Otworzyłam ją i pospiesznie zaczęłam przeglądać ubrania. Była to chyba jakaś biedna rodzina, bo w szafie były same łachy. W końcu, na dnie, leżała zielona sukienka. Była pewnie tylko na specjalne okazje.
Cały czas nasłuchując, czy przypadkiem nikt się nie zbliża, przebrałam się w kreację. Była zdecydowanie za duża, za długa. Ale mówi się trudno. Wyszłam.
Stare ubrania ukryłam pod krzakiem. Zaczęłam rozmyślać nad jakimś planem. Zrobić to pokojowo, czy nie? Przy tylu ludziach raczej plan w stylu "Dawać forsę albo ją zabiję" nie byłby zbyt mądry. Uwiodę właściciela, dopilnuję, aby dużo wypił. Sam odda mi złoto.
- Gdzie się tak wystroiłaś? - usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się.
- Znowu ty... - przewróciłam oczami. Mam nadzieję, że nie ma zamiaru mi przeszkadzać.
<William? >
Od Williama C.D Avy
Ostatnio nie działo się nic ważnego. Mogłem w spokoju wypoczywać, czekając jednocześnie na nowe wezwanie. Dla zabicia czasu często chodziłem do lasu, razem z Rooneyem, chcąc nauczyć go prostych komend.
Tym razem jednak poszedłem tam sam, nie wiem czemu. Spacerowałem sobie, zebrałem kilka jadalnych roślin, żeby doprawić nimi kolację. W pewnym momencie usłyszałem czyjś głos. Zeskoczyłem z drzewa, na którym akurat siedziałem, i ruszyłem w tamtą stronę. Kilka minut później zobaczyłem niską, drobną postać. Dziewczynę o długich czerwonych włosach i morskich oczach. Ona też mnie zauważyła, bo przestała gwizdać. Staliśmy naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem.
- Słyszałem, że tutejsze lasy są niebezpieczne. Podobno można tu napotkać nieciekawe towarzystwo- zauważyłem, uśmiechając się ironicznie. O dziwo, dziewczyna odpłaciła mi się tym samym.
- Och, doprawdy? Czyli ty również zaliczasz się do tej kategorii?- spytała, kpiąco. Jakaż urocza istotka.
- Zależy, z czyjego punktu widzenia. Mogę być miłością twego życia, zgubą i cierpieniem lub najgorszym koszmarem. Ewentualnie towarzyszem, ale to bywa męczące.
Dziewczyna prychnęła z lekceważeniem. Oparłem się o drzewo i przyglądałem się jej spod zmrużonych powiek.
- Tak szczerze, to czego tu szukasz?- zapytałem, po chwili. Czerwonowłosa wzruszyła ramionami.
- A czego mogłabym szukać w cholernym lesie?- mruknęła pod nosem.
- Chochlików, elfów, krasnoludów, końca tęczy, na której jest garniec złota- wyliczałem. Na słowo "złoto" ujrzałem w jej oczach błysk zainteresowania.
<Ava?>
Tym razem jednak poszedłem tam sam, nie wiem czemu. Spacerowałem sobie, zebrałem kilka jadalnych roślin, żeby doprawić nimi kolację. W pewnym momencie usłyszałem czyjś głos. Zeskoczyłem z drzewa, na którym akurat siedziałem, i ruszyłem w tamtą stronę. Kilka minut później zobaczyłem niską, drobną postać. Dziewczynę o długich czerwonych włosach i morskich oczach. Ona też mnie zauważyła, bo przestała gwizdać. Staliśmy naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem.
- Słyszałem, że tutejsze lasy są niebezpieczne. Podobno można tu napotkać nieciekawe towarzystwo- zauważyłem, uśmiechając się ironicznie. O dziwo, dziewczyna odpłaciła mi się tym samym.
- Och, doprawdy? Czyli ty również zaliczasz się do tej kategorii?- spytała, kpiąco. Jakaż urocza istotka.
- Zależy, z czyjego punktu widzenia. Mogę być miłością twego życia, zgubą i cierpieniem lub najgorszym koszmarem. Ewentualnie towarzyszem, ale to bywa męczące.
Dziewczyna prychnęła z lekceważeniem. Oparłem się o drzewo i przyglądałem się jej spod zmrużonych powiek.
- Tak szczerze, to czego tu szukasz?- zapytałem, po chwili. Czerwonowłosa wzruszyła ramionami.
- A czego mogłabym szukać w cholernym lesie?- mruknęła pod nosem.
- Chochlików, elfów, krasnoludów, końca tęczy, na której jest garniec złota- wyliczałem. Na słowo "złoto" ujrzałem w jej oczach błysk zainteresowania.
<Ava?>
Od Cassandry C.D Iltrana
Ogień zgasł zupełnie. Iltran prawie zniknął już między drzewami, gdy ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie.
- Przepraszam- powiedziałam cicho, choć sama nie wiem dlaczego. Odwrócił się i spojrzał na mnie zdziwiony.- Że tak zareagowałam. Przepraszam.
Druid wzruszył ramionami.
- Jesteś jaka jesteś. Każdy z nas jest inny. Nie każdy ma szanse na indywidualność- stwierdził, po czym odszedł. Zaczynało świtać, a ja zostałam sama. I nie przespałam ani chwili.
- Będą musieli poczekać trochę dłużej- mruknęłam pod nosem i ułożyłam się wygodnie na trawie. Nie wiem nawet, w którym momencie zasnęłam.
Gdy się obudziłam, dochodziło południe. Wreszcie się wyspałam. Postanowiłam, że zostanę tutaj troszkę, żeby zregenerować siły. Może parę dni. Poukładałam swoje rzeczy w jakąś logiczną całość i wybrałam się na spacer. Po jakichś dziesięciu minutach znalazłam niewielki strumyk. Usiadłam nad wodą i cieszyłam się przyjemnymi promieniami słońca, które przebijały się przez korony drzew. Chwilę później para kosów przysiadła na gałęzi drzewa, które rosło nieopodal i zaczęła swoje trele. Nuciłam razem z nimi, dopóki nie usłyszałam znajomych mi już kroków. Odwróciłam głowę i zobaczyłam Iltrana opartego o drzewo i przyglądającego mi się.
- Sądziłem, że przy najbliższej okazji stąd znikniesz- mruknął. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Chyba zrobię sobie przerwę. Dawno nie czułam się tak dobrze w jakimś miejscu- przyznałam cicho. Druid podszedł bliżej.
<Iltran?>
- Przepraszam- powiedziałam cicho, choć sama nie wiem dlaczego. Odwrócił się i spojrzał na mnie zdziwiony.- Że tak zareagowałam. Przepraszam.
Druid wzruszył ramionami.
- Jesteś jaka jesteś. Każdy z nas jest inny. Nie każdy ma szanse na indywidualność- stwierdził, po czym odszedł. Zaczynało świtać, a ja zostałam sama. I nie przespałam ani chwili.
- Będą musieli poczekać trochę dłużej- mruknęłam pod nosem i ułożyłam się wygodnie na trawie. Nie wiem nawet, w którym momencie zasnęłam.
Gdy się obudziłam, dochodziło południe. Wreszcie się wyspałam. Postanowiłam, że zostanę tutaj troszkę, żeby zregenerować siły. Może parę dni. Poukładałam swoje rzeczy w jakąś logiczną całość i wybrałam się na spacer. Po jakichś dziesięciu minutach znalazłam niewielki strumyk. Usiadłam nad wodą i cieszyłam się przyjemnymi promieniami słońca, które przebijały się przez korony drzew. Chwilę później para kosów przysiadła na gałęzi drzewa, które rosło nieopodal i zaczęła swoje trele. Nuciłam razem z nimi, dopóki nie usłyszałam znajomych mi już kroków. Odwróciłam głowę i zobaczyłam Iltrana opartego o drzewo i przyglądającego mi się.
- Sądziłem, że przy najbliższej okazji stąd znikniesz- mruknął. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Chyba zrobię sobie przerwę. Dawno nie czułam się tak dobrze w jakimś miejscu- przyznałam cicho. Druid podszedł bliżej.
<Iltran?>
Od Williama C.D Iskry
Kiedy zostałem sam, moje myśli się rozpłynęły. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Pewnie wróciłbym do wioski, gdyby nie burza, która niespodziewanie się rozpętała. Znużony postanowiłem to przeczekać w jakiejś niewielkiej jaskini. Rozpaliłem ogień i nawet nie zauważyłem, gdy zasnąłem.
Następnego dnia obudził mnie czyjś nieświeży oddech, który zawisł nad moją twarzą. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem dzikiego psa, przyglądał mi się. Wstałem powoli, a pies rzucił się na mnie. Tyle że nie miał zamiaru mnie zagryźć, tylko wylizać na śmierć. Ze śmiechem ściągnąłem z siebie zwierzaka, nakarmiłem go. Nazwałem go Rooney. Potem zebrałem swoje rzeczy i ruszyliśmy w drogę.
Spacerowałem spokojnie po lesie, z burym psem plątającym się między nogami. I pewnie spacerowalibyśmy sobie w całkowitym spokoju, gdyby nie okrzyki jakiś mężczyzn. Domyśliłem się, że byli to ci sami żołnierze co wczoraj, nikt inny nie drze się tak w lesie. No chyba, że jakiś przygłup.
Z czystej, niezaspokojonej ciekawości, podążyłem za tymi okrzykami, oczywiście uważając, by mnie nie zauważono. Psa ukryłem w krzakach, a sam wspiąłem się na drzewo, żeby mieć lepszy widok. Znowu. I osiągnąłem zamierzony efekt. Z góry widziałem wszystko jak na dłoni. Ruda była otoczona przez bandę gości z mieczami. Hm. Ciekawe. Potem podszedł do nich ten dupek, którego dziewczyna wczoraj pobiła, a który dowodził bandą tych....Zresztą nieważne.
Dziewczyna miała wątpiącą minę, ale raczej nie przyznałaby, że się boi. Mężczyzna był jednak zadowolony z tego spotkania. Zaczynało się robić coraz ciekawiej. Ruda rozejrzała się wokół, szukając jakiegoś rozwiązania. Wkrótce potem jej wzrok spoczął na mnie. Jej oczy mówiły "pomóż mi". Westchnąłem z dezaprobatą i przeciągnąłem się jak kot, po czym zeskoczyłem z drzewa. Zmierzyłem żołnierzy chłodnym spojrzeniem, po czym przeniosłem wzrok na "tego strasznego".
- Rozwiążmy tę sprawę pokojowo- zaproponowałem, po czym jeden z żołnierzy zaatakował mnie od tyłu. Szybko sobie z nim poradziłem. Pozostali chcieli też się na mnie rzucić. Spojrzałem na dziewczynę i puściłem jej oko.
- Czas się zwijać- stwierdziłem i zagwizdałem. Roon zjawił się natychmiast i odwrócił uwagę mężczyzn. Pociągnąłem dziewczynę za rękę, wyrwałem wodze jednego konia i posadziłem na nim rudą.
- Jedź- poleciłem, uśmiechając się nonszalancko.- Jeszcze się spotkamy.
I klepnąłem konia w zad. Popędził galopem między drzewa. Wściekli żołnierze znów skierowali na mnie swoją uwagę. Rozbroiłem kilku z nich, ale było ich za dużo. Miałem problem. Na szczęście pod ręką znajdował się drugi koń. Szybko na niego wsiadłem i pocwałowałem w przeciwną stronę niż dziewczyna. Ścigali mnie przez jakiś czas, ale w końcu ich zgubiłem. Zmęczony, zatrzymałem się i puściłem konia wolno. Kilka minut później zjawił się Rooney. Uśmiechnąłem się na jego widok. Usiedliśmy pod starym dębem i ucięliśmy sobie drzemkę. Jakąś godzinę później wziąłem swoją torbę i ruszyliśmy w stronę rzeki. I zupełnym przypadkiem znalazłem tam rudą. Odpoczywała. Była ranna.
<Iskra?>
Następnego dnia obudził mnie czyjś nieświeży oddech, który zawisł nad moją twarzą. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem dzikiego psa, przyglądał mi się. Wstałem powoli, a pies rzucił się na mnie. Tyle że nie miał zamiaru mnie zagryźć, tylko wylizać na śmierć. Ze śmiechem ściągnąłem z siebie zwierzaka, nakarmiłem go. Nazwałem go Rooney. Potem zebrałem swoje rzeczy i ruszyliśmy w drogę.
Spacerowałem spokojnie po lesie, z burym psem plątającym się między nogami. I pewnie spacerowalibyśmy sobie w całkowitym spokoju, gdyby nie okrzyki jakiś mężczyzn. Domyśliłem się, że byli to ci sami żołnierze co wczoraj, nikt inny nie drze się tak w lesie. No chyba, że jakiś przygłup.
Z czystej, niezaspokojonej ciekawości, podążyłem za tymi okrzykami, oczywiście uważając, by mnie nie zauważono. Psa ukryłem w krzakach, a sam wspiąłem się na drzewo, żeby mieć lepszy widok. Znowu. I osiągnąłem zamierzony efekt. Z góry widziałem wszystko jak na dłoni. Ruda była otoczona przez bandę gości z mieczami. Hm. Ciekawe. Potem podszedł do nich ten dupek, którego dziewczyna wczoraj pobiła, a który dowodził bandą tych....Zresztą nieważne.
Dziewczyna miała wątpiącą minę, ale raczej nie przyznałaby, że się boi. Mężczyzna był jednak zadowolony z tego spotkania. Zaczynało się robić coraz ciekawiej. Ruda rozejrzała się wokół, szukając jakiegoś rozwiązania. Wkrótce potem jej wzrok spoczął na mnie. Jej oczy mówiły "pomóż mi". Westchnąłem z dezaprobatą i przeciągnąłem się jak kot, po czym zeskoczyłem z drzewa. Zmierzyłem żołnierzy chłodnym spojrzeniem, po czym przeniosłem wzrok na "tego strasznego".
- Rozwiążmy tę sprawę pokojowo- zaproponowałem, po czym jeden z żołnierzy zaatakował mnie od tyłu. Szybko sobie z nim poradziłem. Pozostali chcieli też się na mnie rzucić. Spojrzałem na dziewczynę i puściłem jej oko.
- Czas się zwijać- stwierdziłem i zagwizdałem. Roon zjawił się natychmiast i odwrócił uwagę mężczyzn. Pociągnąłem dziewczynę za rękę, wyrwałem wodze jednego konia i posadziłem na nim rudą.
- Jedź- poleciłem, uśmiechając się nonszalancko.- Jeszcze się spotkamy.
I klepnąłem konia w zad. Popędził galopem między drzewa. Wściekli żołnierze znów skierowali na mnie swoją uwagę. Rozbroiłem kilku z nich, ale było ich za dużo. Miałem problem. Na szczęście pod ręką znajdował się drugi koń. Szybko na niego wsiadłem i pocwałowałem w przeciwną stronę niż dziewczyna. Ścigali mnie przez jakiś czas, ale w końcu ich zgubiłem. Zmęczony, zatrzymałem się i puściłem konia wolno. Kilka minut później zjawił się Rooney. Uśmiechnąłem się na jego widok. Usiedliśmy pod starym dębem i ucięliśmy sobie drzemkę. Jakąś godzinę później wziąłem swoją torbę i ruszyliśmy w stronę rzeki. I zupełnym przypadkiem znalazłem tam rudą. Odpoczywała. Była ranna.
<Iskra?>
wtorek, 29 kwietnia 2014
Od Joraha C.D Irisy
Sir Jorah uśmiechnął się delikatnie do siedzącej obok niego Lady Thesson.
- Nie ma nic wyższego nad obowiązki wobec królestwa, pani – odezwał się, odwzajemniając przenikliwe spojrzenie jej jasnobłękitnych oczu. - Ale ten akurat równie dobrze można nazwać zaszczytem.
Irisa nie wyglądała na przekonaną, nie oponowała jednak. Westchnęła tylko cicho i wbiła wzrok w niebo za oknem, w które przed chwilą wpatrywał się jej rozmówca. Widać było, że się waha, niepewna, czy słowa Lorda są pustą formułką, czy też jednak płyną prosto z serca.
Mężczyzna zmarszczył lekko brwi, widząc to. Nie podobało mu się, że frustracja gości na twarzy jego przyszłej żony. Chciał, by była szczęśliwa, choć świadomość, że nie może jej tego szczęścia zapewnić, wciąż boleśnie kłuła go w tył głowy, tak, jak to potrafią robić natarczywe myśli.
Nagle zapragnął wszystko zmienić, zostawić zimną Północ i zostać tu, na Wschodzie, rządzić tymi ciepłymi, urodzajnymi ziemiami i już nigdy nie wracać na skute lodem tereny przez stulecia rządzone przez jego przodków. Poczuł, że mógłby wyrzec się swego dziedzictwa, niemal tysiącletniej tradycji, porzucić swych krewnych, swój dom, swoje królestwo. Wszystko, byle nigdy więcej nie zobaczyć obawy na twarzyczce Lady Irisy.
Już chciał coś powiedzieć, już otwierał usta, już chciał sięgnąć po jej dłoń i zamknąć ją w uścisku, kiedy między niego a pogrążoną we własnych myślach młodą władczynię Wschodu wepchnął się Świt. Wilkor usiadł przed Lady Thesson i spojrzał jej prosto w oczy swymi intensywnie złotymi ślepiami. Przez chwilę mierzył ją wzrokiem, nie odrywając go od twarzy kobiety. Ta zdawała się nieco zaskoczona zachowaniem zwierzęcia, dla Joraha nie było ono jednak niczym nowym – Świt był z natury ciekawskim, a zarazem nadzwyczaj opiekuńczym i inteligentnym stworzeniem. Potrafił wyczuć człowieka, jego zamiary i usposobienie. Niekiedy bywał lepszym doradcą od niejednego doświadczonego przez życie maestra.
Wilkor oderwał w końcu spojrzenie od oczu Lady Irisy i trącił nosem jej dłoń, kładąc jej swój kruczoczarny łeb na kolanach. Mormont uśmiechnął się, widząc, jak jego podopieczny domaga się pieszczot od kogoś na pozór zupełnie obcego. To dobry znak.
- Polubił cię, pani – zauważył, klepiąc zwierzę po grzbiecie. Podniósł wzrok na kobietę. Zdawała się nie być do końca pewna, co ma zrobić.
- Nie gryzie – zapewnił rycerz z ciepłym uśmiechem, widząc jej wahanie. – Zapewniam, jest całkowicie niegroźny. To wyjątkowo spokojny wilkor.
<Iriso? Wybacz małą ilość łzawych wyznań, wena się ode mnie odwróciła XD>
Od Eilistraee C.D Caspaina
Westchnęła ciężko. Musiała odreagować.
Ukradła ubranie jakiemuś młodemu myśliwemu korzystającemu z dworskiej łaźni. Zakluczyła swoją komnatę. Zdjęła z siebie szaty i błyskotki, założyła ubranie do polowań. Rozpuściła włosy które opadły lekko kaskadami na plecy. Sięgały aż do bioder. Splotła je jednak szybko w gruby warkocz. Nie przypominała już Eilistraee, wysłanniczki Boga, kapłanki z Asshai. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Uśmiechnęła się do siebie.
Osiodłany już koń stał przy budynku stajni. Nie był osiodłany jednak dla niej a dla jakiegoś wysoko postawionego członka Książęcej Gwardii. Poczekała aż odejdzie on ze swoim giermkiem. Zwinnym ruchem wskoczyła na wierzchowca. Pocwałowała w stronę okolicznego lasu. Miała nadzieję, że żaden z myśliwskich oddziałów jej nie znajdzie. Na Południu wzięto by ją za młodego chłopaka. Na Wschodzie jednak białowłosi mężczyźni byli co najmniej bardzo rzadcy.
-Ładnie tak kraść cudze konie i odzienie?-spytał.
-Tak.-rzuciła i przygryzła wargę.
<Caspain?>
Ukradła ubranie jakiemuś młodemu myśliwemu korzystającemu z dworskiej łaźni. Zakluczyła swoją komnatę. Zdjęła z siebie szaty i błyskotki, założyła ubranie do polowań. Rozpuściła włosy które opadły lekko kaskadami na plecy. Sięgały aż do bioder. Splotła je jednak szybko w gruby warkocz. Nie przypominała już Eilistraee, wysłanniczki Boga, kapłanki z Asshai. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Uśmiechnęła się do siebie.
Osiodłany już koń stał przy budynku stajni. Nie był osiodłany jednak dla niej a dla jakiegoś wysoko postawionego członka Książęcej Gwardii. Poczekała aż odejdzie on ze swoim giermkiem. Zwinnym ruchem wskoczyła na wierzchowca. Pocwałowała w stronę okolicznego lasu. Miała nadzieję, że żaden z myśliwskich oddziałów jej nie znajdzie. Na Południu wzięto by ją za młodego chłopaka. Na Wschodzie jednak białowłosi mężczyźni byli co najmniej bardzo rzadcy.
***
Była w połowie przemierzania boru gdy lunął ulewny deszcz. Kłusowała powoli w stronę dworu. Lniana koszula przylegała do jej mokrego ciała. Całkowicie mokra i zziębnięta, nie odczuwała jednak dyskomfortu. Od dawna nie pozwalała sobie na taką swobodę, teraz czuła się dobrze. Zeskoczyła z konia gdy znalazła się na dziedzińcu. Niezauważalnie wślizgnęła się do wnętrza potężnego zamku. Nie trudno było jej znaleźć Caspaina, znajdował się on w swojej komnacie.
-Eilistraee.-kącik jego ust delikatnie podniósł się na jej widok.
-Christa.-posłała mu zawadiacki uśmiech.-Mam na imię Christa.
Nie zwracała uwagi, że ubrania są przemoczone a jej włosy potargane. Lord jednak zauważył to i uśmiechnął się szerzej.-Ładnie tak kraść cudze konie i odzienie?-spytał.
-Tak.-rzuciła i przygryzła wargę.
<Caspain?>
Od Caspaina C.D Eilistraee
Nie odezwałem się słowem. Irisa kiedyś mi tłumaczyła, bym w momentach takich wyznań milczał, ponieważ inne postrzeganie rzeczywistości może mnie doprowadzić do klęski. Na różnych frontach. Spojrzałem na oczy Eilistraee, odbijające się w lustrze. Chłód, smutek, determinacja. Musiałem chwilę zastanowić się nad tym, co mogła czuć w tym momencie. Zabili jej dziecko, na jej oczach. Co ja bym zrobił, gdybym widział, że ktoś krzywdzi mojego syna? Zamordowałbym wszystkich. Wszystkich.
- Ku*wa - westchnąłem, podchodząc do kapłanki. Chwyciłem ją za podbródek i łagodnie skierowałem jej twarz w moją stronę, zmuszając do kontaktu wzrokowego. W takiej sytuacji.. Zrobiłem jedną z tych trzech rzeczy, które potrafiłem najlepiej. Pocałowałem ją. Tak po prostu, delikatnie. Zaledwie posmakowałem jej ust.
- Caspainie.. - wyszeptała Eilistraee, chwytając mnie za koszulę. Przyciągnęła mnie bliżej siebie. Znowu ją pocałowałem. Tym razem bardziej stanowczo. Za każdym muśnięciem jej warg, pogłębiałem nasz pocałunek. Pchnąłem kobietę na łoże. Pochyliłem się nad nią i zacząłem całować jej twarz, szyję, obojczyk. Moje ręce wędrowały po jej ciele. Eilistraee pojękiwała cicho, leżąc pode mną z przymkniętymi oczami. W pewnym momencie, położyła dłonie na moim torsie i zatrzymała mnie.
- Proszę - wyszeptała. Gwałtownie się podniosłem, wziąłem leżący obok niej sztylet i wyszedłem. Mój wzrok stał się rozbiegany, niebezpieczny. Potrzebowałem kogoś tej nocy. Kobiety. Chciałem Eilistraee, ale ona mi odmówiła. Nie zamierzałem ani prosić, ani gwałcić. Rozejrzałem się po sali tronowej. Ludzie śmiali się, rozmawiali. Zatrzymałem spojrzenie na Sir Jorahu. Musiałem wyglądać w tym momencie na złaknionego krwi, ponieważ wstali oboje, on i Irisa. Przewróciłem oczami i wyszedłem. Jedyne, czego w tym momencie pragnąłem to pięknego, chętnego kobiecego ciała. Enny ze mną nie było. Chwyciłem stojące na stole wino i zabrałem je na balkon. Oparłem się o balustradę, popijając gorzkie, wytrawne wino.
(Eilistraee?)
- Ku*wa - westchnąłem, podchodząc do kapłanki. Chwyciłem ją za podbródek i łagodnie skierowałem jej twarz w moją stronę, zmuszając do kontaktu wzrokowego. W takiej sytuacji.. Zrobiłem jedną z tych trzech rzeczy, które potrafiłem najlepiej. Pocałowałem ją. Tak po prostu, delikatnie. Zaledwie posmakowałem jej ust.
- Caspainie.. - wyszeptała Eilistraee, chwytając mnie za koszulę. Przyciągnęła mnie bliżej siebie. Znowu ją pocałowałem. Tym razem bardziej stanowczo. Za każdym muśnięciem jej warg, pogłębiałem nasz pocałunek. Pchnąłem kobietę na łoże. Pochyliłem się nad nią i zacząłem całować jej twarz, szyję, obojczyk. Moje ręce wędrowały po jej ciele. Eilistraee pojękiwała cicho, leżąc pode mną z przymkniętymi oczami. W pewnym momencie, położyła dłonie na moim torsie i zatrzymała mnie.
- Proszę - wyszeptała. Gwałtownie się podniosłem, wziąłem leżący obok niej sztylet i wyszedłem. Mój wzrok stał się rozbiegany, niebezpieczny. Potrzebowałem kogoś tej nocy. Kobiety. Chciałem Eilistraee, ale ona mi odmówiła. Nie zamierzałem ani prosić, ani gwałcić. Rozejrzałem się po sali tronowej. Ludzie śmiali się, rozmawiali. Zatrzymałem spojrzenie na Sir Jorahu. Musiałem wyglądać w tym momencie na złaknionego krwi, ponieważ wstali oboje, on i Irisa. Przewróciłem oczami i wyszedłem. Jedyne, czego w tym momencie pragnąłem to pięknego, chętnego kobiecego ciała. Enny ze mną nie było. Chwyciłem stojące na stole wino i zabrałem je na balkon. Oparłem się o balustradę, popijając gorzkie, wytrawne wino.
(Eilistraee?)
Od Irisy C.D Joraha
Założyłam niesforny kosmyk swoich miedzianych włosów za ucho i pochyliłam się nad książką, którą przyniósł mi Olyvar. Kątem oka widziałam jak Sir Jorah opuszcza salę tronową wraz z moją matką.
- Piękna.. - dotknęłam opuszkami palców starej, podniszczonej stronicy.
- To księga opowiadająca o losach mojego przodka, samego założyciela rodu Forgety, Torisa I Forgety' ego. Jest dla Ciebie. W ramach prezentu przedślubnego od obecnego, jeszcze, szwagra - młody Lord uśmiechnął się nieznacznie.
- Olyvarze, zawsze będziesz moim przyjacielem - powiedziałam. - Nawet, jeśli nie będziesz już moim szwagrem.
- Nawet, jak zostaniesz Księżną Północy, Iriso? A następnie naszą Królową? Mikkel byłby z Ciebie dumny. On naprawdę Cię kochał - mruknął Olyvar, a jego wzrok powędrował na księgę. Widziałam w jego oczach, że myśli o stracie starszego brata, Mikkela.
- Wiem - westchnęłam i zostawiłam Olyvara samego. Znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że w chwilach takiej melancholii nie lubi towarzystwa.
- Lady Iriso? - Masilla podeszła do mnie, gdy tylko odstąpiłam od stołu. Widocznie czekała na moment, w którym to zrobię. - Twoja matka, Lady Lorienne, chciałaby zamienić z Tobą kilka słów na osobności, Pani.
- Gdzie mnie oczekuje? - spytałam.
- W swojej komnacie. Sir Jorah udał się na spoczynek - uprzedziła moje pytanie. Uniosłam kąciki ust, odszukałam wzrokiem Caspaina i już miałam iść, gdy coś przykuło moją uwagę. Młody, dwudziestokilkuletni mężczyzna. Jego spojrzenie było utkwione we mnie już dłuższy czas. Nie znałam go; najprawdopodobniej przybył do Thesson wraz z dworem Lorda Mormonta. Odetchnęłam głęboko, zignorowałam nieprzyjemne uczucie, w które mnie wprawił i ruszyłam w stronę komnaty mojej matki. Poruszanie się tym labiryntem korytarzy opanowałam do perfekcji. Znałam każdy zakątek tego zamku.
- Matko? - nie zawracałam sobie głowy pukaniem do drzwi. Weszłam do środka i zamknęłam je za sobą.
- Iriso, dobrze, że już jesteś. Chciałabym z Tobą porozmawiać. Usiądź - Lady Lorienne wskazała na krzesło stojące przy eleganckim, rzeźbionym biurku.
- O czym chciałabyś porozmawiać? Od razu mogę powiedzieć, że pilnuję Caspaina, gdy jest w Thesson. Nie zabija. A przynajmniej nie robi tego często - zapewniłam, wykonując jej prośbę.
- Nie, nie o nim chciałam rozmawiać. Spytam wprost. Sir Jorah Mormont. Twój przyszły mąż. Będziesz w stanie urodzić mu syna? - wbiła we mnie swoje przenikliwe spojrzenie.
- Pytasz o to, czy między nami dojdzie do zbliżenia? - odwróciłam głowę.
- Tak. To bardzo ważne, jak wiesz. Jeżeli będziesz czuła do niego odrazę, to całe małżeństwo zwyczajnie nie ma sensu.
- Urodzę mu syna, który kiedyś zasiądzie na tronie Czterech Królestw. Martwiłabym się raczej o niego, a nie o mnie - odparłam, wzdychając. Nie widziałam żadnej reakcji. Żadnej. I to przyprawiało mnie o czarną rozpacz.
- Córeczko, nie znam mężczyzny, który oparłby się Twoim wdziękom - Lady Lorienne roześmiała się, wstała i objęła mnie. - Jesteś piękna. Nie mam wątpliwości, że przypadłaś mu do gustu.
- Nigdy się tak nie martwiłam o swoją urodę - wyznałam. Matka pocałowała mnie w policzek.
- I tym razem także nie powinnaś się martwić - powiedziała.
(...) Obserwowałam Caspaina. Zachowywał się bardzo spokojnie. To było podejrzane, ale wolałam nie wiedzieć co kryje się za jego opanowaniem. Wolałam nie wiedzieć, czy to jest cisza przed burzą.
- Sir Jorahu? - podeszłam do mężczyzny. Gładził sierść swojego kruczego wilkora.
- Lady Iriso - Lord Mormont wstał i poczekał, aż usiądę. - Czy coś się stało?
- Właściwie.. Chciałabym Ci zadać pytanie. Delikatnej natury - uśmiechnęłam się do niego.
- Postaram się odpowiedzieć.
- Wiem jaka była Twoja reakcja na propozycję mojej matki, Panie. Chcę Ci powiedzieć, że nie musisz tego robić, jeżeli nie chcesz. Nie lubię unieszczęśliwiać ludzi, a czuję, że żeniąc się ze mną, stałbyś się bardzo nieszczęśliwym człowiekiem - spojrzałam mu prosto w oczy. - Proszę, bądź ze mną szczery. Nie chcę, byś się męczył.
(Jorahu? Te rozterki :3)
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Od Joraha C.D Irisy
Sir Jorah zajął miejsce, które mu wskazano. Stół obrad był długi, ciężki, o wypolerowanym blacie i nogach rzeźbionych na kształt lisich łap. U jego szczytu, na podwyższeniu, stał misternie zdobiony tron władców Wschodu. Ciemne drewno było powycierane w pewnych miejscach przez stulecia użytkowania, ale siedzisko i tak wyglądało na o niebo wygodniejsze od tego w Sali Tronowej w Hammshert.
Świt obszedł całe pomieszczenie, dokładnie obwąchując nieliczne stojące w nim przedmioty i ciekawsko zaglądając w każdy kąt. Kiedy w końcu znudziło mu się myszkowanie, przysiadł na kamiennej posadzce przy krześle swego pana, wpatrując się ciekawie we wszystkich obecnych po kolei. Po chwili jednak utkwił wzrok w Caspainie, zajmującym miejsce po przeciwnej stronie stołu, między Lady Lorienne, a młodym mężczyzną, którego Lord Mormont kojarzył z jednej z walk, jakie stoczył podczas wojny domowej na Północy.
Wilkor zmrużył ostrzegawczo swe złote ślepia, wbijając wrogie spojrzenie w rudowłosego młodzieńca, a z jego gardła dobył się cichy, ostrzegawczy pomruk. Rycerz poklepał go uspokajająco po czarnym jak noc łbie. Zwierze natychmiast ucichło, choć wciąż mierzyło Caspaina nieprzychylnym wzrokiem.
Jorah słyszał już niejedno o Krwawym Cieniu, i, szczerze powiedziawszy, nie wszystko z tego mu się podobało. Szanował młodzieńca, jako przyszłego szwagra i odważnego wojownika, nie uważał jednak, by cechująca go brawura i impulsywność mogły jakkolwiek pomóc mu w walce. I choć cenił sobie dobrych szermierzy, to z tym chłopcem dobre stosunki pragnął zachować jedynie przez wzgląd na jego siostrę i matkę, a także swego rodzaju militarną potęgę, jaką były włości rudowłosego. Wyczuwał w nim coś, co go niepokoiło, a teraz zdawało się alarmować także Świt. Wilkor, choć młody, znał się na ludziach o wiele lepiej od niejednego doświadczonego przez życie człowieka. Lord ufał mu bardziej niż wszystkim swoim doradcom razem wziętym. Jeśli zwierzę nie ufało jego przyszłemu szwagrowi, to on też nie zamierzał.
Przynajmniej na razie.
- Nasz skarbiec nie pęka w szwach, ale, proszę mi wierzyć, sfinansowanie wesela w najmniejszym stopniu nie narazi Hammshert na bankructwo.
Lady Lorienne otworzyła usta, by się sprzeciwić, Jorah jednak gestem poprosił ją o ciszę.
- Wschód ucierpiał podczas ostatniej wojny – dodał z przyjaznym uśmiechem. – I choć nie wątpię, iż Lady Irisa jest osobą zaradną i gospodarną, to nie chciałbym wymagać aż tak wiele. To dość kosztowna uroczystość, jak zapewne przekonałaś się, pani, jakiś czas temu.
Kobieta skinęła głowa, zerkając w stronę córki. Lady Thesson zdawała się jednak bardziej zajęta cichą dyskusją z jednym ze swych doradców, by zwrócić na to uwagę.
Rycerz uśmiechnął się lekko, przyglądając Księżnej Wschodu. Musiał przyznać, że była kobietą niespotykanej urody, o smukłej sylwetce i pięknym uśmiechu. Najbardziej jednak fascynowały go jej oczy – duże, błyszczące, o odcieniu, który jak dotąd widział jedynie u swej ciotki, Maege. Jego własne były ciemniejsze, niemal granatowe, odziedziczone po ojcu. Już w dzieciństwie wydawały mu się nudne. A oczy Irisy… Mógłby patrzeć w nie całymi godzinami.
Po kolejnym kwadransie rozmowy zostało ustalone, że rodzina panny młodej pokryje połowę kosztów zbliżającej się ceremonii. Następne dziesięć minut i zebrani poczęli opuszczać salę jedno po drugim. Wzmożony ruch zbudził Świt, drzemiącego w kącie pomieszczenia. Wilkor uniósł łeb, wstał i przeciągnął się. Chwilę później już truchtał u boku pana, zmierzającego do wyjścia w towarzystwie Lady Lorienne.
<Iriso? :3>
Świt obszedł całe pomieszczenie, dokładnie obwąchując nieliczne stojące w nim przedmioty i ciekawsko zaglądając w każdy kąt. Kiedy w końcu znudziło mu się myszkowanie, przysiadł na kamiennej posadzce przy krześle swego pana, wpatrując się ciekawie we wszystkich obecnych po kolei. Po chwili jednak utkwił wzrok w Caspainie, zajmującym miejsce po przeciwnej stronie stołu, między Lady Lorienne, a młodym mężczyzną, którego Lord Mormont kojarzył z jednej z walk, jakie stoczył podczas wojny domowej na Północy.
Wilkor zmrużył ostrzegawczo swe złote ślepia, wbijając wrogie spojrzenie w rudowłosego młodzieńca, a z jego gardła dobył się cichy, ostrzegawczy pomruk. Rycerz poklepał go uspokajająco po czarnym jak noc łbie. Zwierze natychmiast ucichło, choć wciąż mierzyło Caspaina nieprzychylnym wzrokiem.
Jorah słyszał już niejedno o Krwawym Cieniu, i, szczerze powiedziawszy, nie wszystko z tego mu się podobało. Szanował młodzieńca, jako przyszłego szwagra i odważnego wojownika, nie uważał jednak, by cechująca go brawura i impulsywność mogły jakkolwiek pomóc mu w walce. I choć cenił sobie dobrych szermierzy, to z tym chłopcem dobre stosunki pragnął zachować jedynie przez wzgląd na jego siostrę i matkę, a także swego rodzaju militarną potęgę, jaką były włości rudowłosego. Wyczuwał w nim coś, co go niepokoiło, a teraz zdawało się alarmować także Świt. Wilkor, choć młody, znał się na ludziach o wiele lepiej od niejednego doświadczonego przez życie człowieka. Lord ufał mu bardziej niż wszystkim swoim doradcom razem wziętym. Jeśli zwierzę nie ufało jego przyszłemu szwagrowi, to on też nie zamierzał.
Przynajmniej na razie.
- Nasz skarbiec nie pęka w szwach, ale, proszę mi wierzyć, sfinansowanie wesela w najmniejszym stopniu nie narazi Hammshert na bankructwo.
Lady Lorienne otworzyła usta, by się sprzeciwić, Jorah jednak gestem poprosił ją o ciszę.
- Wschód ucierpiał podczas ostatniej wojny – dodał z przyjaznym uśmiechem. – I choć nie wątpię, iż Lady Irisa jest osobą zaradną i gospodarną, to nie chciałbym wymagać aż tak wiele. To dość kosztowna uroczystość, jak zapewne przekonałaś się, pani, jakiś czas temu.
Kobieta skinęła głowa, zerkając w stronę córki. Lady Thesson zdawała się jednak bardziej zajęta cichą dyskusją z jednym ze swych doradców, by zwrócić na to uwagę.
Rycerz uśmiechnął się lekko, przyglądając Księżnej Wschodu. Musiał przyznać, że była kobietą niespotykanej urody, o smukłej sylwetce i pięknym uśmiechu. Najbardziej jednak fascynowały go jej oczy – duże, błyszczące, o odcieniu, który jak dotąd widział jedynie u swej ciotki, Maege. Jego własne były ciemniejsze, niemal granatowe, odziedziczone po ojcu. Już w dzieciństwie wydawały mu się nudne. A oczy Irisy… Mógłby patrzeć w nie całymi godzinami.
Po kolejnym kwadransie rozmowy zostało ustalone, że rodzina panny młodej pokryje połowę kosztów zbliżającej się ceremonii. Następne dziesięć minut i zebrani poczęli opuszczać salę jedno po drugim. Wzmożony ruch zbudził Świt, drzemiącego w kącie pomieszczenia. Wilkor uniósł łeb, wstał i przeciągnął się. Chwilę później już truchtał u boku pana, zmierzającego do wyjścia w towarzystwie Lady Lorienne.
<Iriso? :3>
Od Edhelrasa c.d. Willa
Pierwszy Doradca Księżnej Alysanny spojrzał z wyższością na przybysza.
-Daruj sobie grzeczności, Herondale. Masz to, po co zostałeś wysłany?-zapytał olewającym tonem.
Mężczyzna rozparł się na krześle, sięgnął do kieszeni i wyjął z niej grubą kopertę. Obrócił ją w palcach, a potem podał Edhelrasowi. Ten ujął ją w chude, kościste dłonie i otworzył. Przebiegł wzrokiem po informacjach zanotowanych na sztywnych kartkach, a potem uśmiechnął się szeroko, odsłaniając proste, pociemniałe nieco zęby.
-Dobra robota, Herondale. –Jego wzrok omiótł całe ciało chłopaka. Od przystojnej twarzy o idealnych proporcjach, przez smukłą szyję, atletyczne ciało.
-Dziękuję, Panie.-Skinął lekko głową.
Gadzi Język myślał chwilę, a potem spoważniał.
-Chodź, zaniesiesz koją odpowiedź do Thytusa Deforssona.-Skierował kroki do długiego korytarza, a potem krętych schodów.
William ruszył za nim. Długa, ciemnozielona, prosta szata Valrisa szeleściła cicho przy każdym kroku, a ciemny pas w talii podkreślał chudą sylwetkę doradcy. Edhelras bez słowa wpuścił szpiega do swojej komnaty. Pomieszczenie było duże, przestronny i schludne. Pod wielkim oknem osłoniętym grubą kotarą stało ciężkie, masywne biurko zawalone jakimiś papierami, które wbrew pozorom były pieczołowicie posegregowane. Po prawej stronie, tuż pod ścianą stały regały zastawione księgami. Obok biurka stał wielki, piękny globus, a naprzeciw tego, obok zamkniętych drzwi do innego pomieszczenia stał niski stół. Gadzi Język cichym krokiem podszedł do swojego biurka, ujął w dłoń kartkę czystego papieru i kaligraficznym, drobnym pismem zapisał wiadomość do owego Thytusa. Nad świecą począł topić czerwony lak, który stopniowo kapał na kartkę papieru. Gdy była go wystarczająca ilość odbił pieczęć i stanął przy Williamie, który wpatrywał się w grzbiety ksiąg.
-Niezła kolekcja-stwierdził, posyłając blademu mężczyźnie obok lekki uśmiech.
-Niezgorsza, choć brakuje kilku istotnych egzemplarzy- odpowiedział Edhelras, kładąc list na jednej z półek.
Odwrócił głowę do młodszego od siebie mężczyzny i uśmiechnął się lekko i nieprzyjemnie.
-Masz chwilkę, czy spieszysz się?-zapytał niby obojętnym tonem.
-Jakoś nieszczególnie, no chyba, że ta wiadomość ma się pojawić jak najszybciej w rękach Deforssona.-Wzruszył ramionami.
-Myślę, że nie jest to aż tak pilne, byś nie mógł pozwolić sobie na chwilę relaksu.-Stanął przed nim, a jego dłoń powoli powędrowała do piersi Williama.
Informator ani drgnął. Wpatrywał się w oczy doradcy, który aktualnie zapatrzony był w jego ciało. Poczuł na szyi dotyk chłodnych, kościstych palców, które skierowały się do jego karku i wplotły w pasma ciemnych włosów. Valris przysunął się do niego jeszcze bliżej i musnął wargami jego szyję.
Herondale stał nieruchomo, ale nie był specjalnie zaskoczony. Oburzony też nie. Szarooki ośmielony brakiem protestu skierował dłoń do krocza posłańca, a potem zacisnął ją na genitaliach faceta. Ten syknął cicho marszcząc czoło i uśmiechając się perwersyjnie.
-Taka okazja zdarza się tylko raz…- Zaśmiał się wysokim, przenikliwym tonem, a potem rozpiął pas Willa. Zsunął w dół jego spodnie razem z bielizną ukazując dużego, ale jeszcze niepobudzonego penisa. –Zajmijmy się nim-szepnął, uklęknął przed facetem, a potem rozchylił blade wargi.
<Will? B) Chyba mnie poniosło ;-;>
-Daruj sobie grzeczności, Herondale. Masz to, po co zostałeś wysłany?-zapytał olewającym tonem.
Mężczyzna rozparł się na krześle, sięgnął do kieszeni i wyjął z niej grubą kopertę. Obrócił ją w palcach, a potem podał Edhelrasowi. Ten ujął ją w chude, kościste dłonie i otworzył. Przebiegł wzrokiem po informacjach zanotowanych na sztywnych kartkach, a potem uśmiechnął się szeroko, odsłaniając proste, pociemniałe nieco zęby.
-Dobra robota, Herondale. –Jego wzrok omiótł całe ciało chłopaka. Od przystojnej twarzy o idealnych proporcjach, przez smukłą szyję, atletyczne ciało.
-Dziękuję, Panie.-Skinął lekko głową.
Gadzi Język myślał chwilę, a potem spoważniał.
-Chodź, zaniesiesz koją odpowiedź do Thytusa Deforssona.-Skierował kroki do długiego korytarza, a potem krętych schodów.
William ruszył za nim. Długa, ciemnozielona, prosta szata Valrisa szeleściła cicho przy każdym kroku, a ciemny pas w talii podkreślał chudą sylwetkę doradcy. Edhelras bez słowa wpuścił szpiega do swojej komnaty. Pomieszczenie było duże, przestronny i schludne. Pod wielkim oknem osłoniętym grubą kotarą stało ciężkie, masywne biurko zawalone jakimiś papierami, które wbrew pozorom były pieczołowicie posegregowane. Po prawej stronie, tuż pod ścianą stały regały zastawione księgami. Obok biurka stał wielki, piękny globus, a naprzeciw tego, obok zamkniętych drzwi do innego pomieszczenia stał niski stół. Gadzi Język cichym krokiem podszedł do swojego biurka, ujął w dłoń kartkę czystego papieru i kaligraficznym, drobnym pismem zapisał wiadomość do owego Thytusa. Nad świecą począł topić czerwony lak, który stopniowo kapał na kartkę papieru. Gdy była go wystarczająca ilość odbił pieczęć i stanął przy Williamie, który wpatrywał się w grzbiety ksiąg.
-Niezła kolekcja-stwierdził, posyłając blademu mężczyźnie obok lekki uśmiech.
-Niezgorsza, choć brakuje kilku istotnych egzemplarzy- odpowiedział Edhelras, kładąc list na jednej z półek.
Odwrócił głowę do młodszego od siebie mężczyzny i uśmiechnął się lekko i nieprzyjemnie.
-Masz chwilkę, czy spieszysz się?-zapytał niby obojętnym tonem.
-Jakoś nieszczególnie, no chyba, że ta wiadomość ma się pojawić jak najszybciej w rękach Deforssona.-Wzruszył ramionami.
-Myślę, że nie jest to aż tak pilne, byś nie mógł pozwolić sobie na chwilę relaksu.-Stanął przed nim, a jego dłoń powoli powędrowała do piersi Williama.
Informator ani drgnął. Wpatrywał się w oczy doradcy, który aktualnie zapatrzony był w jego ciało. Poczuł na szyi dotyk chłodnych, kościstych palców, które skierowały się do jego karku i wplotły w pasma ciemnych włosów. Valris przysunął się do niego jeszcze bliżej i musnął wargami jego szyję.
Herondale stał nieruchomo, ale nie był specjalnie zaskoczony. Oburzony też nie. Szarooki ośmielony brakiem protestu skierował dłoń do krocza posłańca, a potem zacisnął ją na genitaliach faceta. Ten syknął cicho marszcząc czoło i uśmiechając się perwersyjnie.
-Taka okazja zdarza się tylko raz…- Zaśmiał się wysokim, przenikliwym tonem, a potem rozpiął pas Willa. Zsunął w dół jego spodnie razem z bielizną ukazując dużego, ale jeszcze niepobudzonego penisa. –Zajmijmy się nim-szepnął, uklęknął przed facetem, a potem rozchylił blade wargi.
<Will? B) Chyba mnie poniosło ;-;>
Od Eilistraee C.D Caspaina
Po jego wyjściu wzięła do ręki pięknie zdobiony grzebień. Zaczęła rozczesywać sobie nim włosy. Mógł być zatruty. Mimo wszystko ufała tym ludziom. Ufała, że nie chcą jej śmierci. Bynajmniej na razie.
***
W sali było dużo ludzi. Zdecydowanie zbyt dużo. Usiadła w jakimś ustronnym miejscu, tak, by nikt jej nie zauważył. Jej nadzieje były niestety płonne. Rudowłosy Lord pojawił się niezwykle szybko.
-Zechcesz Pani-nachylił się nad nią z lisim uśmieszkiem.-Usiąść bliżej mnie? Bliżej nas? To spory zaszczyt, gościć na dworze taką personę.
Posłała mu łagodny uśmiech i ruszyła za nim. Lady Irisa siedziała na honorowym miejscu, obok swego przyszłego męża, Sir Joraha. Eilistraee usiadła obok Caspaina. Kapłanka miała cichą nadzieję, że nie doleje jej trucizny do wina.
Usłyszała dźwięki lutni. Większość ludzi odeszła od stołu i zaczęła tańczyć. Spojrzała na Caspaina.
-Nie tańczysz, Lordzie?
-Nie.-odparł szorstko.
Spojrzała na siedzące kobiety. Jedna z nich trzymała przy piersi dziecko, druga się go spodziewała. Spuściła wzrok. Tępo wbiła go w kamienną posadzkę.
-Czyżbyś bała się matek, kapłanko?-usłyszała szept przy swoim uchu.
-Wybacz, Lordzie.-odparła chłodnym tonem i wyszła z sali niezwykle szybkim, jak na nią, krokiem. Wpadła do swojej komnaty i usiadła na łóżku. Spojrzała na wiszące na ścianie lustro. Nie musiała długo czekać. Stał w drzwiach, nonszalancko się o nie opierając.
-Co się stało?-spytał cichym ale oschłym tonem. Milczała.
-Co się stało?-powtórzył ostrzej. Spojrzała na niego. Jej twarz była poważna, zastygła, niczym twarz posągu. Oczy były bez wyrazu, puste.
-Boję się matek, mój Lordzie.-przemówiła do niego głosem wypranym z emocji.-Miałam szesnaście, może siedemnaście lat. Trwała wojna, Południe było oblężone. Nie miałam jeszcze wysokiego stopnia kapłaństwa, raczej sprzątałam w komnatach. Teraz nie nazwałabym tego miłością, ale wtedy...Spodziewałam się dziecka i on odszedł. Odebrano mi je zaraz po porodzie. Nie dowiedziałam się nawet jaka była jego płeć. Zabito je niemalże na moich oczach. Słyszałam tylko płacz.
Nie wiedziała dlaczego zdradziła temu mężczyźnie jedną ze swoich tajemnic. Miała nadzieję, że posiadał jakąś część honoru i nie wykorzysta tego. Wspomnienia z Emhart Derum były bardzo bolesne. Skierowała swój wzrok na lustro. Milczała.
<Caspain?>
Od Eony c.d. Argony
Zacisnęłam ręce w pięści i wysyczałam:
- Jaki znowu cholerny obiekt?!
Eskulap podniósł ręce w obronnym geście.
- Nie denerwuj się... to tylko chwilowe zamieszanie i to wszystko.
Spojrzał znacząco na Argonę, a ta kiwnęła głową.
- Przepraszam Argono, że tak chamsko kazałam ci spełnić moje zachcianki.
- Później powiem ci, czy wybaczam...
Przetarłam oczy wierzchem dłoni.
- A wiecie, gdzie mogę się udać dla spoczynku?
- Na razie zamieszkasz tutaj - rzekł Eskulap.
- Ja idę załatwić parę spraw - odrzekła buntowniczo Argona.
Uśmiechnęłam się do niej blado.
- Kiedyś wyzwę cię na pojedynek - powiedziała odważnie i uśmoechnęła się - Jak przegrasz to skrócę cię o głowę.
Uniosłam brew.
- A gdy jednak ja wygram?
- To się na pewno nie wydarzy... - powiedziała Argona i swoimi zwinnymi ruchami wyskoczyła lekko przez okno.
Jeszcze chwilę słyszałam cichy odgłos butów uderzających o kamienie.
- Eono, pokażę ci pokój.
- Zgoda
Powiedziawszy to poszłam w ślad za staruszkiem.
Argona była niczym nieśmiertelny kosiarz.
<Argona? Wybacz za wszystko>
- Jaki znowu cholerny obiekt?!
Eskulap podniósł ręce w obronnym geście.
- Nie denerwuj się... to tylko chwilowe zamieszanie i to wszystko.
Spojrzał znacząco na Argonę, a ta kiwnęła głową.
- Przepraszam Argono, że tak chamsko kazałam ci spełnić moje zachcianki.
- Później powiem ci, czy wybaczam...
Przetarłam oczy wierzchem dłoni.
- A wiecie, gdzie mogę się udać dla spoczynku?
- Na razie zamieszkasz tutaj - rzekł Eskulap.
- Ja idę załatwić parę spraw - odrzekła buntowniczo Argona.
Uśmiechnęłam się do niej blado.
- Kiedyś wyzwę cię na pojedynek - powiedziała odważnie i uśmoechnęła się - Jak przegrasz to skrócę cię o głowę.
Uniosłam brew.
- A gdy jednak ja wygram?
- To się na pewno nie wydarzy... - powiedziała Argona i swoimi zwinnymi ruchami wyskoczyła lekko przez okno.
Jeszcze chwilę słyszałam cichy odgłos butów uderzających o kamienie.
- Eono, pokażę ci pokój.
- Zgoda
Powiedziawszy to poszłam w ślad za staruszkiem.
Argona była niczym nieśmiertelny kosiarz.
<Argona? Wybacz za wszystko>
Od Avy
Kończyłam czyszczenie kuźni. Przerwało mi nagłe szarpnięcie w tył. Gwałtownie się odwróciłam. Suzanna stała naprzeciw mnie ze sztyletem. Jej oczy płonęły szaleństwem i złością.
- O co ci chodzi? - zapytałam spokojnie. Ona jednak nie chciała spokojnie rozmawiać. Rzuciła się na mnie, przygniatając mnie do ściany.
- Nie odbierzesz mi majątku głupia jędzo! - wrzasnęła, przykładając mi ostrze do gardła. Gorączkowo zaczęłam się rozglądać za czymś, czym mogłabym się obronić.
- Suz, uspokój się - powiedziałam. Postanowiłam grać na czas. W tamtej chwili zauważyłam stos świeżo wykutych sztyletów. Kopniakiem odepchnęłam napastniczkę, po czym doskoczyłam do stosu. Wzięłam stamtąd 2 sztylety, po czym przystąpiłam do samoobrony. Rozpoczęła się walka na śmierć i życie. Szło mi dobrze. Do momentu, aż nie stanęłam między nią, a piecem. Suzanna rozpoczęła wściekłą szarżę. Nie zdążyłam umknąć. Po chwili poczułam piekący ból w lewym oku.
- Ty szmato... - wyszeptałam. Znowu zaczęła się szarpanina, tym razem to ja byłam górą. Suz zaczęła się cofać w kierunku ognia w piecu. Przez jej nieuwagę zapaliły jej się włosy.
Suzanna spaliła się żywcem.
Podeszłam do lustra, przyglądając się krwawiącej kresce na oku. Obmyłam ją wodą, po czym wyszłam przez okno i pobiegłam przed siebie.
Już nigdy tu nie wrócę.
*4 lata później*
Z kieszeni wyjęłam ostatnią złotą monetę, trofeum z napadu na karczmę. Muszę zdobyć pieniądze, prędko. Byłam na południu, nietrudno będzie tu coś znaleźć. Postanowiłam przez las udać się do portu, tam coś zdobędę. Pogwizdując szłam leśną ścieżką, rozglądając się po okolicy. Wszędzie były tylko drzewa. Same nudy. Gdy zauważyłam przed sobą postać, natychmiast przestałam pogwizdywać znajomą melodyjkę.
<William?>
Od Cassandry C.D Joraha
Po rozmowie z księciem udałam, zabrałam swojego konia i udałam się do gospody w mieście. Wynajęłam pokój i rozgościłam się. Potem poszłam zjeść coś na ciepło. Poprosiłam o ciepłą zupę i szklankę czegoś mocniejszego. Kilka minut później młody barman przyniósł moje zamówienie. Ciepły płyn rozgrzał moje zziębnięte ciało. Szybko zjadłam danie i poszłam do swojego pokoju, aby odpocząć.
***
Niecałe trzy godziny później byłam już na nogach. Rozczesałam włosy, przebrałam się w szmaragdowo-zieloną szatę i zeszłam do jadalni. W tym samym momencie do gospody wszedł Sir Jorah. Skłoniłam głowę na powitanie. Gwarne rozmowy momentalnie ucichły, wszystkie spojrzenia skierowane były na niego. Barman zaprowadził naszą dwójkę do stołu oddalonego od innych. Wtedy znów rozległy się pogawędki, choć znacznie cichsze. Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Książę zmierzył mnie swoim mądrym spojrzeniem, choć kryło się w nim też inne uczucia.
- Jesteś zmęczony, panie- zauważyłam, uśmiechając się delikatnie. Spokojnym ruchem ujęłam jego prawą dłoń i złączyłam ją ze swoją. Chciał ją wyrwać, ale go powstrzymałam. Przymknęłam powieki i skupiłam się na jego nieustabilizowanej energii.
Po chwili otworzyłam oczy i wypuściłam rękę księcia.
- Co ty zrobiłaś?- spytał, mrużąc oczy.
- Powiedzmy, że będziesz mniej drażliwy i zmęczony, sir. Zregenerowałam większość twojej energii. Teraz powinieneś się wyspać- stwierdziłam.
- Przecież mieliśmy porozmawiać, nieprawdaż?- przypomniał książę, wyraźnie poirytowany. Westchnęłam.
- Owszem. Skoro uważasz, że potrafisz wystarczająco trzeźwo myśleć, to oczywiście, pomówmy.
Patrzyłam mężczyźnie głęboko w oczy.
- A więc dobrze- mruknęłam.- Wiesz panie, o planowanym ślubie Księżnej Alysanny z księciem Zachodu. Książę Felsaroth ma także w planach złożyć ci wizytę w najbliższym czasie. Przysłał mnie tutaj, ponieważ podejrzewa, że knujesz jakąś intrygę przeciwko Północy i Zachodowi.
- I sądzi, że powiedziałbym ci o tym, Cassandro?- prychnął Jorah, z lekceważeniem. Przewróciłam oczami.
- Nie wszyscy, których uważasz za głupców, rzeczywiście nimi są, książę.
<Jorah?>
***
Niecałe trzy godziny później byłam już na nogach. Rozczesałam włosy, przebrałam się w szmaragdowo-zieloną szatę i zeszłam do jadalni. W tym samym momencie do gospody wszedł Sir Jorah. Skłoniłam głowę na powitanie. Gwarne rozmowy momentalnie ucichły, wszystkie spojrzenia skierowane były na niego. Barman zaprowadził naszą dwójkę do stołu oddalonego od innych. Wtedy znów rozległy się pogawędki, choć znacznie cichsze. Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Książę zmierzył mnie swoim mądrym spojrzeniem, choć kryło się w nim też inne uczucia.
- Jesteś zmęczony, panie- zauważyłam, uśmiechając się delikatnie. Spokojnym ruchem ujęłam jego prawą dłoń i złączyłam ją ze swoją. Chciał ją wyrwać, ale go powstrzymałam. Przymknęłam powieki i skupiłam się na jego nieustabilizowanej energii.
Po chwili otworzyłam oczy i wypuściłam rękę księcia.
- Co ty zrobiłaś?- spytał, mrużąc oczy.
- Powiedzmy, że będziesz mniej drażliwy i zmęczony, sir. Zregenerowałam większość twojej energii. Teraz powinieneś się wyspać- stwierdziłam.
- Przecież mieliśmy porozmawiać, nieprawdaż?- przypomniał książę, wyraźnie poirytowany. Westchnęłam.
- Owszem. Skoro uważasz, że potrafisz wystarczająco trzeźwo myśleć, to oczywiście, pomówmy.
Patrzyłam mężczyźnie głęboko w oczy.
- A więc dobrze- mruknęłam.- Wiesz panie, o planowanym ślubie Księżnej Alysanny z księciem Zachodu. Książę Felsaroth ma także w planach złożyć ci wizytę w najbliższym czasie. Przysłał mnie tutaj, ponieważ podejrzewa, że knujesz jakąś intrygę przeciwko Północy i Zachodowi.
- I sądzi, że powiedziałbym ci o tym, Cassandro?- prychnął Jorah, z lekceważeniem. Przewróciłam oczami.
- Nie wszyscy, których uważasz za głupców, rzeczywiście nimi są, książę.
<Jorah?>
Od Irisy C.D Joraha
Uśmiechnęłam się delikatnie do mężczyzny i odwzajemniłam ukłon.
- Sir Jorahu, jedyną usługą jaką można nam wyświadczyć jest zachowanie pogodnego nastroju - zażartowałam, a na kąciki Lorda powędrowały odrobinę w górę. Pierwszy sukces. - Jestem zaszczycona, mogąc gościć w swoich progach samego Księcia Północy i jego dwór.
- Schlebia mi Pani - powiedział Lord Hammshert.
- Mam nadzieję, że nie jest to dla Pana krępujące - odparłam, wskazując na stojącą po mojej prawej stronie kobietę. - Moja matka, Lady Lorienne Valris, Lady Princeton. Zdążyliście już poznać się listownie, jak mniemam.
- Tak. To była całkiem.. Owocna konwersacja - mruknął Sir Jorah, jednak wyraz jego twarzy nie zmienił się ani odrobinę. Nie umiałam rozpoznać jego reakcji na mój widok.
- Oraz mój brat, Lord Caspain Cane Valris, Lord Tourine, zwany Ognistym Sercem - przedstawiłam swojego bliźniaka. Ukradkiem widziałam jego charakterystyczne, kpiące, niepokorne, a zarazem złowrogie spojrzenie.
- Oraz Krwawym Cieniem - dokończył Lord Mormont. Utkwił swój wzrok w Caspainie. Nie było w nim pogardy, strachu, obrzydzenia. Jedynie szacunek. Uśmiechnęłam się szerzej.
- Podejrzewam, że jesteście bardzo zmęczeni podróżą. Zapraszam zatem całą Twoją załogę, Lordzie, do komnat, po rozładunku. Moi ludzie we wszystkim pomogą. A Ciebie samego, Sir Jorahu, zapraszam do naszej sali tronowej. Zapewne zamierzasz zamienić kilka słów z moją matką - już miałam zamiar ruszyć przed siebie, gdy nagle jeden z towarzyszy Sir Joraha wystąpił w moją stronę. Podszedł blisko, bardzo blisko. Spojrzał mi prosto w oczy. W pierwszej chwili byłam zaskoczona, ale w końcu się rozluźniłam. Posłałam starcowi szczery, ciepły uśmiech. Mężczyzna pokiwał z zadumie głową, odwrócił się i zaczął iść w kierunku budynku. Najprawdopodobniej nie był to jego pierwszy pobyt na Wschodzie.
- Pomyślnie przeszłam tą próbę, Panie? - zawołałam za nim. Staruszek zatrzymał się i uśmiechnął. Przeniosłam wzrok na wilkora przy nodze Sir Joraha.
- Zwierzę może wejść do środka, to nie stanowi problemu - uprzedziłam jego pytanie i pewnym krokiem weszłam do zamku. Tylko stukot butów za moimi plecami upewnił mnie, że wszyscy za mną podążyli.
- Wolniej - rzucił z rozbawieniem Caspain. - Nie stresuj się tak. Bądź sobą, a na pewno się Tobą zauroczy.
- Obyś miał rację - westchnęłam i faktycznie zwolniłam. Weszliśmy do sali tronowej. Pierwsze wrażenie? Człowiek nieprzystępny, raczej zdystansowany, zdyscyplinowany. Dojrzały, zarówno osobowością, jak wyglądem. Było w nim coś męskiego, coś.. Coś, czego nie umiałam zrozumieć. Wszyscy moi kochankowie nie mieli trzydziestu lat. A teraz miałam wyjść za człowieka trzydziestoczteroletniego. I nie ukrywam, pociągało mnie to, jak może zachowywać się mężczyzna w tym wieku. Mężczyzna doświadczony i żyjący ze świadomością, że wie, czego chce, czego oczekuje.
(Joraszku? Oczekuję rewanżu :P)
- Sir Jorahu, jedyną usługą jaką można nam wyświadczyć jest zachowanie pogodnego nastroju - zażartowałam, a na kąciki Lorda powędrowały odrobinę w górę. Pierwszy sukces. - Jestem zaszczycona, mogąc gościć w swoich progach samego Księcia Północy i jego dwór.
- Schlebia mi Pani - powiedział Lord Hammshert.
- Mam nadzieję, że nie jest to dla Pana krępujące - odparłam, wskazując na stojącą po mojej prawej stronie kobietę. - Moja matka, Lady Lorienne Valris, Lady Princeton. Zdążyliście już poznać się listownie, jak mniemam.
- Tak. To była całkiem.. Owocna konwersacja - mruknął Sir Jorah, jednak wyraz jego twarzy nie zmienił się ani odrobinę. Nie umiałam rozpoznać jego reakcji na mój widok.
- Oraz mój brat, Lord Caspain Cane Valris, Lord Tourine, zwany Ognistym Sercem - przedstawiłam swojego bliźniaka. Ukradkiem widziałam jego charakterystyczne, kpiące, niepokorne, a zarazem złowrogie spojrzenie.
- Oraz Krwawym Cieniem - dokończył Lord Mormont. Utkwił swój wzrok w Caspainie. Nie było w nim pogardy, strachu, obrzydzenia. Jedynie szacunek. Uśmiechnęłam się szerzej.
- Podejrzewam, że jesteście bardzo zmęczeni podróżą. Zapraszam zatem całą Twoją załogę, Lordzie, do komnat, po rozładunku. Moi ludzie we wszystkim pomogą. A Ciebie samego, Sir Jorahu, zapraszam do naszej sali tronowej. Zapewne zamierzasz zamienić kilka słów z moją matką - już miałam zamiar ruszyć przed siebie, gdy nagle jeden z towarzyszy Sir Joraha wystąpił w moją stronę. Podszedł blisko, bardzo blisko. Spojrzał mi prosto w oczy. W pierwszej chwili byłam zaskoczona, ale w końcu się rozluźniłam. Posłałam starcowi szczery, ciepły uśmiech. Mężczyzna pokiwał z zadumie głową, odwrócił się i zaczął iść w kierunku budynku. Najprawdopodobniej nie był to jego pierwszy pobyt na Wschodzie.
- Pomyślnie przeszłam tą próbę, Panie? - zawołałam za nim. Staruszek zatrzymał się i uśmiechnął. Przeniosłam wzrok na wilkora przy nodze Sir Joraha.
- Zwierzę może wejść do środka, to nie stanowi problemu - uprzedziłam jego pytanie i pewnym krokiem weszłam do zamku. Tylko stukot butów za moimi plecami upewnił mnie, że wszyscy za mną podążyli.
- Wolniej - rzucił z rozbawieniem Caspain. - Nie stresuj się tak. Bądź sobą, a na pewno się Tobą zauroczy.
- Obyś miał rację - westchnęłam i faktycznie zwolniłam. Weszliśmy do sali tronowej. Pierwsze wrażenie? Człowiek nieprzystępny, raczej zdystansowany, zdyscyplinowany. Dojrzały, zarówno osobowością, jak wyglądem. Było w nim coś męskiego, coś.. Coś, czego nie umiałam zrozumieć. Wszyscy moi kochankowie nie mieli trzydziestu lat. A teraz miałam wyjść za człowieka trzydziestoczteroletniego. I nie ukrywam, pociągało mnie to, jak może zachowywać się mężczyzna w tym wieku. Mężczyzna doświadczony i żyjący ze świadomością, że wie, czego chce, czego oczekuje.
(Joraszku? Oczekuję rewanżu :P)
Od Caspaina C.D Eilistraee
- Nie wiem, co mogłabym o sobie powiedzieć, Lordzie. To zbyt.. Wątły temat - posłała jeden z tych swoich sztucznych, idealnie wyćwiczonych uśmiechów.
- Widząc mnie i Simeona w tak dużym zbliżeniu, nawet nie mrugnęłaś. Musiałaś już wiele razy zobaczyć taki widok - zgadywałem na głos, koncentrując się jednocześnie na nożu. Osełka w mojej dłoni chodziła po ostrzu szybko, pewnie.
- Nie zaprzeczę, Panie - ton głosu Eilistraee nadal był taki sam.
- Podejrzewam, że widząc mnie i moją siostrę, Lady Irisę, Twoja reakcja pozostałaby niezmienna - ciągnąłem. Milczenie Eilistraee było dla mnie wystarczającą odpowiedzią. - Wnioskuję, że wychowałaś się w nieodpowiednim dla dziecka miejscu, nieprawdaż?
- To prawda, mój Lordzie - cicho westchnęła. Uniosłem pytająco brew, choć pytania nie zadałem.
- W jakim to było mieście? - zainteresowałem się.
- W Emhart Derum - kapłanka odwróciła wzrok.
- A więc na Południu - zauważyłem. - I nie, nie boję się. Czego miałbym się bać? Wojny? Chaosu? Dlaczego miałbym odczuwać strach przed samym sobą?
Eilistraee pokiwała głową, jakby zgadzała się z moimi słowami. Podrzuciłem nóż, obserwując jak płynnie przecina powietrze. Zadowolony z efektu, schowałem ostrze do pochwy. Podniosłem się z krzesła.
- Wyjeżdżamy na polowanie, kapłanko. Żywię głęboką nadzieję, że pojawisz się na dzisiejszej uczcie - uniosłem kąciki ust, uśmiechając się zawadiacko. Zostawiłem Eilistraee samą w altanie. Wiele osób ją odwiedzało. Miała w sobie coś niezwykłego, coś uzależniającego.
- Lordzie Caspainie, wszyscy już Ciebie oczekują - Simeon znienacka znalazł się przy mnie. Nie wiedziałem, z którego powodu jest bardziej zarumieniony: widzenia mnie, czy biegu. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Trzymaj się blisko mnie - puściłem do niego oczko i beztroskim krokiem ruszyłem w stronę komnat. Lubiłem polowania. Lubiłem zabijać. To od zawsze sprawiało mi.. Przyjemność. Przebrałem się w wygodne, przylegające do mojego ciała ciemnozielone spodnie z wysokim stanem i luźną, lnianą koszulę, której krańce wsunąłem za pas. Nie przejmowałem się nigdy dworską etykietą i tym razem nie zamierzałem odchodzić od swoich upodobań. Upewniłem się, że cenny wisior zawieszony jest na mojej szyi, wziąłem ostrzony wcześniej nóż myśliwski, łuk, kołczan wypełniony strzałami. Szybko dotarłem na dziedziniec i wskoczyłem na swojego rozjuszonego wierzchowca, o sierści tak rudej i płomiennej jak moje włosy. Mocno ściągnąłem lejce. Ogier przestępował z nogi na nogę, zniecierpliwiony. Uniosłem kąciki ust. Tak, Century pasował do mnie wręcz idealnie.
(Eilistraee?)
- Widząc mnie i Simeona w tak dużym zbliżeniu, nawet nie mrugnęłaś. Musiałaś już wiele razy zobaczyć taki widok - zgadywałem na głos, koncentrując się jednocześnie na nożu. Osełka w mojej dłoni chodziła po ostrzu szybko, pewnie.
- Nie zaprzeczę, Panie - ton głosu Eilistraee nadal był taki sam.
- Podejrzewam, że widząc mnie i moją siostrę, Lady Irisę, Twoja reakcja pozostałaby niezmienna - ciągnąłem. Milczenie Eilistraee było dla mnie wystarczającą odpowiedzią. - Wnioskuję, że wychowałaś się w nieodpowiednim dla dziecka miejscu, nieprawdaż?
- To prawda, mój Lordzie - cicho westchnęła. Uniosłem pytająco brew, choć pytania nie zadałem.
- W jakim to było mieście? - zainteresowałem się.
- W Emhart Derum - kapłanka odwróciła wzrok.
- A więc na Południu - zauważyłem. - I nie, nie boję się. Czego miałbym się bać? Wojny? Chaosu? Dlaczego miałbym odczuwać strach przed samym sobą?
Eilistraee pokiwała głową, jakby zgadzała się z moimi słowami. Podrzuciłem nóż, obserwując jak płynnie przecina powietrze. Zadowolony z efektu, schowałem ostrze do pochwy. Podniosłem się z krzesła.
- Wyjeżdżamy na polowanie, kapłanko. Żywię głęboką nadzieję, że pojawisz się na dzisiejszej uczcie - uniosłem kąciki ust, uśmiechając się zawadiacko. Zostawiłem Eilistraee samą w altanie. Wiele osób ją odwiedzało. Miała w sobie coś niezwykłego, coś uzależniającego.
- Lordzie Caspainie, wszyscy już Ciebie oczekują - Simeon znienacka znalazł się przy mnie. Nie wiedziałem, z którego powodu jest bardziej zarumieniony: widzenia mnie, czy biegu. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Trzymaj się blisko mnie - puściłem do niego oczko i beztroskim krokiem ruszyłem w stronę komnat. Lubiłem polowania. Lubiłem zabijać. To od zawsze sprawiało mi.. Przyjemność. Przebrałem się w wygodne, przylegające do mojego ciała ciemnozielone spodnie z wysokim stanem i luźną, lnianą koszulę, której krańce wsunąłem za pas. Nie przejmowałem się nigdy dworską etykietą i tym razem nie zamierzałem odchodzić od swoich upodobań. Upewniłem się, że cenny wisior zawieszony jest na mojej szyi, wziąłem ostrzony wcześniej nóż myśliwski, łuk, kołczan wypełniony strzałami. Szybko dotarłem na dziedziniec i wskoczyłem na swojego rozjuszonego wierzchowca, o sierści tak rudej i płomiennej jak moje włosy. Mocno ściągnąłem lejce. Ogier przestępował z nogi na nogę, zniecierpliwiony. Uniosłem kąciki ust. Tak, Century pasował do mnie wręcz idealnie.
(Eilistraee?)
Ava
Pełne imię oraz tytuły: Ava
Przynależność: -
Pozycja: Żołnierz, Szpieg
Wiek: 17
Płeć: Kobieta
Głos: Emeli Sandé - Read All About It
Rodzina: -
Status: Niezamężna
Potomstwo: -
Usposobienie: Ava nigdy nie miała nikogo kto mógłby nauczyć ją odpowiedniego zachowania i kultury. Zawsze była chamska i niemiła. Ciężko jest zdobyć jej zaufanie. Bardzo uparta, nigdy nie daje za wygraną. Sądzi, że zawsze ma rację, nawet gdy tak nie jest. Cechuje ją mściwość. Gdy ktoś ją znieważy lub upokorzy, ma potrzebę, aby odpłacić tym samym. Nie lubi rozmawiać na temat rodziny, to bardzo drażliwy temat. Jest bardzo czuła na wszelkie wyzwiska i obrazy pod adresem czyjejkolwiek rodziny. Uważa, że każdy powinien szanować swą rodzinę, jeśli miał okazję ją mieć. To taka jej "słabość", gdyż sama nigdy nie zaznała prawdziwej matczynej miłości. Gdy pozna się ją nieco bliżej, staje się miła, a przynajmniej próbuje. Ma ogromne poczucie humoru i cięty język. Często bywa nerwowa, łatwo doprowadzić do "wybuchu". Jest też bardzo inteligentna, pewna siebie i odważna, kocha wyzwania. Zawsze stara się korzystać z życia w stu procentach.
Aparycja:
- Budowa - Ava jest niska, szczupła, drobna (ma zaledwie 160 cm), za to rozmiar daje jej wiele atutów; jest bardzo szybka i zwinna, potrafi szybko biegać. Jej ciało jest wysportowane i rozciągnięte.
- Kolor oczu - Jej oczy są w kolorze morza, tj. morskim.
- Kolor włosów - Ma długie, czerwone włosy.
- Cechy charakterystyczne: Przez lewe oko przebiega blizna, "pamiątka" po pamiętnej walce.
Historia: Urodziła się w małym miasteczku, którego nazwy nie pamięta. Jej matka zmarła podczas porodu. Została przygarnięta przez starego kowala i jego małżonkę. Nie wiedziała, jak się nazywa. Wszyscy wołali na nią Ava i tak już zostało. Kowal nie był zbyt bogaty, więc Ava musiała się bardzo starać, aby nie zostać wyrzucona z domu. Po krótkim czasie wszyscy ją pokochali, była złotym dzieckiem. Kowal i jego małżonka zaczęli traktować dziewczyne jakby była ich własnym dzieckiem. Inwestowali w Avę wszystkie pieniądze chcąc zapewnić jej przyszłość. Na drodze stanęła Suzanna - biologiczna córka pary. Gdy kowal zachorował obawiała się, że Ava otrzyma spadek. Podczas gdy Ava czyściła kuźnię, Alanna rzuciła się na nią ze sztyletem. Dziewczyny rozpoczęły walkę na śmierć i życię. Ava chwyciła dwa sztylety, to nimi zadała morderczy cios, który zakończył żywot przybranej siostry. O walce przypomina Avie blizna na oku. Po całym zdarzeniu dziewczyna zmuszona była opuścić miasteczko. Wtedy jej charakter uległ zmianie. Z grzecznej dziewczynki stała się bandytką. Codziennie rabowała sklepy, zabijanie stało się codziennością. Wciąż włóczy się po świecie w poszukiwaniu przeznaczenia. Towarzyszą jej jedynie dwa ostrza.
Motto: "Przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej"
Login: Almette
Od Felsarotha c.d. Alysanny
*previously on Stonehearts*
***
Odsunąłem się od niej gwałtownie, podniosłem, a potem czerwony ze wstydu na twarzy wyszedłem z jej pokoju. Zatrzasnąłem za sobą drzwi. Irytacja, złość i podniecenie sprawiły, że miałem ochotę wrzeszczeć. Co do kurwy nędzy! Psia moja mać. Wszedłem pewnym krokiem do swojego lokum, a potem rzuciłem się na łóżko walcząc ze sterczącym jak drąg kutasem. Czemu? Źle ją oceniłem, a teraz... Wrzasnąłem w poduszkę ignorując etykietę. Obróciłem się na plecy mając ochotę tak najzwyczajniej w świecie sobie zwalić, ale powstrzymałem się. To zbyt uwłacza mojej czci. Obróciłem się na bok, ale zdawałem sobie doskonale sprawę, że tej nocy ciężko mi będzie zasnąć.
***
Nastał dzień. Ubrałem się zapominając o wczorajszych przeżyciach jakby to był dziwny sen. Zabrałem rzeczy i wyszedłem z pokoju. Ciekaw byłem, czy Sanna wciąż śpi. Zapukałem cicho do jej pokoju. Otwarła mi po chwili ubrana i perfekcyjnie uczesana. Wyglądała pięknie.
-Witaj, Sanno... Musimy przedyskutować...-ugryzłem się w język- sprawę Twojego przebywania w tym mieście. Co zamierzasz? Nie możemy w nieskończoność błądzić...
<Sanna? xD Wybacz za gifa, nie mogłah się powstrzymać. >
Od Edhelrasa c.d. Iltrana
Mężczyzna spojrzał z pogardą na swoich ludzi, którzy dali się sponiewierać jakiemuś wieśniakowi.
-Wstawać, do kurwy nędzy! Gardzę wami.-Jego spojrzenie skierowało się na przybłędę. Było ostre, harde, wściekłe. -A ty... Pozwoliłeś sobie na zbyt wiele. Jak śmiałeś zaatakować ludzi Pierwszego Doradcy Królowej Alysanny. Pożałujesz tego! Brać go!-wrzasnął.
Dwaj mężczyźni towarzyszący mu pozbierali się, a potem dopadli Iltrana, który przez chwilę wahał się, czy nie uciekać, ale on sam przeciwko trójce mężczyzn na koniach...
Na jego twarzy pojawiło się zwątpienie, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę jakie konsekwencje będzie musiał ponieść.
-Zaprowadźcie go do lochu. Nie mam najmniejszej ochoty iść tam z wami... Zastanowię się co z nim robić, może w celi nauczy się pokory.
Towarzysze Edhelrasa wzięli za fraki obrońcę zwierząt, a potem zatargali wraz ze sobą do podziemi ich siedziby.
<Tranek? Potem się tobą zajmę xD >
-Wstawać, do kurwy nędzy! Gardzę wami.-Jego spojrzenie skierowało się na przybłędę. Było ostre, harde, wściekłe. -A ty... Pozwoliłeś sobie na zbyt wiele. Jak śmiałeś zaatakować ludzi Pierwszego Doradcy Królowej Alysanny. Pożałujesz tego! Brać go!-wrzasnął.
Dwaj mężczyźni towarzyszący mu pozbierali się, a potem dopadli Iltrana, który przez chwilę wahał się, czy nie uciekać, ale on sam przeciwko trójce mężczyzn na koniach...
Na jego twarzy pojawiło się zwątpienie, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę jakie konsekwencje będzie musiał ponieść.
-Zaprowadźcie go do lochu. Nie mam najmniejszej ochoty iść tam z wami... Zastanowię się co z nim robić, może w celi nauczy się pokory.
Towarzysze Edhelrasa wzięli za fraki obrońcę zwierząt, a potem zatargali wraz ze sobą do podziemi ich siedziby.
<Tranek? Potem się tobą zajmę xD >
Od Argony c.d. Eony
Stanęłam na przeciw dziewczyny z kpiącą miną.
- A niby czemu miałabym wykonać twoje rozkazy? Ledwo co darowałam ci życie tobie już się wydaje, że jesteś nie wiadomo kim. To nie jest twój dwór, a tu nie ma służących. To siedziba wolnych ludzi; najemnicy, zabójcy, alchemicy, lekarze, drobne złodzjaszki, talie przestępcze spotykają się tutaj w interesach pod bacznym okiem Mistrza Podziemi. Nikt prócz niego nie sprawuje tutaj władzy, a i on jest tylko niezbędnym koordynatorem. Jeśli chodzi o"magiczny" specyfik należy do Eskulapa i zapewne jest bardzo niestabilny, a ty myślisz o masowej produkcji. Póki nie poddamy cię kwarantannie nie możesz chociażby myśleć o wyjściu z TEGO pomieszczenia, mogą wystąpić dodatkowe mutacje... uwierz mi, wiem coś o tym...
- Argono... - naukowiec spojrzał na mnie bacznie - Ani słowa. Obiekt Onna nie powinien nic wiedzieć o poprzednich razach.
(|Dobra rada na przyszłość: naucz się czytać ze zrozumieniem charaktery postaci| A opo krótsze, bo nie wiem jak zareagujesz... Eona?)
- A niby czemu miałabym wykonać twoje rozkazy? Ledwo co darowałam ci życie tobie już się wydaje, że jesteś nie wiadomo kim. To nie jest twój dwór, a tu nie ma służących. To siedziba wolnych ludzi; najemnicy, zabójcy, alchemicy, lekarze, drobne złodzjaszki, talie przestępcze spotykają się tutaj w interesach pod bacznym okiem Mistrza Podziemi. Nikt prócz niego nie sprawuje tutaj władzy, a i on jest tylko niezbędnym koordynatorem. Jeśli chodzi o"magiczny" specyfik należy do Eskulapa i zapewne jest bardzo niestabilny, a ty myślisz o masowej produkcji. Póki nie poddamy cię kwarantannie nie możesz chociażby myśleć o wyjściu z TEGO pomieszczenia, mogą wystąpić dodatkowe mutacje... uwierz mi, wiem coś o tym...
- Argono... - naukowiec spojrzał na mnie bacznie - Ani słowa. Obiekt Onna nie powinien nic wiedzieć o poprzednich razach.
(|Dobra rada na przyszłość: naucz się czytać ze zrozumieniem charaktery postaci| A opo krótsze, bo nie wiem jak zareagujesz... Eona?)
sobota, 26 kwietnia 2014
Od Joraha C.D Irisy
-Świt! Wracaj!
Wilkor zatrzymał się i obejrzał na swego pana, jakby niepewny, co ma robić. Z przodu wzywała go wolność, pusta przestrzeń ciągnąca się aż po horyzont. Z tyłu wołał ukochany pan... Zwierzę zawróciło i już po chwili truchtało obok gniadosza Sir Joraha.
- Szybko rośnie - zauważył Marren, dowódca straży, zrównując się ze swym Lordem. Wskazał głową szczeniaka. - Jeszcze trochę, a będzie większy od niejednego kuca.
Rycerz skinął głową, przyznając mężczyźnie rację. Rzeczywiście, Świt zdawał się z dnia na dzień być coraz większy i bardziej imponujący. Kruczoczarna sierść układała się gładko na jego grzbiecie, a złote oczy zdawały się hipnotyzować niczym ślepia węża. Miał dopiero trzy miesiące, a już przewyższał w kłębie największego ogara z psiarni w Hammshert. I choć wciąż jeszcze budową przypominał szczenię, wątłe, niezbyt masywne, to jednak wzbudzał szacunek i strach lepiej od każdego miecza.
- Co z Kometą? - spytał Mormont. Suka była matką jego wilkora, a od kiedy drugi raz zaciążyła, Jorahowi bardzo zależało na jej dobrej formie. Była stara i źle znosiła trudy podróży, w którą ją zabrano, co dawało mu kolejny powód do troski. Nigdy nie był blisko z tym zwierzęciem, miał jednak co do niej pewne plany, i nie chciał, by coś jej się stało. Musiała dotrzeć do Thesson w dobrym stanie.
Marren uśmiechnął się lekko.
- Trzyma się dzielnie - odparł. - Ma w sobie energię, której braknie niejednemu psu myśliwskiemu. To silna suka. Nic jej nie będzie. Ani jej, ani szczenięciu, które w sobie nosi.
- Mam nadzieję - mruknął Lord Mormont, uderzając piętami w boki swego wierzchowca. Koń posłusznie ruszył galopem, a zaraz za nim wystrzelił Świt, mknąc przed siebie niczym strzała wypuszczona z kuszy. Kilkoma susami wyprzedził konia swego pana i pognał przed siebie, zostawiając kolumnę jeźdźców daleko w tyle.
Orszak wypełnił główny dziedziniec zamku w Thesson pokrzykiwaniami rycerzy i rżeniem koni. Lord Mormont zeskoczył ze swego gniadosza. Podróż była długa i męcząca, a ciepły Wschód i jego zielone krajobrazy tak różne od tego, do czego mężczyzna przywykł w swej zimnej ojczyźnie, że miał ochotę wracać jak najprędzej. Już zaczynał tęsknić za rzeźkim, chłodnym powietrzem i śniegiem padającym za oknem.
Sir Jorah zagwizdał cicho przez zęby. Natychmiast u jego boku pojawił się Świt, bezszelestnie jak zawsze, i spojrzał na pana swymi dużymi, inteligentnymi ślepiami w kolorze płynnego złota. Rycerz uśmiechnął się, klepiąc wilkora po czarnym jak noc łbie.
- Pani - mężczyzna skłonił się nisko przed Lady Irisą, stojącą w otoczeniu dwórek, z rudowłosym młodzieńcem i matką u boku. - Ja i moi ludzie jesteśmy do twoich usług.
<Lady Iriso? Nie bój się, Świt nie gryzie... zbyt mocno >
Wilkor zatrzymał się i obejrzał na swego pana, jakby niepewny, co ma robić. Z przodu wzywała go wolność, pusta przestrzeń ciągnąca się aż po horyzont. Z tyłu wołał ukochany pan... Zwierzę zawróciło i już po chwili truchtało obok gniadosza Sir Joraha.
- Szybko rośnie - zauważył Marren, dowódca straży, zrównując się ze swym Lordem. Wskazał głową szczeniaka. - Jeszcze trochę, a będzie większy od niejednego kuca.
Rycerz skinął głową, przyznając mężczyźnie rację. Rzeczywiście, Świt zdawał się z dnia na dzień być coraz większy i bardziej imponujący. Kruczoczarna sierść układała się gładko na jego grzbiecie, a złote oczy zdawały się hipnotyzować niczym ślepia węża. Miał dopiero trzy miesiące, a już przewyższał w kłębie największego ogara z psiarni w Hammshert. I choć wciąż jeszcze budową przypominał szczenię, wątłe, niezbyt masywne, to jednak wzbudzał szacunek i strach lepiej od każdego miecza.
- Co z Kometą? - spytał Mormont. Suka była matką jego wilkora, a od kiedy drugi raz zaciążyła, Jorahowi bardzo zależało na jej dobrej formie. Była stara i źle znosiła trudy podróży, w którą ją zabrano, co dawało mu kolejny powód do troski. Nigdy nie był blisko z tym zwierzęciem, miał jednak co do niej pewne plany, i nie chciał, by coś jej się stało. Musiała dotrzeć do Thesson w dobrym stanie.
Marren uśmiechnął się lekko.
- Trzyma się dzielnie - odparł. - Ma w sobie energię, której braknie niejednemu psu myśliwskiemu. To silna suka. Nic jej nie będzie. Ani jej, ani szczenięciu, które w sobie nosi.
- Mam nadzieję - mruknął Lord Mormont, uderzając piętami w boki swego wierzchowca. Koń posłusznie ruszył galopem, a zaraz za nim wystrzelił Świt, mknąc przed siebie niczym strzała wypuszczona z kuszy. Kilkoma susami wyprzedził konia swego pana i pognał przed siebie, zostawiając kolumnę jeźdźców daleko w tyle.
Orszak wypełnił główny dziedziniec zamku w Thesson pokrzykiwaniami rycerzy i rżeniem koni. Lord Mormont zeskoczył ze swego gniadosza. Podróż była długa i męcząca, a ciepły Wschód i jego zielone krajobrazy tak różne od tego, do czego mężczyzna przywykł w swej zimnej ojczyźnie, że miał ochotę wracać jak najprędzej. Już zaczynał tęsknić za rzeźkim, chłodnym powietrzem i śniegiem padającym za oknem.
Sir Jorah zagwizdał cicho przez zęby. Natychmiast u jego boku pojawił się Świt, bezszelestnie jak zawsze, i spojrzał na pana swymi dużymi, inteligentnymi ślepiami w kolorze płynnego złota. Rycerz uśmiechnął się, klepiąc wilkora po czarnym jak noc łbie.
- Pani - mężczyzna skłonił się nisko przed Lady Irisą, stojącą w otoczeniu dwórek, z rudowłosym młodzieńcem i matką u boku. - Ja i moi ludzie jesteśmy do twoich usług.
<Lady Iriso? Nie bój się, Świt nie gryzie... zbyt mocno >
Od Theona C.D Annory
Zaczynam bawić się krępującymi mnie więzami. Gdybym chciał, mógłbym rozwiązać je w kilka minut. Ale na razie nie chcę. Ten mężczyzna, jak mu było... Petyr. Tak, Petyr. Dziwnie na mnie patrzy. Jakby miał ochotę rzucić mi się do gardła. Chyba wolę go nie prowokować.
Zamiast tego podnoszę wzrok i patrzę śmiało na stojącą przede mną młodą kobietę, uśmiechając się uśmiechem kogoś chorego na głowę.
- A jeśli się nie zgodzę? - odchylam się, kładąc na plecach, i podnoszę zwiazane ręce wysoko nad głowę, jakbym chciał wszystkim je pokazać. Przez okno naprzeciw mnie sączy się trochę słonecznego blasku. Patrzę na sznur pod światło, niby oceniając go.
Kobieta wzdycha cicho. Natychmiast zerkam na nią, uśmiech nie znika z mojej twarzy.
- Jestem najlepszy w swoim fachu - mówię, całkiem szczerze. - Jeśli ktoś ma ją znaleźć, to tylko ja. A mnie nie kupisz za parę sakiewek złota. Cóż miałbym z nimi począć? Zakopać? Przepić? Wydać na dziwki? - urywam na chwilę, rozkoszując się niezrozumieniem na jej twarzy. Wybucham śmiechem, na jego dźwięk nawet uzbrojony mężczyzna kryjący się w cieniu wzdraga się nieznacznie. Rzucam mu wymowne spojrzenie. Wiem, że tam jesteś. Nie musisz się już ukrywać.
- Nie jesteś bogata - kiedy znów zwracam się do Antaryonki, przez mój głos przebija pogarda. - Nie masz niczego, na czym mogłoby mi zależeć. Czemu miałbym dla ciebie pracować? Nazwisko rodowe to nie wszystko. A w dzisiejszych czasach twoje nic nie znaczy. Nic, słyszysz? Jesteś nikim!
Przydupas kobiety przyskakuje do mnie. Nie wiem, kiedy w jego dłoni znalazł się sztylet, ale widziałem jego błysk w blasku świecy. Czuję chłodne ostrze na nieogolonym policzku.
- Milej - warczy mężczyzna. - Bo twoja śliczna buźka nie będzie już taka śliczna.
- Mam już dwie piękne szramy, przyjacielu - odgryzam się. - Trzecia mi niepotrzebna. Zabieraj swoją zabawkę, bo nie dobijecie ze mną żadnego targu.
Petyr przez chwilę waha się, ale na znak swej pani niechętnie odejmuje sztylet od mojej twarzy i cofa się o krok. Wciąż jednak świdruje mnie wściekłym wzrokiem, a ja wiem, że jeśli zostanę z nim sam na sam, to nie skończy się to dla mnie najlepiej. Przenoszę wzrok na Antaryonkę.
- To jak? - tym razem ja zadaję to pytanie, zakładając ręce za głowę i uśmiechając się szeroko. Naprawdę świetnie się tu bawię. - Targujemy się?
- Czego chcesz? - warczy kobieta. Znów śmieję się nieprzyjemnie. Od tego wszystkiego zaschło mi w gardle, a mój głos zrobił się chrapliwy. Chrapliwszy niż zwykle.
- Czegoś, co jest cenne w dzisiejszych czasach - odpowiadam z rozbawieniem. - Informacji. A także konia, paru błyskotek i całkowitej wolności osobistej - to mówiąc, rzucam kobiecie pod nogi sznur, który jeszcze chwilę temu krępował mi ręce.
<Annoro? To taki typ, nic nie poradzisz :P>
Zamiast tego podnoszę wzrok i patrzę śmiało na stojącą przede mną młodą kobietę, uśmiechając się uśmiechem kogoś chorego na głowę.
- A jeśli się nie zgodzę? - odchylam się, kładąc na plecach, i podnoszę zwiazane ręce wysoko nad głowę, jakbym chciał wszystkim je pokazać. Przez okno naprzeciw mnie sączy się trochę słonecznego blasku. Patrzę na sznur pod światło, niby oceniając go.
Kobieta wzdycha cicho. Natychmiast zerkam na nią, uśmiech nie znika z mojej twarzy.
- Jestem najlepszy w swoim fachu - mówię, całkiem szczerze. - Jeśli ktoś ma ją znaleźć, to tylko ja. A mnie nie kupisz za parę sakiewek złota. Cóż miałbym z nimi począć? Zakopać? Przepić? Wydać na dziwki? - urywam na chwilę, rozkoszując się niezrozumieniem na jej twarzy. Wybucham śmiechem, na jego dźwięk nawet uzbrojony mężczyzna kryjący się w cieniu wzdraga się nieznacznie. Rzucam mu wymowne spojrzenie. Wiem, że tam jesteś. Nie musisz się już ukrywać.
- Nie jesteś bogata - kiedy znów zwracam się do Antaryonki, przez mój głos przebija pogarda. - Nie masz niczego, na czym mogłoby mi zależeć. Czemu miałbym dla ciebie pracować? Nazwisko rodowe to nie wszystko. A w dzisiejszych czasach twoje nic nie znaczy. Nic, słyszysz? Jesteś nikim!
Przydupas kobiety przyskakuje do mnie. Nie wiem, kiedy w jego dłoni znalazł się sztylet, ale widziałem jego błysk w blasku świecy. Czuję chłodne ostrze na nieogolonym policzku.
- Milej - warczy mężczyzna. - Bo twoja śliczna buźka nie będzie już taka śliczna.
- Mam już dwie piękne szramy, przyjacielu - odgryzam się. - Trzecia mi niepotrzebna. Zabieraj swoją zabawkę, bo nie dobijecie ze mną żadnego targu.
Petyr przez chwilę waha się, ale na znak swej pani niechętnie odejmuje sztylet od mojej twarzy i cofa się o krok. Wciąż jednak świdruje mnie wściekłym wzrokiem, a ja wiem, że jeśli zostanę z nim sam na sam, to nie skończy się to dla mnie najlepiej. Przenoszę wzrok na Antaryonkę.
- To jak? - tym razem ja zadaję to pytanie, zakładając ręce za głowę i uśmiechając się szeroko. Naprawdę świetnie się tu bawię. - Targujemy się?
- Czego chcesz? - warczy kobieta. Znów śmieję się nieprzyjemnie. Od tego wszystkiego zaschło mi w gardle, a mój głos zrobił się chrapliwy. Chrapliwszy niż zwykle.
- Czegoś, co jest cenne w dzisiejszych czasach - odpowiadam z rozbawieniem. - Informacji. A także konia, paru błyskotek i całkowitej wolności osobistej - to mówiąc, rzucam kobiecie pod nogi sznur, który jeszcze chwilę temu krępował mi ręce.
<Annoro? To taki typ, nic nie poradzisz :P>
Od Eilistraee C.D Caspaina
-Intrygujesz mnie, Panie.-odpowiedziała nadal się uśmiechając.-Uważaj na siebie, młody Lordzie.
Wyszła z jego komnaty. Odetchnęła z ulgą. Jej gra aktorska, umiejętność wyjścia z najgorszej sytuacji były niezawodne. Wystarczyło tylko użyć niewygodnych dla niej słów błagam i proszę.
Wyszła z jego komnaty. Odetchnęła z ulgą. Jej gra aktorska, umiejętność wyjścia z najgorszej sytuacji były niezawodne. Wystarczyło tylko użyć niewygodnych dla niej słów błagam i proszę.
***
Siedziała w altanie w ogrodzie. Wdychała woń kwiatów. Oprócz śpiewu ptaków nasłuchiwała także rozmów. Rozmowy były ciekawsze.
Usłyszała czyjeś kroki. Tym razem się nie ukrywał.
-Piękny dzień.-usiadł obok niej. Zaczął ostrzyć myśliwski nóż.
-Zgadzam się, Lordzie.-na jej usta wpłynął uśmiech.-Piękny.
Nastała niezręczna cisza. Tylko śpiew ptaków, odgłosy owadów, szum drzew i rozmowy.
-Nie boisz się, Panie?-spytała nagle.-Południe pamięta.
-Południe nie istnieje.-mruknął.-Południe jest teraz Północą. Ironia.
-Południe nie istnieje.-powtórzyła jego słowa.-Ale ludzie żyją dalej. Alysanna Baelish. Annora Antaryon. Nie boisz się Lordzie? Jedna z nich ma wyjść za Lorda Zachodu.
-Baelishowie nie żyją.-odparł pewnie.
-Więc dlaczego Alysanny i jej babki szuka armia? Czarne Płaszcze? Wszyscy? Dlaczego wyznaczono za jej głowę tak nieprawdopodobną sumę złota?-spojrzała na niego. Nie odpowiadał. Znowu milczenie. Nienawidziła gdy ktoś milczał chociaż lubiła ciszę.
-Powiedz mi coś o sobie kapłanko.-powiedział nagle. Z lekka zbiło ją to z tropu.
-Co konkretnie chcesz wiedzieć, Lordzie?-spytała uśmiechając się.-Moje życie nie jest niczym szczególnym.
-Ktoś z taką wiedzą musi mieć niezwykle ciekawą biografię.-uśmiechnął się złośliwie.
Nie lubiła gdy rozmówca na nią naciskał. Skrzywiła się nieznacznie.
<Caspain?>
-Powiedz mi coś o sobie kapłanko.-powiedział nagle. Z lekka zbiło ją to z tropu.
-Co konkretnie chcesz wiedzieć, Lordzie?-spytała uśmiechając się.-Moje życie nie jest niczym szczególnym.
-Ktoś z taką wiedzą musi mieć niezwykle ciekawą biografię.-uśmiechnął się złośliwie.
Nie lubiła gdy rozmówca na nią naciskał. Skrzywiła się nieznacznie.
<Caspain?>
Od Irisy C.D Joraha
Nie wiedziałam o przyjeździe mojej matki do Thesson. Widok orszaku zmierzającego w stronę zamku był dla mnie sporym zaskoczeniem.
- Widzisz może chorągwie Północy, Olyvarze? - spytałam stojącego obok mnie Forgety' ego.
- Nie umiem ich dostrzec, moja Pani. Według mnie, Lord Mormomt przybędzie dopiero za kilka dni, aby rozmawiać z Lady Lorienne na temat ślubu. I przede wszystkim, by poznać Ciebie przed ceremonią - dodał po chwili. Westchnęłam i odwróciłam się gwałtownie.
- Mikkela znałam od zawsze, a o tym człowieku nic nie wiem - powiedziałam z rezygnacją w głosie. - Może okazać się pozbawionym szacunku dla kobiet sadystą. Lub, co gorsza, degeneratem.
- Iriso, nie myśl tak - Olyvar objął mnie ramieniem. - Sir Jorah jest jednym z bardziej honorowych mężczyzn, jakich w swoim życiu poznałem.
- Poznałeś go? - spojrzałam zaskoczona na przyjaciela. Powolnym krokiem ruszyliśmy w dół schodów prowadzących do baszty, z której wypatrywaliśmy jeźdźców.
- Tak. Dwa lata temu, tuż po śmierci Mikkela, rzuciłem wszystko i postanowiłem zostać najemnikiem. Zaciągnąłem się do armii Lorda Mormonta, który wówczas zmagał się z wojną domową. Wypatrzył mnie na polu bitwy i rozpoznał moją tożsamość z powodu mojej nieostrożności, specyficznego stylu walki. Poza tym, zachowałem się jak głupi szczeniak i wziąłem miecz, który niegdyś dostałem z rąk ojca - zaśmiał się. - Kazał mnie związać i przyprowadzić do swojego namiotu. Tam rozciął moje pęta. To był dla mnie szok. Zawsze myślałem, że Północ nienawidzi Wschodu. A on złożył mi kondolencje i podziękował za walkę po jego stronie. Owszem, to człowiek surowny, przywiązany do Północy jak mało kto, ale nie pozwoli Cię skrzywdzić. Sam też tego nie zrobi.
- Mnie nikt nie skrzywdzi - oznajmiłam ostro, a Olyvar znów nie mógł powstrzymać śmiechu.
- To fakt. Nie wyobrażam sobie byś dała komuś jakąkolwiek władzę nad sobą - stwierdził. Odpowiedziałam mu delikatnym uśmiechem.
- Pani, bramy zostały otwarte. Możesz rozpoczynać audiencję - Masilla znienacka pojawiła się obok. Kiwnęłam ze zrozumieniem głową i podążyłam za nią do sali tronowej. Przekraczając Milowe Drzwi myślałam tylko o synu, jakiego miałam urodzić. Obcemu człowiekowi.
(...) Wieśniaków nigdy nie pojawiało się wielu. Ludzie Wschodu byli gospodarni, obeznani ze sztuką, kochający zabawę. Tylko nieliczni potrzebowali pomocy Księżnej Wschodu.
- Kiedy to się stało? - spytałam, zakładając prawą nogę na lewą.
- Kilkanaście dni temu, Pani. Nasz lekarz nie miał swojego następcy i teraz starzy obawiają się, że cała wioska nam pomrze - mężczyzna mówił prostym, chłopskim językiem.
- Maestrze Godwinie, jeden z Twoich uczniów uda się do tej wioski i obejmie obowiązki medyka, dopóki nie znajdziemy odpowiedniego zastępstwa za zmarłego - zwróciłam się do swojego maestra.
- Myślę, że Connis jest już gotowy by zakończyć nauki i zostać prawdziwym lekarzem - odparł nadworny medyk, przeszło sześćdziesięciosiedmioletni starzec. Uniosłam kąciki ust.
- Czy..
- Lady Iriso, przybyła Twoja matka! - po sali tronowej wbiegł Branen, mój najmłodszy jeździec. Podniosłam się z tronu.
- Zatem wyjdźmy jej na przywitanie, moi drodzy - westchnęłam.
(Sir Jorahu? Przyjeżdżaj już :3)
- Widzisz może chorągwie Północy, Olyvarze? - spytałam stojącego obok mnie Forgety' ego.
- Nie umiem ich dostrzec, moja Pani. Według mnie, Lord Mormomt przybędzie dopiero za kilka dni, aby rozmawiać z Lady Lorienne na temat ślubu. I przede wszystkim, by poznać Ciebie przed ceremonią - dodał po chwili. Westchnęłam i odwróciłam się gwałtownie.
- Mikkela znałam od zawsze, a o tym człowieku nic nie wiem - powiedziałam z rezygnacją w głosie. - Może okazać się pozbawionym szacunku dla kobiet sadystą. Lub, co gorsza, degeneratem.
- Iriso, nie myśl tak - Olyvar objął mnie ramieniem. - Sir Jorah jest jednym z bardziej honorowych mężczyzn, jakich w swoim życiu poznałem.
- Poznałeś go? - spojrzałam zaskoczona na przyjaciela. Powolnym krokiem ruszyliśmy w dół schodów prowadzących do baszty, z której wypatrywaliśmy jeźdźców.
- Tak. Dwa lata temu, tuż po śmierci Mikkela, rzuciłem wszystko i postanowiłem zostać najemnikiem. Zaciągnąłem się do armii Lorda Mormonta, który wówczas zmagał się z wojną domową. Wypatrzył mnie na polu bitwy i rozpoznał moją tożsamość z powodu mojej nieostrożności, specyficznego stylu walki. Poza tym, zachowałem się jak głupi szczeniak i wziąłem miecz, który niegdyś dostałem z rąk ojca - zaśmiał się. - Kazał mnie związać i przyprowadzić do swojego namiotu. Tam rozciął moje pęta. To był dla mnie szok. Zawsze myślałem, że Północ nienawidzi Wschodu. A on złożył mi kondolencje i podziękował za walkę po jego stronie. Owszem, to człowiek surowny, przywiązany do Północy jak mało kto, ale nie pozwoli Cię skrzywdzić. Sam też tego nie zrobi.
- Mnie nikt nie skrzywdzi - oznajmiłam ostro, a Olyvar znów nie mógł powstrzymać śmiechu.
- To fakt. Nie wyobrażam sobie byś dała komuś jakąkolwiek władzę nad sobą - stwierdził. Odpowiedziałam mu delikatnym uśmiechem.
- Pani, bramy zostały otwarte. Możesz rozpoczynać audiencję - Masilla znienacka pojawiła się obok. Kiwnęłam ze zrozumieniem głową i podążyłam za nią do sali tronowej. Przekraczając Milowe Drzwi myślałam tylko o synu, jakiego miałam urodzić. Obcemu człowiekowi.
(...) Wieśniaków nigdy nie pojawiało się wielu. Ludzie Wschodu byli gospodarni, obeznani ze sztuką, kochający zabawę. Tylko nieliczni potrzebowali pomocy Księżnej Wschodu.
- Kiedy to się stało? - spytałam, zakładając prawą nogę na lewą.
- Kilkanaście dni temu, Pani. Nasz lekarz nie miał swojego następcy i teraz starzy obawiają się, że cała wioska nam pomrze - mężczyzna mówił prostym, chłopskim językiem.
- Maestrze Godwinie, jeden z Twoich uczniów uda się do tej wioski i obejmie obowiązki medyka, dopóki nie znajdziemy odpowiedniego zastępstwa za zmarłego - zwróciłam się do swojego maestra.
- Myślę, że Connis jest już gotowy by zakończyć nauki i zostać prawdziwym lekarzem - odparł nadworny medyk, przeszło sześćdziesięciosiedmioletni starzec. Uniosłam kąciki ust.
- Czy..
- Lady Iriso, przybyła Twoja matka! - po sali tronowej wbiegł Branen, mój najmłodszy jeździec. Podniosłam się z tronu.
- Zatem wyjdźmy jej na przywitanie, moi drodzy - westchnęłam.
(Sir Jorahu? Przyjeżdżaj już :3)
Od Caspaina C.D Eilistraee
Eilistraee z początku wyrywała się, ale w końcu zrozumiała, że nic jej to nie da. Spróbowała innej taktyki. Nie dała mi szansy na odzianie się po wyjściu Simeona, więc stałem przed nią zupełnie nagi. Ręka kobiety wsunęła się między nasze ciała.
- Nie radzę - uśmiechnąłem się z rozbawieniem, a Eilistraee spojrzała mi prosto w oczy. Znowu chciała przeniknąć do mojej duszy. Problem polegał na tym, że była zbyt obficie zroszona krwią, by mogła się do niej dostać.
- Lordzie, zwróć mi naszyjnik. Jest dla mnie bardzo cenny - powtórzyła kapłanka z naciskiem.
- Jak cenny? Oddałabyś za niego życie? - spytałem, bawiąc się nim. Wisior delikatnie kołysał się na boki tuż ponad zasięgiem rąk Eilistraee. Torturowanie ludzi od zawsze mnie bawiło.
- Ja.. Nie oddajemy życia za rzeczy. Po naszej śmierci i tak są nam już niepotrzebne - białowłosa przestała w końcu mnie od siebie odpychać. Przylgnąłem do niej swoim ciałem, nadal rozgrzanym po igraszkach z giermkiem Sir Jordana.
- Bardzo dobra odpowiedź - pochwaliłem ją. - Oczekujesz nagrody?
- Proszę. Lordzie, błagam - szepnęła, spuszczając wzrok. Nie potrafiłem ukryć swojego zaskoczenia. Nie przypuszczałem, że tak łatwo jest sprowokować tą kobietę do tak wielkiego uniżenia. Odstąpiłem od niej i wręczyłem jej bez słowa naszyjnik.
- Zabieraj się stąd - warknąłem. Podszedłem do swojego łoża, wziąłem do ręki kielich z winem i opróżniłem go w całości.
- Jeszcze tu jesteś? - rzuciłem jej wrogie spojrzenie. Eilistraee wyprostowała się dumnie, a na jej twarzy pojawił się zgrabny, uroczy uśmiech.
- Lordzie, wybacz moją śmiałość, ale nie dziwię się z jakiej przyczyny tak wiele osób stoi w kolejce do spędzenia nocy z Tobą - powiedziała. Wzrok kapłanki powędrował nisko, na moje podbrzusze. Wyszczerzyłem zęby w zawadiackim uśmiechu. Rozłożyłem szeroko ręce.
- Zamierzasz skorzystać? - spytałem.
- Jak już mówiłam...
- Tak, wiem. Nie należysz do tego rodzaju kobiet - przerwałem. - Ale wytłumacz w takim razie jedno, Eilistraee. Dlaczego w takim razie nadal tu jesteś?
(Eilistraee?)
- Nie radzę - uśmiechnąłem się z rozbawieniem, a Eilistraee spojrzała mi prosto w oczy. Znowu chciała przeniknąć do mojej duszy. Problem polegał na tym, że była zbyt obficie zroszona krwią, by mogła się do niej dostać.
- Lordzie, zwróć mi naszyjnik. Jest dla mnie bardzo cenny - powtórzyła kapłanka z naciskiem.
- Jak cenny? Oddałabyś za niego życie? - spytałem, bawiąc się nim. Wisior delikatnie kołysał się na boki tuż ponad zasięgiem rąk Eilistraee. Torturowanie ludzi od zawsze mnie bawiło.
- Ja.. Nie oddajemy życia za rzeczy. Po naszej śmierci i tak są nam już niepotrzebne - białowłosa przestała w końcu mnie od siebie odpychać. Przylgnąłem do niej swoim ciałem, nadal rozgrzanym po igraszkach z giermkiem Sir Jordana.
- Bardzo dobra odpowiedź - pochwaliłem ją. - Oczekujesz nagrody?
- Proszę. Lordzie, błagam - szepnęła, spuszczając wzrok. Nie potrafiłem ukryć swojego zaskoczenia. Nie przypuszczałem, że tak łatwo jest sprowokować tą kobietę do tak wielkiego uniżenia. Odstąpiłem od niej i wręczyłem jej bez słowa naszyjnik.
- Zabieraj się stąd - warknąłem. Podszedłem do swojego łoża, wziąłem do ręki kielich z winem i opróżniłem go w całości.
- Jeszcze tu jesteś? - rzuciłem jej wrogie spojrzenie. Eilistraee wyprostowała się dumnie, a na jej twarzy pojawił się zgrabny, uroczy uśmiech.
- Lordzie, wybacz moją śmiałość, ale nie dziwię się z jakiej przyczyny tak wiele osób stoi w kolejce do spędzenia nocy z Tobą - powiedziała. Wzrok kapłanki powędrował nisko, na moje podbrzusze. Wyszczerzyłem zęby w zawadiackim uśmiechu. Rozłożyłem szeroko ręce.
- Zamierzasz skorzystać? - spytałem.
- Jak już mówiłam...
- Tak, wiem. Nie należysz do tego rodzaju kobiet - przerwałem. - Ale wytłumacz w takim razie jedno, Eilistraee. Dlaczego w takim razie nadal tu jesteś?
(Eilistraee?)
piątek, 25 kwietnia 2014
Od Eilistraee C.D Caspaina
Leżała na posadzce jeszcze dobre parę minut. Myślała intensywnie. Rana na ręce zniknęła. Jej szata była cała we krwi. Podniosła rękę. Przypatrywała się spływającym kroplom szkarłatnej cieczy. Były koloru jego włosów. Uśmiechnęła się do siebie.
Usiadła na oknie w postaci wrony. Obserwowała dwóch mężczyzn w dość...specyficznej sytuacji. Jeden był ognistowłosym Lordem a drugiego nie znała. Musiał być giermkiem lub posłańcem. Nie szokowało jej to. Wychowała się w dzielnicy rozkoszy w Emhart Derum. Tam takie sceny były codziennością. Małe dziewczynki w oknach burdelów, męskie prostytutki. Czekała aż nieznajomy wyjdzie. Gdy to zrobił przybrała na powrót ludzką postać. Na Caspainie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Patrzał na nią niewzruszony i pił wino. Zeskoczyła z okna i podeszła bliżej. Trzymała jednak dystans.
-Podczas wczorajszego incydentu-zaczęła spokojnie-Zerwałeś mi Panie naszyjnik. To pamiątka i bardzo zależy mi na jego odzyskaniu.
-O tym mówisz?-uśmiechnął się trzymając w rękach srebrny wisior zakończony diamentem.-Śliczna błyskotka. Musiała być droga.
-Istotnie, była.-starała się przemawiać jak najbardziej spokojnie ale serce zabiło jej mocniej gdy Caspain położył wisior na stół i nachylił się nad nim z nożem.
-Szkoda byłoby zniszczyć tak piękną rzecz.-przejechał końcem ostrza po kamieniu nie niszcząc go.
-Proszę.-wyciągnęła rękę w jego stronę. Mężczyzna podniósł się. Uśmiechała się w duchu, myśląc, że jej odda. Naiwna niczym dziecko.
Nie miała pojęcia jak popchnął ją na ścianę. Rozpaczliwie próbowała złapać wisior, ale Caspain był wyższy. Z szyderczym uśmiechem obracał go w palcach tuż nad jej głową.
-Wzruszające.-powiedział oschle nadal się uśmiechając.-Straciłaś moce po wczorajszym, co? Widzisz, biała kapłanko, zalety walki wręcz. Na nic zdaje się osłanianie magią, zwykłe tchórzostwo. Teraz to ja mógłbym Cię zabić.
Wzięła głęboki wdech. Wypuściła powietrze z sykiem. Wisior był symbolem kapłaństwa. Był symbolem duchowego szczebla. Bez niego jest nikim. Próbowała wyrwać się ale mężczyzna skutecznie jej to uniemożliwiał, jeszcze bardziej dociskając do ściany. Czuła się jak w pułapce.
<Caspain?>
***
Usiadła na oknie w postaci wrony. Obserwowała dwóch mężczyzn w dość...specyficznej sytuacji. Jeden był ognistowłosym Lordem a drugiego nie znała. Musiał być giermkiem lub posłańcem. Nie szokowało jej to. Wychowała się w dzielnicy rozkoszy w Emhart Derum. Tam takie sceny były codziennością. Małe dziewczynki w oknach burdelów, męskie prostytutki. Czekała aż nieznajomy wyjdzie. Gdy to zrobił przybrała na powrót ludzką postać. Na Caspainie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Patrzał na nią niewzruszony i pił wino. Zeskoczyła z okna i podeszła bliżej. Trzymała jednak dystans.
-Podczas wczorajszego incydentu-zaczęła spokojnie-Zerwałeś mi Panie naszyjnik. To pamiątka i bardzo zależy mi na jego odzyskaniu.
-O tym mówisz?-uśmiechnął się trzymając w rękach srebrny wisior zakończony diamentem.-Śliczna błyskotka. Musiała być droga.
-Istotnie, była.-starała się przemawiać jak najbardziej spokojnie ale serce zabiło jej mocniej gdy Caspain położył wisior na stół i nachylił się nad nim z nożem.
-Szkoda byłoby zniszczyć tak piękną rzecz.-przejechał końcem ostrza po kamieniu nie niszcząc go.
-Proszę.-wyciągnęła rękę w jego stronę. Mężczyzna podniósł się. Uśmiechała się w duchu, myśląc, że jej odda. Naiwna niczym dziecko.
Nie miała pojęcia jak popchnął ją na ścianę. Rozpaczliwie próbowała złapać wisior, ale Caspain był wyższy. Z szyderczym uśmiechem obracał go w palcach tuż nad jej głową.
-Wzruszające.-powiedział oschle nadal się uśmiechając.-Straciłaś moce po wczorajszym, co? Widzisz, biała kapłanko, zalety walki wręcz. Na nic zdaje się osłanianie magią, zwykłe tchórzostwo. Teraz to ja mógłbym Cię zabić.
Wzięła głęboki wdech. Wypuściła powietrze z sykiem. Wisior był symbolem kapłaństwa. Był symbolem duchowego szczebla. Bez niego jest nikim. Próbowała wyrwać się ale mężczyzna skutecznie jej to uniemożliwiał, jeszcze bardziej dociskając do ściany. Czuła się jak w pułapce.
<Caspain?>
Od Caspaina C.D Eilistraee
Usiadłem okrakiem na kapłance i udami unieruchomiłem jej biodra.
- Sytuacja byłaby dużo przyjemniejsza, gdybyśmy oboje byli nadzy.. - palcami dotknąłem jej policzka. Eilistraee opuściła swoją dłoń na mój tors.
- Nie dotkniesz mnie. Nie jestem jedną z tych kobiet - oświadczyła.
- Nie muszę Cię dotykać. Nie chcę, nie potrzebuję tego. Myślisz, że odkąd tu jesteś marzę tylko o nocy z Tobą? Nie, kapłanko - zakpiłem. - Zazwyczaj nie zdzieram szat ze świętych.
- Gwałcisz - ton jej głosu świadczył o stwierdzeniu, nie o pytaniu. Pokręciłem z rozbawieniem głową.
- Tego też nie muszę robić. Gwałciciele paskudnie kończą - zamruczałem, nachylając się niżej nad kobietą. Dotknąłem ostrzem jej szyi. Szaleńcza satysfakcja w moim spojrzeniu niemal odbijała się w oczach Eilistraee. Przebiłem płytko jej delikatną skórę między obojczykami, a z jej rozchylonych ust wydobył się cichy jęk. Zacząłem powoli przesuwać nóż w mojej dłoni, tnąc w górę, idealnie na środku gardła kapłanki. Skończyłem na lini podbródka i z zadowoleniem przyjrzałem się swojemu dziełu.
- Nie powiem, że Ci w tym nie do twarzy, kapłanko - mruknąłem. Eilistraee poruszyła wargami, a rozcięcie zaczęło znikać.
- Lordzie, przeceniasz mnie - zatrzepotała rzęsami.
- Nie, nie przecieniam. Czy zobaczyłaś w moich oczach zaskoczenie? - spytałem.
- Nie. Widzę w nich jedynie zło, śmierć. Chaos, mój Lordzie - odparła. W milczeniu kolejny raz przystawiłem jej sztylet do ciała. Tym razem wybrałem prawą rękę.
- Mogłabym Cię teraz zabić - oznajmiła.
- Nie wątpię. Wiesz, co Ci powiem? Magia jest bronią tych, którzy boją się stanąć oko w oko ze śmiercią. Boją się ją pokonać, zobaczyć jaka jest piękna. Gdybym miał do wyboru śmierć lub uratowanie życia za pomocą magii, zawsze wybrałbym śmierć - wymamrotałem, koncentrując się na dłoni Eilistraee. Kobieta syknęła, gdy naciąłem ją po wewnętrznej strony, na samym środku. Gwałtownie wbiłem nóż, przebijając całą rękę. Na twarzy kapłanki pojawił się grymas bólu.
- Zobaczmy, czy sztuczka tym razem też się uda - powiedziałem i wyrwałem ostrze. Eilistraee zacisnęła mocno powieki, ale nic to nie dało. Z rany nadal obficie sączyła się krew. Kapłanka nie była w stanie użyć zaklęcia. Jej moc zdecydowanie się wyczerpała przy zmuszaniu mnie do padnięcia na podłogę i uzdrawianiu się.
- Najlepiej będzie, jeśli znajdziesz nadwornego medyka, kobieto. Każdy czasem opada z sił - uniosłem kąciki ust, wstałem i zostawiłem Eilistraee samą, leżącą na posadzce. Wróciłem do przepięknej sali, w której odbywała się uczta.
(...) Zwilżyłem wargi językiem, widząc jak Simeon, niespełna dziewiętnastoletni giermek Sir Jordana Hammeltona, zdejmuje koszulę, którą miał na sobie. Jego urocze, młodzieńcze ciało szpeciła jedynie długa, ciągnąca się wzdłuż żeber blizna. Przewróciłem chłopaka pod siebie.
- Piękna blizna.. - dotknąłem ją palcami. Bez wahania językiem przeciągnąłem po całej jej długości. Simeon zadrżał, jęcząc cicho.
- Jakie są Twoje blizny, Lordzie? Mogę zobaczyć? - spytał. Czułem jak wsuwa dłonie pod moją rozpiętą już lnianą koszulę. Chwyciłem go za włosy, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem, zachłannie, tak jak lubię.
- Dziś w nocy się na nie napatrzysz, nie martw się - wymruczałem, kolejny raz całując chłopca. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi, ale je zignorowałem. Dopiero za drugim razem podniosłem głowę, jednocześnie walcząc ze spodniami Simeona.
- Powiedziałem, by nikt mi nie przeszkadzał! - krzyknąłem, zirytowany. Drzwi od komnaty otworzyły się i do środka weszła Masilla, służąca Irisy.
- Lady Irisa kazała mi zwrócić Twój sztylet, Panie - pokłoniła się i spojrzała na Simeona, nie kryjąc swojego rozbawienia. Giermek zapewne za wszelką cenę próbował ukrywać swoje preferencje.
- Mój sztylet? - zeskoczyłem z łóżka i przyjąłem broń z jej rąk. - Nareszcie.
- To Twoja rodowa broń, Panie? - Simeon zapatrzył się w ostrze. Podałem mu go i zwróciłem się do Masilli.
- Nie przyłączysz się? - posłałem jej szelmowski uśmieszek, znowu siadając na biodrach Simeona. Masilla pokłoniła się ponownie i bez słowa wyszła, zostawiając nas samych.
- Wiele słyszałem o tym sztylecie, Panie. Podobno wyrobiono go ze stali i smoczych łusek, tysiące lat temu.
- Tak powiadają. Ja wiem tyle, że teraz, gdy mam go przy sobie, żadna, nawet najpotężniejsza magia nie jest w stanie mi zagrozić. Ludzie posługujący się czarami nie mogą go dotknąć, ani zastosować na nim zaklęcia, a i on sam broni mnie przed magią. To dzięki niemu nie zginąłem jeszcze z rąk magów, druidów, kapłanów.
- Musi kryć w sobie wielką noc - stwierdził chłopak. Zabrałem mu go i schowałem pod poduszkę.
- Każdy z nas ma w sobie wielką moc, Simeonie - wyszeptałem i pocałowałem go, a następnie brutalnie pchnąłem na plecy.
(Eilistraee? :P)
- Sytuacja byłaby dużo przyjemniejsza, gdybyśmy oboje byli nadzy.. - palcami dotknąłem jej policzka. Eilistraee opuściła swoją dłoń na mój tors.
- Nie dotkniesz mnie. Nie jestem jedną z tych kobiet - oświadczyła.
- Nie muszę Cię dotykać. Nie chcę, nie potrzebuję tego. Myślisz, że odkąd tu jesteś marzę tylko o nocy z Tobą? Nie, kapłanko - zakpiłem. - Zazwyczaj nie zdzieram szat ze świętych.
- Gwałcisz - ton jej głosu świadczył o stwierdzeniu, nie o pytaniu. Pokręciłem z rozbawieniem głową.
- Tego też nie muszę robić. Gwałciciele paskudnie kończą - zamruczałem, nachylając się niżej nad kobietą. Dotknąłem ostrzem jej szyi. Szaleńcza satysfakcja w moim spojrzeniu niemal odbijała się w oczach Eilistraee. Przebiłem płytko jej delikatną skórę między obojczykami, a z jej rozchylonych ust wydobył się cichy jęk. Zacząłem powoli przesuwać nóż w mojej dłoni, tnąc w górę, idealnie na środku gardła kapłanki. Skończyłem na lini podbródka i z zadowoleniem przyjrzałem się swojemu dziełu.
- Nie powiem, że Ci w tym nie do twarzy, kapłanko - mruknąłem. Eilistraee poruszyła wargami, a rozcięcie zaczęło znikać.
- Lordzie, przeceniasz mnie - zatrzepotała rzęsami.
- Nie, nie przecieniam. Czy zobaczyłaś w moich oczach zaskoczenie? - spytałem.
- Nie. Widzę w nich jedynie zło, śmierć. Chaos, mój Lordzie - odparła. W milczeniu kolejny raz przystawiłem jej sztylet do ciała. Tym razem wybrałem prawą rękę.
- Mogłabym Cię teraz zabić - oznajmiła.
- Nie wątpię. Wiesz, co Ci powiem? Magia jest bronią tych, którzy boją się stanąć oko w oko ze śmiercią. Boją się ją pokonać, zobaczyć jaka jest piękna. Gdybym miał do wyboru śmierć lub uratowanie życia za pomocą magii, zawsze wybrałbym śmierć - wymamrotałem, koncentrując się na dłoni Eilistraee. Kobieta syknęła, gdy naciąłem ją po wewnętrznej strony, na samym środku. Gwałtownie wbiłem nóż, przebijając całą rękę. Na twarzy kapłanki pojawił się grymas bólu.
- Zobaczmy, czy sztuczka tym razem też się uda - powiedziałem i wyrwałem ostrze. Eilistraee zacisnęła mocno powieki, ale nic to nie dało. Z rany nadal obficie sączyła się krew. Kapłanka nie była w stanie użyć zaklęcia. Jej moc zdecydowanie się wyczerpała przy zmuszaniu mnie do padnięcia na podłogę i uzdrawianiu się.
- Najlepiej będzie, jeśli znajdziesz nadwornego medyka, kobieto. Każdy czasem opada z sił - uniosłem kąciki ust, wstałem i zostawiłem Eilistraee samą, leżącą na posadzce. Wróciłem do przepięknej sali, w której odbywała się uczta.
(...) Zwilżyłem wargi językiem, widząc jak Simeon, niespełna dziewiętnastoletni giermek Sir Jordana Hammeltona, zdejmuje koszulę, którą miał na sobie. Jego urocze, młodzieńcze ciało szpeciła jedynie długa, ciągnąca się wzdłuż żeber blizna. Przewróciłem chłopaka pod siebie.
- Piękna blizna.. - dotknąłem ją palcami. Bez wahania językiem przeciągnąłem po całej jej długości. Simeon zadrżał, jęcząc cicho.
- Jakie są Twoje blizny, Lordzie? Mogę zobaczyć? - spytał. Czułem jak wsuwa dłonie pod moją rozpiętą już lnianą koszulę. Chwyciłem go za włosy, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem, zachłannie, tak jak lubię.
- Dziś w nocy się na nie napatrzysz, nie martw się - wymruczałem, kolejny raz całując chłopca. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi, ale je zignorowałem. Dopiero za drugim razem podniosłem głowę, jednocześnie walcząc ze spodniami Simeona.
- Powiedziałem, by nikt mi nie przeszkadzał! - krzyknąłem, zirytowany. Drzwi od komnaty otworzyły się i do środka weszła Masilla, służąca Irisy.
- Lady Irisa kazała mi zwrócić Twój sztylet, Panie - pokłoniła się i spojrzała na Simeona, nie kryjąc swojego rozbawienia. Giermek zapewne za wszelką cenę próbował ukrywać swoje preferencje.
- Mój sztylet? - zeskoczyłem z łóżka i przyjąłem broń z jej rąk. - Nareszcie.
- To Twoja rodowa broń, Panie? - Simeon zapatrzył się w ostrze. Podałem mu go i zwróciłem się do Masilli.
- Nie przyłączysz się? - posłałem jej szelmowski uśmieszek, znowu siadając na biodrach Simeona. Masilla pokłoniła się ponownie i bez słowa wyszła, zostawiając nas samych.
- Wiele słyszałem o tym sztylecie, Panie. Podobno wyrobiono go ze stali i smoczych łusek, tysiące lat temu.
- Tak powiadają. Ja wiem tyle, że teraz, gdy mam go przy sobie, żadna, nawet najpotężniejsza magia nie jest w stanie mi zagrozić. Ludzie posługujący się czarami nie mogą go dotknąć, ani zastosować na nim zaklęcia, a i on sam broni mnie przed magią. To dzięki niemu nie zginąłem jeszcze z rąk magów, druidów, kapłanów.
- Musi kryć w sobie wielką noc - stwierdził chłopak. Zabrałem mu go i schowałem pod poduszkę.
- Każdy z nas ma w sobie wielką moc, Simeonie - wyszeptałem i pocałowałem go, a następnie brutalnie pchnąłem na plecy.
(Eilistraee? :P)
Od Iltrana c.d. Edhelrasa
Z lasu dobiegło mnie granie rogów. Ludzie znów polują, a raczej zarzynają zwierzęta. Jakby nie mieli, czego innego do roboty? Nie za bardzo rozumiem, dlaczego sprawia im to taką przyjemność. Jeszcze gdyby to było dla mięsa, ale to jest przecież jakaś rozrywka, choć ja bym tego miana ich zwyczajom nie przypisał. Jelenie, które skubały trawę po drugiej stronie jeziorka natychmiast czmychnęły do lasu. Nie dziwiłem im się, a w szczególności przywódcy tego niewielkiego stadka. Miał piękne poroże.
Ja sam postanowiłem się oddalić. Ludzie jak zwykle zepsuli piękny dzień. Nie doszło to jednak do skutku, gdyż usłyszałem ryki zarzynanego dzika. Nie dałem rady odejść słysząc płacz zwierzęcia. Ruszyłem, więc za odgłosami. Ludzie byli na polanie i szczuli pasami bezbronnego już dzika. Nie mam pojęcia, dlaczego nie zabili go od razu, tylko sprawiali jeszcze większy ból. Psy też nie dawały mu spokoju. Dopiero jakiś trupioblady mężczyzna przerwał cierpienia zwierzęcia. Całą polanę pokrywała krew. Pyski psów były całe w niej umazane, a ludzie gratulowali dobie nawzajem. Nie wiem czym tak się chlubili. Przecież to nie była walka tylko rzeź. Równie dobrze mogą się chwalić z zabicia jeńca, który nie może nawet utrzymać miecza w ręku. Nie potrafiłem tego znieść. Wyszedłem na polanę. Byłem świadomy, że nie mam z nimi większych szans, ale ktoś musi im przemówić do rozumu, zakładając że go posiadają. Oczywiście przewodzący całej zgrai mężczyzna nie był zadowolony z moich słów. Mi jednak ani się śniło ustąpić.
–Chełpicie się zwykłym morderstwem! –krzyknąłem. –Przepraszam to nawet nie jest morderstwo! Zarznęliście to zwierzę i uważacie się za jakichś bohaterów, który z was stanął z nim sam na sam do walki!? Wysłużyliście się psami, a sami czekaliście, aż wasza ofiara osłabnie. Jesteście zwykłymi tchórzami, którym radość sprawia zabijanie tego co już nie może się bronić!
Byli wściekli. Wiedziałem aż za dobrze, że uraziłem ich dumę. Tylko z czego ona pochodziła. Czasem trzeba sprowadzić ich z powrotem na ziemię i pokazać jacy są.
Nie potrzebowali nawet rozkazu trupiobladego mężczyzny, by rzucić się na mnie w pełnej furii. Nie wiele im to dało, a może nawet przeszkodziło. Wyszeptałem tylko słowa zaklęcia i jeden z nich leżał na ziemi trzęsąc się wciąż, lecz nie mogąc poruszyć nawet palcem. Jeden z koni pierzchnął w las. Dziwiłem się pozostałym, że mogą ich w ogóle nosić na grzbiecie, ja przy najbliższej okazji wyrzuciłbym ich z siodła. Kolejny z ludzi skończył bez broni, a żeby było ciekawiej przez przypadek został pokryty sporą warstwą błota.
<Edek?>
Ja sam postanowiłem się oddalić. Ludzie jak zwykle zepsuli piękny dzień. Nie doszło to jednak do skutku, gdyż usłyszałem ryki zarzynanego dzika. Nie dałem rady odejść słysząc płacz zwierzęcia. Ruszyłem, więc za odgłosami. Ludzie byli na polanie i szczuli pasami bezbronnego już dzika. Nie mam pojęcia, dlaczego nie zabili go od razu, tylko sprawiali jeszcze większy ból. Psy też nie dawały mu spokoju. Dopiero jakiś trupioblady mężczyzna przerwał cierpienia zwierzęcia. Całą polanę pokrywała krew. Pyski psów były całe w niej umazane, a ludzie gratulowali dobie nawzajem. Nie wiem czym tak się chlubili. Przecież to nie była walka tylko rzeź. Równie dobrze mogą się chwalić z zabicia jeńca, który nie może nawet utrzymać miecza w ręku. Nie potrafiłem tego znieść. Wyszedłem na polanę. Byłem świadomy, że nie mam z nimi większych szans, ale ktoś musi im przemówić do rozumu, zakładając że go posiadają. Oczywiście przewodzący całej zgrai mężczyzna nie był zadowolony z moich słów. Mi jednak ani się śniło ustąpić.
–Chełpicie się zwykłym morderstwem! –krzyknąłem. –Przepraszam to nawet nie jest morderstwo! Zarznęliście to zwierzę i uważacie się za jakichś bohaterów, który z was stanął z nim sam na sam do walki!? Wysłużyliście się psami, a sami czekaliście, aż wasza ofiara osłabnie. Jesteście zwykłymi tchórzami, którym radość sprawia zabijanie tego co już nie może się bronić!
Byli wściekli. Wiedziałem aż za dobrze, że uraziłem ich dumę. Tylko z czego ona pochodziła. Czasem trzeba sprowadzić ich z powrotem na ziemię i pokazać jacy są.
Nie potrzebowali nawet rozkazu trupiobladego mężczyzny, by rzucić się na mnie w pełnej furii. Nie wiele im to dało, a może nawet przeszkodziło. Wyszeptałem tylko słowa zaklęcia i jeden z nich leżał na ziemi trzęsąc się wciąż, lecz nie mogąc poruszyć nawet palcem. Jeden z koni pierzchnął w las. Dziwiłem się pozostałym, że mogą ich w ogóle nosić na grzbiecie, ja przy najbliższej okazji wyrzuciłbym ich z siodła. Kolejny z ludzi skończył bez broni, a żeby było ciekawiej przez przypadek został pokryty sporą warstwą błota.
<Edek?>
Od Alysanny C.D Felsaroth'a
Odepchnęła go od siebie delikatnie.
-Boisz się?-uśmiechnął się. Pokręciła przecząco głową.
-Może jednak poczekamy do ślubu?-spytała niepewnie. Znała go od paru dni. Nic nie wiedziała o nim i o tym jakie ma zamiary.
-Pieprzyć ślub.-jego twarz znajdowała się na wysokości jej szyi. Odsunęła się. Wyglądała na łatwą. Jeśli chce kogoś łatwego, może przejść się do burdelu.
-Co znowu?-Felsaroth z lekka się niecierpliwił. Z lekka. Sanna podniosła się gwałtownie.
-Nie - Powiedziała chłodno. Stanęła koło łoża, stojąc tyłem do mężczyzny. Felsaroth mocno zacisnął szczękę. Nie spuszczając z niej wzroku usiadł na krańcu łóżka. Westchnął cicho po czym przetarł ręką twarz. Wstał spokojnie i podszedł do niej. Ostrożnie złapał ją za łokieć i odwrócił w swoją stronę. Niepewnie spojrzała mu w oczy. Wziął jej twarz w dłonie i ucałował ją w czoło.
- Przepraszam - Powiedział i uśmiechnął się delikatnie. Objął ją a ona wtuliła się w niego. Po chwili jednak powoli podniosła głowę i nieśmiało go pocałowała.
*TIME TO S.E.X*
krótkie ale treściwe
kochajmy Nat za pomoc
jesteś święta Nat
-Boisz się?-uśmiechnął się. Pokręciła przecząco głową.
-Może jednak poczekamy do ślubu?-spytała niepewnie. Znała go od paru dni. Nic nie wiedziała o nim i o tym jakie ma zamiary.
-Pieprzyć ślub.-jego twarz znajdowała się na wysokości jej szyi. Odsunęła się. Wyglądała na łatwą. Jeśli chce kogoś łatwego, może przejść się do burdelu.
-Co znowu?-Felsaroth z lekka się niecierpliwił. Z lekka. Sanna podniosła się gwałtownie.
-Nie - Powiedziała chłodno. Stanęła koło łoża, stojąc tyłem do mężczyzny. Felsaroth mocno zacisnął szczękę. Nie spuszczając z niej wzroku usiadł na krańcu łóżka. Westchnął cicho po czym przetarł ręką twarz. Wstał spokojnie i podszedł do niej. Ostrożnie złapał ją za łokieć i odwrócił w swoją stronę. Niepewnie spojrzała mu w oczy. Wziął jej twarz w dłonie i ucałował ją w czoło.
- Przepraszam - Powiedział i uśmiechnął się delikatnie. Objął ją a ona wtuliła się w niego. Po chwili jednak powoli podniosła głowę i nieśmiało go pocałowała.
*TIME TO S.E.X*
krótkie ale treściwe
kochajmy Nat za pomoc
jesteś święta Nat
Od Annory c.d. Theona
Kobieta spogląda na trupy dwóch oprychów. Na krew, która pomału sączy się z ich klatek piersiowych. Omiata wzrokiem resztę przestrzeni, kiedy to w końcu jej wzrok napotyka wijącego się na ziemi mężczyznę.
- Żałosne - Mówi chłodnym tonem.
Mężczyzna ociera twarz rękawem i patrzy na nią z przerażeniem w oczach. Petyr naciąga strzałę na cięciwę, celując w owego jegomościa. Kobieta powstrzymuje go gestem dłoni.
- Dziękuję Ci, litościwa Milady - Mówi chrapliwym głosem po czym głośno kaszle. Kiedy ponownie się uspokaja, w dalszym ciągu siedząc na ziemi.
- Kimże jesteś, jeśli mogę spytać? - Pyta cicho, podnosząc się. Daeron czujnie obserwuje każdy jego ruch, trzymając głowicę miecza w żelaznym uścisku. W każdej chwili jest gotów zabić napastnika.Kobieta, której twarz osłania cień kaptura, delikatnie odsuwa go, żeby jej rozmówca dokładniej przyjrzał się jej twarzy.
- Nie zdradzę Ci tego, a przynajmniej nie teraz. Jesteś mi potrzebny, Theonie. Musisz kogoś dla mnie odnaleźć.
- Nie do końca tym się zajmuję, moja pani. A przynajmniej... - Urwał i spojrzał na nią, pocierając palce.
- Oczywiście, że tym. Dostaniesz przyzwoite wynagrodzenie. A po za tym, jesteś mi winny przysługę. Wszak uratowałam CI życie - Kończy i uśmiecha się sztucznie. Jest zmęczona. Zmęczona ciągłą ucieczką, zmęczona poszukiwaniami.
- Idziemy - Mówi ostro Petyr. Theon rzuca mu groźne spojrzenie ale mimo idzie. Annora ma zamiar podążyć za nimi, jednak Daeron ciągnie siostrę za ramię.
- Ufasz mu? - Szepcze jej do ucha.
- Oczywiście, że nie - Odpowiada.
- A więc nie zamierzasz się zdradzać? - Dziewczyna spogląda za najemnikiem. Jest wystarczająco daleko.
- Wszyscy myślą, że dawno nie żyjemy. Nikt mnie nie zna. Nie trak szybko zorientuje się, dlaczego akurat moja persona jej szuka. Po za tym, wszyscy jej szukają. Mogę być każdym.
Brat puszcza ją, idą krok w krok. Konie stoją dalej, najemnik już czeka. Ma związane ręce, siedzi na koniu przywiązanym do wierzchowca jej brata. Patrzy na nią, patrzy z gniewem ale zarazem z wdzięcznością. Wygląda źle, jest mocno poturbowany. Zasłania twarz bardziej i wsiada na swą karą klacz. Skna głową do Petyra i brata, oni również wsiadają na swoje konie.
***
Znajdują się w niewielkim, pospolitym mieszkaniu. Nie rzucają się w oczy, Petyr ma nad wszystkim kontrolę. Stanowczo, jest dobry w swoim fachu. Dobrze jest mieć go po swojej stronie, jest mocnym sprzymierzeńcem.
- Gdzie jesteśmy? - Siada na łóżku wskazanym przez kobietę. Mężczyźni wychodzą, do pokoju wchodzi znajomy zielarz. Ogląda pacjenta i wyciąga bandaże.
- Mało znana, mała wieś. Spokojnie.
- Może zechcecie mnie rozwiązać? - Jest cały ubabrany krwią, wygląda na ledwo żywego. Mówi słabym głosem.
- Nie. Później.
- Jesteś dość małomówna Pani, powiesz mi czego ode mnie żądasz?
Ściąga kaptur i wyciąga ozdobną szpilkę. Jej białe włosy opadają kaskadami na ramiona i plecy.
- Antaryon? Ciekawe, myślałam że już wszystkich was powybijali - Mówi zgryźliwie i uśmiecha się złowieszczo.
- Zamilcz, bo osobiście Cię zabiję - Warczy. W głębi duszy, cieszyła się że prawdopodobnie nie do końca wiedział kim jest. W sumie, mało kto teraz by ją poznał. Ukrywała się od dziecka, wszyscy myślą że od dawna nie żyje.
- Kogo szukasz?
- Alysanna Baelish.
- Fiu fiu. Widzę Pani, ty i twoja trupa jesteście jakimiś zabójcami z Północy. Macie zapewne nadzieję, że za jej głowę Mormont was ułaskawi?
- Przekażesz jej kilka informacji. Ewentualnie sprowadzisz do mnie - Powiedziała nie zważając na jego słowa. Niech myśli co chce. Nie musi wiedzieć wszystkiego. Miała nadzieję, że tym razem trop się nie urwie, że ją znajdzie. Wolała wynająć kogoś prostego, kto nie będzie rzucać się w oczy i nie będzie oczekiwać od niej kosmicznych wynagrodzeń.
- Jak już mówiłam, kilka tysięcy piechotą nie chodzi - Uśmiecha się delikatnie. Na twarzy najemnika maluje się zdziwienie i zachwyt, poniekąd.
- To jak? - Pyta cicho.
(Theon?)
Tak bardzo twórcze ;-;
- Żałosne - Mówi chłodnym tonem.
Mężczyzna ociera twarz rękawem i patrzy na nią z przerażeniem w oczach. Petyr naciąga strzałę na cięciwę, celując w owego jegomościa. Kobieta powstrzymuje go gestem dłoni.
- Dziękuję Ci, litościwa Milady - Mówi chrapliwym głosem po czym głośno kaszle. Kiedy ponownie się uspokaja, w dalszym ciągu siedząc na ziemi.
- Kimże jesteś, jeśli mogę spytać? - Pyta cicho, podnosząc się. Daeron czujnie obserwuje każdy jego ruch, trzymając głowicę miecza w żelaznym uścisku. W każdej chwili jest gotów zabić napastnika.Kobieta, której twarz osłania cień kaptura, delikatnie odsuwa go, żeby jej rozmówca dokładniej przyjrzał się jej twarzy.
- Nie zdradzę Ci tego, a przynajmniej nie teraz. Jesteś mi potrzebny, Theonie. Musisz kogoś dla mnie odnaleźć.
- Nie do końca tym się zajmuję, moja pani. A przynajmniej... - Urwał i spojrzał na nią, pocierając palce.
- Oczywiście, że tym. Dostaniesz przyzwoite wynagrodzenie. A po za tym, jesteś mi winny przysługę. Wszak uratowałam CI życie - Kończy i uśmiecha się sztucznie. Jest zmęczona. Zmęczona ciągłą ucieczką, zmęczona poszukiwaniami.
- Idziemy - Mówi ostro Petyr. Theon rzuca mu groźne spojrzenie ale mimo idzie. Annora ma zamiar podążyć za nimi, jednak Daeron ciągnie siostrę za ramię.
- Ufasz mu? - Szepcze jej do ucha.
- Oczywiście, że nie - Odpowiada.
- A więc nie zamierzasz się zdradzać? - Dziewczyna spogląda za najemnikiem. Jest wystarczająco daleko.
- Wszyscy myślą, że dawno nie żyjemy. Nikt mnie nie zna. Nie trak szybko zorientuje się, dlaczego akurat moja persona jej szuka. Po za tym, wszyscy jej szukają. Mogę być każdym.
Brat puszcza ją, idą krok w krok. Konie stoją dalej, najemnik już czeka. Ma związane ręce, siedzi na koniu przywiązanym do wierzchowca jej brata. Patrzy na nią, patrzy z gniewem ale zarazem z wdzięcznością. Wygląda źle, jest mocno poturbowany. Zasłania twarz bardziej i wsiada na swą karą klacz. Skna głową do Petyra i brata, oni również wsiadają na swoje konie.
***
Znajdują się w niewielkim, pospolitym mieszkaniu. Nie rzucają się w oczy, Petyr ma nad wszystkim kontrolę. Stanowczo, jest dobry w swoim fachu. Dobrze jest mieć go po swojej stronie, jest mocnym sprzymierzeńcem.
- Gdzie jesteśmy? - Siada na łóżku wskazanym przez kobietę. Mężczyźni wychodzą, do pokoju wchodzi znajomy zielarz. Ogląda pacjenta i wyciąga bandaże.
- Mało znana, mała wieś. Spokojnie.
- Może zechcecie mnie rozwiązać? - Jest cały ubabrany krwią, wygląda na ledwo żywego. Mówi słabym głosem.
- Nie. Później.
- Jesteś dość małomówna Pani, powiesz mi czego ode mnie żądasz?
Ściąga kaptur i wyciąga ozdobną szpilkę. Jej białe włosy opadają kaskadami na ramiona i plecy.
- Antaryon? Ciekawe, myślałam że już wszystkich was powybijali - Mówi zgryźliwie i uśmiecha się złowieszczo.
- Zamilcz, bo osobiście Cię zabiję - Warczy. W głębi duszy, cieszyła się że prawdopodobnie nie do końca wiedział kim jest. W sumie, mało kto teraz by ją poznał. Ukrywała się od dziecka, wszyscy myślą że od dawna nie żyje.
- Kogo szukasz?
- Alysanna Baelish.
- Fiu fiu. Widzę Pani, ty i twoja trupa jesteście jakimiś zabójcami z Północy. Macie zapewne nadzieję, że za jej głowę Mormont was ułaskawi?
- Przekażesz jej kilka informacji. Ewentualnie sprowadzisz do mnie - Powiedziała nie zważając na jego słowa. Niech myśli co chce. Nie musi wiedzieć wszystkiego. Miała nadzieję, że tym razem trop się nie urwie, że ją znajdzie. Wolała wynająć kogoś prostego, kto nie będzie rzucać się w oczy i nie będzie oczekiwać od niej kosmicznych wynagrodzeń.
- Jak już mówiłam, kilka tysięcy piechotą nie chodzi - Uśmiecha się delikatnie. Na twarzy najemnika maluje się zdziwienie i zachwyt, poniekąd.
- To jak? - Pyta cicho.
(Theon?)
Tak bardzo twórcze ;-;
Od Jorah'a c.d. Irysy
Jorah westchnął ciężko, odkładając pergamin na blat stołu, i ukrył twarz w dłoniach. Jedyne, o czym teraz marzył, to możność odcięcia się od tych wszystkich spraw, które tak nagle zwaliły się na niego. Nadchodząca zima. Coraz częstsze ataki wilkorów. Kurczące się szybko zapasy. Ślub…
Ślub.
Lord przesunął dłońmi po twarzy, uniósł głowę i spojrzał w krajobraz za oknem. Śnieg przestał padać z samego rana, zdążył jednak przykryć ziemię cienką warstwą. Na głównym dziedzińcu bawiła się grupka dzieci, ich śmiech dobiegał nawet do komnaty rycerza. Mężczyzna odwrócił wzrok.
Przez dłuższą chwilę nie mógł zebrać myśli, a kiedy wreszcie mu się to udało, same powędrowały one w stronę czekającej go ceremonii. Lord Mormont nie umiał powstrzymać kolejnego westchnienia. A więc czeka cię ślub, Jorahu. Będziesz miał żonę, a może nawet i dziedzica. Czy nie na tym ci zależy – na przetrwaniu twego rodu? Na następcy, który mógłby godnie rządzić Północą, gdy ciebie zabraknie?
Ludzie zwą cię między sobą Królem Północy, panie – powiedział mu maester Gergion. – A król powinien mieć królową.
Mężczyzna poruszył się niespokojnie na mahoniowym krześle. Nigdy nie myślał w ten sposób o swej pozycji. Nigdy.
Aż do dzisiaj.
Jeźdźcy wysłani do Lady Lorienne wrócili później niż w zaistniałej sytuacji życzyłby sobie Lord. Odpowiedź jednak zaskoczyła go jeszcze bardziej – Lady Valris pragnęła spotkać się z nim, by omówić szczegóły uroczystości.
Przygotowania do wyjazdu podjęto jeszcze tego samego dnia.
Następne trzy dni były dla Joraha dość męczące. Osobiście pilnował wszystkiego i wszystkich, niemal wychodząc przy tym ze skóry. Był obecny przy podkuwaniu swego konia, ćwiczeniach straży, a nawet przygotowywaniu zapasów żywności na podróż. Robił co tylko było w jego mocy, by oderwać się od myśli o ślubie, zbliżającym się wielkimi krokami. Wiedział, że w Thesson nie będzie miał na to najmniejszej szansy, próbował więc choć odłożyć to nieco w czasie. Jego zabiegi skutkowały – ciężka praca od poranka do późnych godzin nocnych sprawiała, że w jego myślach gościły tylko i wyłącznie sprawy podróży, jej cel zaś pozostawał poza ich zasięgiem. Na razie.
<Lady Iriso? I hale no fucking idea what else could I write XD>
Od Edhelrasa c.d. Iltrana
Był wczesny poranek, gdy w kierunku lasu pognały trzy śmigłe, smukłe konie, których dosiadali mężczyźni zaopatrzeni w łuki. Przed nimi z dzikim ujadaniem biegły wielkie, szybkie i zabójcze ogary. Po dwóch godzinach poszukiwań zaczął się pościg. Psy szczekały, otaczały dużego, rozwścieczonego dzika. Zwierzę miotało się, rzucało łbem, ale psy gryzły, warczały nie dając mu uciec. Jedna ze strzał wbiła się w udo odyńca, kolejna ugodziła go w bok. Krew trysnęła na wydeptany szlak leśny. Wysoki, chudy mężczyzna o trupiobladej, smukłej twarzy i ciemnych włosach napiął łuk, zmrużył powiekę i wypuścił strzałę, która perfekcyjnie ugodziła dzika w głowę. Przebiła czaszkę powalając istotę życia. Psy jeszcze jakąś chwilę ujadały, a potem merdając ogonami otoczyło zdechłego odyńca.
-Dobry strzał!-powiedział blondwłosy łowca do Pierwszego Doradcy Królowej Alysanny.
Edhelras nie odpowiedział. Nie zszedł z konia. Skinął na młodego chłopaka, który zajął się zabraniem zdobyczy do siedziby. Zawrócili konie i skierowali się na skraje lasu. Podczas drogi psy zjeżyły się i zaskowytały, kierując pyski na zachód.
Blondyn gwizdnął na nie, chcąc już wracać.
-Czekaj-mruknął Edhelras, odwracając tam konia. Wierzchowiec pokłusował przed siebie, otoczony psami, które warczały złowrogo. Mężczyzna skrzywił się i pociągnął lejce, widząc, że naprzeciw im wychodzi młody, rudowłosy chłopak ze złą twarzą.
Doradca zmierzył go wzrokiem, uspokajając psy.
-Czego?-mruknął, patrząc z pogardą na przybłędę.
Zaraz dołączyło do niego dwóch mężczyzn. Rudy spojrzał na martwego dzika.
-Hałasujecie, płoszycie zwierzęta, a potem w bestialski sposób je zabijacie… To chore-warknął.
Edhelras spojrzał na niego jak na głupiego.
-Kim ty, kurwa, jesteś, by do mnie mówić w ten sposób?-Spojrzał na niego z góry, z pogardą, nie mając pojęcia jak zareagować. Jak śmiał?
<Iltran? Hu de fak ar ju??? xD>
-Dobry strzał!-powiedział blondwłosy łowca do Pierwszego Doradcy Królowej Alysanny.
Edhelras nie odpowiedział. Nie zszedł z konia. Skinął na młodego chłopaka, który zajął się zabraniem zdobyczy do siedziby. Zawrócili konie i skierowali się na skraje lasu. Podczas drogi psy zjeżyły się i zaskowytały, kierując pyski na zachód.
Blondyn gwizdnął na nie, chcąc już wracać.
-Czekaj-mruknął Edhelras, odwracając tam konia. Wierzchowiec pokłusował przed siebie, otoczony psami, które warczały złowrogo. Mężczyzna skrzywił się i pociągnął lejce, widząc, że naprzeciw im wychodzi młody, rudowłosy chłopak ze złą twarzą.
Doradca zmierzył go wzrokiem, uspokajając psy.
-Czego?-mruknął, patrząc z pogardą na przybłędę.
Zaraz dołączyło do niego dwóch mężczyzn. Rudy spojrzał na martwego dzika.
-Hałasujecie, płoszycie zwierzęta, a potem w bestialski sposób je zabijacie… To chore-warknął.
Edhelras spojrzał na niego jak na głupiego.
-Kim ty, kurwa, jesteś, by do mnie mówić w ten sposób?-Spojrzał na niego z góry, z pogardą, nie mając pojęcia jak zareagować. Jak śmiał?
<Iltran? Hu de fak ar ju??? xD>
Od Felsaroth'a c.d. Alysanny
-To nic. To nic…-odpowiedziałem, a potem położyłem swoją dłoń na jej gładkim, chłodnym policzku.-Uwierz mi, ja też mam czasami na to ochotę, ale ludzie nas potrzebują.
Nie mogąc się powstrzymać wplotłem palce w długie, piękne, pachnące bzem włosy kobiety, uniosłem do góry jej głowę. Zbliżyłem się do niej, a potem złożyłem na jej kształtnych, różowych wargach nieśmiały pocałunek. Było to wręcz muśnięcie wargami o wargi. Widząc, że się nie opiera kontynuowałem coraz śmielej i śmielej. Czułem słodki, rozkoszny smak jej ust, zapach jej skóry, ciepło delikatnego, gładkiego ciała. Pobudziła wszystkie moje zmysły. Zapragnąłem ją mieć. Teraz, natychmiast. Oczarowała mnie jak żadna inna. Nigdy nie czułem niczego takiego. Moja dłoń dotknęła szyi kobiety i wsunęła się pod jej koszulę. Czułem pod opuszkami palców kształt jej ciała, doskonały pod każdym względem. W jednej chwili pocałunek przestał być delikatny. Iskra wybuchła gorącym, namiętnym płomieniem. Słyszałem w uszach szum swojej krwi, oddałem się uczuciu nieważkości. Odsunąłem się na chwilę od niej mając ochotę spojrzeć w jej oczy. Rozchyliłem powieki i spojrzałem na nią. Wpatrywała się we mnie wielkimi, granatowymi oczyma, które lśniły w blasku bladego światła świecy stojącej na szafce. Nic nie mówiła. Oddychała po prostu głęboko i szybko. Popchnąłem ją lekko na łóżko i wsunąłem dłoń pod jej koszulę. Przejechałem dłonią po smukłym, cudownym brzuchu kobiety, zdarłem z niej koszulę chłonąc wzrokiem idealne proporcje jej ciała.
<Sanna?>
Nie mogąc się powstrzymać wplotłem palce w długie, piękne, pachnące bzem włosy kobiety, uniosłem do góry jej głowę. Zbliżyłem się do niej, a potem złożyłem na jej kształtnych, różowych wargach nieśmiały pocałunek. Było to wręcz muśnięcie wargami o wargi. Widząc, że się nie opiera kontynuowałem coraz śmielej i śmielej. Czułem słodki, rozkoszny smak jej ust, zapach jej skóry, ciepło delikatnego, gładkiego ciała. Pobudziła wszystkie moje zmysły. Zapragnąłem ją mieć. Teraz, natychmiast. Oczarowała mnie jak żadna inna. Nigdy nie czułem niczego takiego. Moja dłoń dotknęła szyi kobiety i wsunęła się pod jej koszulę. Czułem pod opuszkami palców kształt jej ciała, doskonały pod każdym względem. W jednej chwili pocałunek przestał być delikatny. Iskra wybuchła gorącym, namiętnym płomieniem. Słyszałem w uszach szum swojej krwi, oddałem się uczuciu nieważkości. Odsunąłem się na chwilę od niej mając ochotę spojrzeć w jej oczy. Rozchyliłem powieki i spojrzałem na nią. Wpatrywała się we mnie wielkimi, granatowymi oczyma, które lśniły w blasku bladego światła świecy stojącej na szafce. Nic nie mówiła. Oddychała po prostu głęboko i szybko. Popchnąłem ją lekko na łóżko i wsunąłem dłoń pod jej koszulę. Przejechałem dłonią po smukłym, cudownym brzuchu kobiety, zdarłem z niej koszulę chłonąc wzrokiem idealne proporcje jej ciała.
<Sanna?>
Od Jorah'a c.d. Irisy
Sir Jorah po raz trzeci przeczytał list, który pół godziny przyniósł mu chłopiec o piaskowych włosach. Musiał zrobić to jeszcze przynajmniej dwa razy, by dotarło do niego, co tak naprawdę chce usłyszeć Księżna Zachodu.
- O co chodzi, panie? - niecierpliwił się Amory Vyllar, jeden z doradców. Stał tak blisko Lorda, że niemal zaglądał mu przez ramię.
Rycerz uniósł głowę znad pergaminu i powiódł beznamiętnym wzrokiem po radzie wciąż siedzącej przy długim, dębowym stole. Oczy wszystkich były skierowane na niego.
- O ślub - rzekł głosem tak cichym, że nie był pewien, czy ktokolwiek go usłyszał. Zaraz jednak odchrząknął i przemówił pewniej, jak na władcę Północy przystało. - Lady Lorienne pragnie doprowadzić do niego przed zimą.
- Ależ to jedynie dwa miesiące, w najlepszym wypadku! - wykrzyknął Morosh Bayne, najmłodszy ze zgromadzonych. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. - Czasu jest za mało!
- Nie wyraziłem jeszcze zgody - przypomniał Lord Mormont, znów zasiadając na swym twardym, prostym tronie, surowym i pozbawionym ozdób jak całe jego królestwo. - Wciąż mogę odmówić.
- Ludzie zwą cię między sobą Królem Północy, panie - tym razem głos zabrał maester Gergion, najbardziej zaufany z doradców Joraha. - A król powinien mieć królową. Niejeden łaso patrzy na tron bez następcy.
Posłaniec przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Lord zastanawiał się, co takiego obiecała mu Lady Irisa za szybkie dostarczenie listu. Tytuły? Zaszczyty? Może najzwyczajniej w świecie górę pieniędzy i piękne włości?
Rycerz zmarkotniał. Na Wschodzie podchodzono do życia zupełnie inaczej niż na zimnej Północy. Wśród lodu, śniegu i zimnego wichru honor i tradycja były ważniejsze od zamarzniętej ziemi, a garstka wiernych ludzi cenniejsza od niejednego książęcego zamku. W tej niedostępnej krainie oddanie nieraz decydowało o życiu i śmierci.
- Amory - odezwał się po długiej ciszy, gestem przywołując mężczyznę bliżej. - Wyślesz czterech najszybszych jeźdźców do królestwa Wschodu. Wolałbym osobiście porozmawiać z Lady Lorienne, ale z braku czasu zadowolę się listem od niej.
Doradca skinął głową i opuścił salę. Sir Jorah zaś sięgnął po ryzę pergaminu, pióro i kałamarz.
- Jeśli wolno mi spytać, panie - po kilku minutach głos nieśmiało zabrał Morosh. - Czy wyrażasz zgodę na ślub.
Mężczyzna westchnął, składając podpis pod skończonym listem. W ciszy wstał, podszedł do młodego posłańca i wręczył mu zapieczętowaną wcześniej odpowiedź.
- Wybacz, chłopcze, że zmuszam cię do ruszania jeszcze dziś w drogę powrotną - dodał. - Ale sprawa jest poważna. Od ciebie może zależeć los całego kraju.
Chłopiec skłonił się i wybiegł z sali. Dopiero gdy echo jego kroków umilkło na końcu korytarza, Lord Mormont odwrócił się i spojrzał na swego najmłodszego doradcę. Na jego ustach zaigrał smutny uśmiech.
- Nie mam innego wyboru, Moroshu - odparł, wzruszając ramionami. - Nie mam innego wyboru.
<Lady Iriso? :3>
- O co chodzi, panie? - niecierpliwił się Amory Vyllar, jeden z doradców. Stał tak blisko Lorda, że niemal zaglądał mu przez ramię.
Rycerz uniósł głowę znad pergaminu i powiódł beznamiętnym wzrokiem po radzie wciąż siedzącej przy długim, dębowym stole. Oczy wszystkich były skierowane na niego.
- O ślub - rzekł głosem tak cichym, że nie był pewien, czy ktokolwiek go usłyszał. Zaraz jednak odchrząknął i przemówił pewniej, jak na władcę Północy przystało. - Lady Lorienne pragnie doprowadzić do niego przed zimą.
- Ależ to jedynie dwa miesiące, w najlepszym wypadku! - wykrzyknął Morosh Bayne, najmłodszy ze zgromadzonych. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. - Czasu jest za mało!
- Nie wyraziłem jeszcze zgody - przypomniał Lord Mormont, znów zasiadając na swym twardym, prostym tronie, surowym i pozbawionym ozdób jak całe jego królestwo. - Wciąż mogę odmówić.
- Ludzie zwą cię między sobą Królem Północy, panie - tym razem głos zabrał maester Gergion, najbardziej zaufany z doradców Joraha. - A król powinien mieć królową. Niejeden łaso patrzy na tron bez następcy.
Posłaniec przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Lord zastanawiał się, co takiego obiecała mu Lady Irisa za szybkie dostarczenie listu. Tytuły? Zaszczyty? Może najzwyczajniej w świecie górę pieniędzy i piękne włości?
Rycerz zmarkotniał. Na Wschodzie podchodzono do życia zupełnie inaczej niż na zimnej Północy. Wśród lodu, śniegu i zimnego wichru honor i tradycja były ważniejsze od zamarzniętej ziemi, a garstka wiernych ludzi cenniejsza od niejednego książęcego zamku. W tej niedostępnej krainie oddanie nieraz decydowało o życiu i śmierci.
- Amory - odezwał się po długiej ciszy, gestem przywołując mężczyznę bliżej. - Wyślesz czterech najszybszych jeźdźców do królestwa Wschodu. Wolałbym osobiście porozmawiać z Lady Lorienne, ale z braku czasu zadowolę się listem od niej.
Doradca skinął głową i opuścił salę. Sir Jorah zaś sięgnął po ryzę pergaminu, pióro i kałamarz.
- Jeśli wolno mi spytać, panie - po kilku minutach głos nieśmiało zabrał Morosh. - Czy wyrażasz zgodę na ślub.
Mężczyzna westchnął, składając podpis pod skończonym listem. W ciszy wstał, podszedł do młodego posłańca i wręczył mu zapieczętowaną wcześniej odpowiedź.
- Wybacz, chłopcze, że zmuszam cię do ruszania jeszcze dziś w drogę powrotną - dodał. - Ale sprawa jest poważna. Od ciebie może zależeć los całego kraju.
Chłopiec skłonił się i wybiegł z sali. Dopiero gdy echo jego kroków umilkło na końcu korytarza, Lord Mormont odwrócił się i spojrzał na swego najmłodszego doradcę. Na jego ustach zaigrał smutny uśmiech.
- Nie mam innego wyboru, Moroshu - odparł, wzruszając ramionami. - Nie mam innego wyboru.
<Lady Iriso? :3>
Od Eilistraee C.D Caspaina
Widziała w nim ciemność. Ciemność i siłę a to nie było zazwyczaj dobrym połączeniem.
Wyszła z sali. Sunęła niczym cień. I poczuła znajome uczucie bycia obserwowaną. Przez znajomą personę.
Tym razem nie miała zamiaru z nim grać i udawać, że go nie widzi. Tajemniczy ruch dłonią i Lord Caspain leżał na ziemi. Kolejny ruch i zaczął krzyczeć.
-Przestań!-byli zbyt daleko sali by ktokolwiek mógł go usłyszeć. A nawet jeśli byliby blisko, wewnątrz panował gwar skutecznie go zagłuszający. Przycisnęła go nogą jeszcze mocniej zimnej posadzki.
-Być może na inne kobiety działa śledzenie ich w mroku.-wyszeptała spokojnie.-Być może. Lecz nie na mnie, Lordzie. Ja jestem kobietą innego rodzaju. Mogłabym Cię teraz zabić. Mogłabym schować Twoje martwe ciało. Mogłabym misternie upozorować to na nieszczęśliwy wypadek. Mogłabym, ale daruję Ci.
-Kim Ty do cholery jesteś?-patrzał na nią. Szok mieszał się z furią.
-Przynoszącą światło.-pozwoliła mu wstać.
Odwróciła się na pięcie i powolnym krokiem ruszyła w stronę swojej komnaty. Nie przeszła zbyt dużego dystansu, coś z wielką siłą powaliło ją na podłogę. Rudowłosy mężczyzna w ułamku sekundy znalazł się nad nią ze sztyletem w ręce. Miała szansę skręcić mu teraz kark. Wolała jednak chwilę go jeszcze podrażnić.
-Czyżby Twoja siostra, Lordzie, nie zabrała Ci wszystkich zabawek?-uśmiechnęła się kpiąco.-Niczym małe dziecko. Uważaj Panie, sądzę, że ten nożyk jest ostry. Idealny do dłubania w zębach.
Poczuła chłód stali na swojej szyi. Uśmiech nie schodził z jej ust.
Dotknęła jego włosów. Przypominały jej płomień, czerwień, kolor zła. Jej dłoń zsunęła się na jego twarz. Patrzała na mężczyznę swoimi chłodnymi oczami, niemalże zaglądając w jego duszę. Nie robiło to jednak na nim najmniejszego wrażenia. Dłoń kobiety nadal dotykała jego twarzy a jego ostrze nadal znajdowało się na wysokości jej szyi. Jeden niefortunny ruch i skończy z poderżniętym gardłem.
<Caspain?>
Wyszła z sali. Sunęła niczym cień. I poczuła znajome uczucie bycia obserwowaną. Przez znajomą personę.
Tym razem nie miała zamiaru z nim grać i udawać, że go nie widzi. Tajemniczy ruch dłonią i Lord Caspain leżał na ziemi. Kolejny ruch i zaczął krzyczeć.
-Przestań!-byli zbyt daleko sali by ktokolwiek mógł go usłyszeć. A nawet jeśli byliby blisko, wewnątrz panował gwar skutecznie go zagłuszający. Przycisnęła go nogą jeszcze mocniej zimnej posadzki.
-Być może na inne kobiety działa śledzenie ich w mroku.-wyszeptała spokojnie.-Być może. Lecz nie na mnie, Lordzie. Ja jestem kobietą innego rodzaju. Mogłabym Cię teraz zabić. Mogłabym schować Twoje martwe ciało. Mogłabym misternie upozorować to na nieszczęśliwy wypadek. Mogłabym, ale daruję Ci.
-Kim Ty do cholery jesteś?-patrzał na nią. Szok mieszał się z furią.
-Przynoszącą światło.-pozwoliła mu wstać.
Odwróciła się na pięcie i powolnym krokiem ruszyła w stronę swojej komnaty. Nie przeszła zbyt dużego dystansu, coś z wielką siłą powaliło ją na podłogę. Rudowłosy mężczyzna w ułamku sekundy znalazł się nad nią ze sztyletem w ręce. Miała szansę skręcić mu teraz kark. Wolała jednak chwilę go jeszcze podrażnić.
-Czyżby Twoja siostra, Lordzie, nie zabrała Ci wszystkich zabawek?-uśmiechnęła się kpiąco.-Niczym małe dziecko. Uważaj Panie, sądzę, że ten nożyk jest ostry. Idealny do dłubania w zębach.
Poczuła chłód stali na swojej szyi. Uśmiech nie schodził z jej ust.
Dotknęła jego włosów. Przypominały jej płomień, czerwień, kolor zła. Jej dłoń zsunęła się na jego twarz. Patrzała na mężczyznę swoimi chłodnymi oczami, niemalże zaglądając w jego duszę. Nie robiło to jednak na nim najmniejszego wrażenia. Dłoń kobiety nadal dotykała jego twarzy a jego ostrze nadal znajdowało się na wysokości jej szyi. Jeden niefortunny ruch i skończy z poderżniętym gardłem.
<Caspain?>
Od Eony C.D Argony
Ten Eskulap jest walniętym dziadem, ale nie zaprzeczę, że medykiem jest dobrym. Teraz wszystkie moje obawy zniknęły. Noga wyglądała dobrze.
- Dziękuję za pomoc
- Nie, to ja dziękuję za pomoc przy eksperymencie...
Mina mi zrzedła.
- Nie rozumiem...
Argona poruszyła się nerwowo.
- Ja chyba wiem o co chodzi
Obróciłam się w jej stronę i uniosłam brew.
- Możesz mi zatem wyjaśnić?
Argona kiwnęła głową.
- Staruszek miał na myśli, że zostałaś podanna eksperymentowi, który nie był jeszcze testowany na ludziach - powiedziała odważnie - Musimy trochę zaczekać, aż będą widoczne jakieś ślady.
- Dokładniej rzecz biorąc, jest to płyn, który ma wywołać ukryte zdolności, talenty...
- W jakim stopniu jestem zagrożona?
Eskalup potarł czoło.
- Myślę, że to 3 stopień
- A ile ich jest?
Staruszek zmierzchwił sobie włosy.
- Są DWA
Szczęka mi opadła.
- Nie przejmuj się, jak nie wypali, to albo to z ciebie wyparuje, albo się
przekręcisz.
- Wiesz, ja wcale nie poczułam się lepiej.
- Lady Eono, może zostaniesz obdarowana magicznym tale...
- I ty w to wierzysz? W magię!?
Szlak! Co on sobie myśli? Zdenerwowana wstałam z kozetki i ruszyłam w jego stronę. Odrzuciłam przy tym stół, przy którym siedział i stanęłam przed nim.
- Niesamowite... - szeptał i coś notował.
Tego było za wiele. Złapałam go za kitel i uniosłam do góry. Nie był przestraszony, raczej zafascynowany.
- Co cię tak bawi!? - wysyczałam.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie widzisz? Jakim cudem panienka może odrzucić stół i podnieść cięższego od siebie mężczyznę? Zyskała pani ogromną siłę w tak, krótkim czasie!
Postawiłam Eskulapa na ziemię. Miał rację. To podwyższyło moje zdolności.
- Eskulapie, masz się przenieść do innego pokoju i zacząć wytwarzać tą substancję. Argono ty przynieś mi listę z wszystkimi służącymi w tej rezydencji. Każda osoba ma podpisać się obok,a i jeszcze przyślij mi tu nadwornego stajennego oraz kanclerza. Argono zostaniesz moją prawą ręką oraz nadwornym najemnikiem i zabójcą.
Argona zadowolona, pośpiesznie udała się w poszukiwaniu służby.
Teraz zaczynały się lepsze czasy. Czasy Lady Eony.
<Argona?>
- Dziękuję za pomoc
- Nie, to ja dziękuję za pomoc przy eksperymencie...
Mina mi zrzedła.
- Nie rozumiem...
Argona poruszyła się nerwowo.
- Ja chyba wiem o co chodzi
Obróciłam się w jej stronę i uniosłam brew.
- Możesz mi zatem wyjaśnić?
Argona kiwnęła głową.
- Staruszek miał na myśli, że zostałaś podanna eksperymentowi, który nie był jeszcze testowany na ludziach - powiedziała odważnie - Musimy trochę zaczekać, aż będą widoczne jakieś ślady.
- Dokładniej rzecz biorąc, jest to płyn, który ma wywołać ukryte zdolności, talenty...
- W jakim stopniu jestem zagrożona?
Eskalup potarł czoło.
- Myślę, że to 3 stopień
- A ile ich jest?
Staruszek zmierzchwił sobie włosy.
- Są DWA
Szczęka mi opadła.
- Nie przejmuj się, jak nie wypali, to albo to z ciebie wyparuje, albo się
przekręcisz.
- Wiesz, ja wcale nie poczułam się lepiej.
- Lady Eono, może zostaniesz obdarowana magicznym tale...
- I ty w to wierzysz? W magię!?
Szlak! Co on sobie myśli? Zdenerwowana wstałam z kozetki i ruszyłam w jego stronę. Odrzuciłam przy tym stół, przy którym siedział i stanęłam przed nim.
- Niesamowite... - szeptał i coś notował.
Tego było za wiele. Złapałam go za kitel i uniosłam do góry. Nie był przestraszony, raczej zafascynowany.
- Co cię tak bawi!? - wysyczałam.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie widzisz? Jakim cudem panienka może odrzucić stół i podnieść cięższego od siebie mężczyznę? Zyskała pani ogromną siłę w tak, krótkim czasie!
Postawiłam Eskulapa na ziemię. Miał rację. To podwyższyło moje zdolności.
- Eskulapie, masz się przenieść do innego pokoju i zacząć wytwarzać tą substancję. Argono ty przynieś mi listę z wszystkimi służącymi w tej rezydencji. Każda osoba ma podpisać się obok,a i jeszcze przyślij mi tu nadwornego stajennego oraz kanclerza. Argono zostaniesz moją prawą ręką oraz nadwornym najemnikiem i zabójcą.
Argona zadowolona, pośpiesznie udała się w poszukiwaniu służby.
Teraz zaczynały się lepsze czasy. Czasy Lady Eony.
<Argona?>
Od Caspaina C.D Eilistraee
Spojrzenie siostry wyczułem momentalnie. Cofnąłem się o krok, uwalniając Eilistraee.
- Nie igraj ze mną, kapłanko - wyszeptałem jej do ucha. - Igraszki w moim przypadku sprawdzają się tylko w formie nocnych przygód lub tortur. Wątpię, by którakolwiek opcja Cię interesowała - mruknąłem i ruszyłem w stronę stołu, przy którym siedziała Irisa, a tuż obok niej Olyvar. To właśnie Czerwona Wdowa rozdzielała naszą dwójkę.
- Fakt, że jestem kapłanką, nie zmusza mnie do zachowania czystości, mój Lordzie - usłyszałem za swoimi plecami. Uniosłem kąciki ust, ale się nie zatrzymałem. Enna byłaby zadowolona, mogąc liczyć na trójkąt. Jeden tylko był problem. Irisa kategorycznie zabroniła Ennie wstępu na zamek, więc nie zabrałem jej ze sobą.
- Nóż - Irisa wyciągnęła dłoń w moją stronę.
- Gdybym chciał, mógłbym zabić gołymi rękoma, siostrzyczko - sprzeciwiłem się.
- Ale nożem zrobisz to szybciej. Oddaj go - pozostała nieugięta. Westchnąłem ciężko i wyciągnąłem zza pasa długi, zakrzywiony nóż myśliwski z wyrzeźbionym na rękojeści dwugłowym wężem, który otrzymałem jeszcze z rąk mojego ojca, Laverne' a, w wieku kilku lat. To właśnie nim dobiłem tamtego pamiętnego dnia chłopca stajennego. Położyłem go przed Irisą. Od czasu, gdy zamordowałem jej męża, pilnowała mnie na każdej uroczystości, w której brało udział więcej niż pięć osób. Mimo to, nigdy nie otrzymywała całej broni, jaką miałem przy sobie. O ukrytych sztyletach czy innych narzędziach, po prostu nie wiedziała. Nalałem sobie ponownie wina i usiadłem obok niej. Zewsząd dobiegał śmiech, muzyka, szum prowadzonych rozmów. Uniosłem kąciki ust, widząc wpatrzoną we mnie damę dworu Irisy. Dziewczyna była urodziwa; jej kruczoczarne włosy kontrastowały z jasną cerą i dużymi, fiołkowymi oczyma. Rozejrzałem się po sali i dostrzegłem czyjeś spojrzenie. Eilistraee. Kapłanka stała na uboczu, w połowie osłonięta cieniem, ale oboje doskonale widzieliśmy swoje oczy. Uśmiechnąłem się szerzej i kciukiem przesunąłem po dolnej wardze. Nie spędzę tej nocy samotnie.
(Eilistraee?)
- Nie igraj ze mną, kapłanko - wyszeptałem jej do ucha. - Igraszki w moim przypadku sprawdzają się tylko w formie nocnych przygód lub tortur. Wątpię, by którakolwiek opcja Cię interesowała - mruknąłem i ruszyłem w stronę stołu, przy którym siedziała Irisa, a tuż obok niej Olyvar. To właśnie Czerwona Wdowa rozdzielała naszą dwójkę.
- Fakt, że jestem kapłanką, nie zmusza mnie do zachowania czystości, mój Lordzie - usłyszałem za swoimi plecami. Uniosłem kąciki ust, ale się nie zatrzymałem. Enna byłaby zadowolona, mogąc liczyć na trójkąt. Jeden tylko był problem. Irisa kategorycznie zabroniła Ennie wstępu na zamek, więc nie zabrałem jej ze sobą.
- Nóż - Irisa wyciągnęła dłoń w moją stronę.
- Gdybym chciał, mógłbym zabić gołymi rękoma, siostrzyczko - sprzeciwiłem się.
- Ale nożem zrobisz to szybciej. Oddaj go - pozostała nieugięta. Westchnąłem ciężko i wyciągnąłem zza pasa długi, zakrzywiony nóż myśliwski z wyrzeźbionym na rękojeści dwugłowym wężem, który otrzymałem jeszcze z rąk mojego ojca, Laverne' a, w wieku kilku lat. To właśnie nim dobiłem tamtego pamiętnego dnia chłopca stajennego. Położyłem go przed Irisą. Od czasu, gdy zamordowałem jej męża, pilnowała mnie na każdej uroczystości, w której brało udział więcej niż pięć osób. Mimo to, nigdy nie otrzymywała całej broni, jaką miałem przy sobie. O ukrytych sztyletach czy innych narzędziach, po prostu nie wiedziała. Nalałem sobie ponownie wina i usiadłem obok niej. Zewsząd dobiegał śmiech, muzyka, szum prowadzonych rozmów. Uniosłem kąciki ust, widząc wpatrzoną we mnie damę dworu Irisy. Dziewczyna była urodziwa; jej kruczoczarne włosy kontrastowały z jasną cerą i dużymi, fiołkowymi oczyma. Rozejrzałem się po sali i dostrzegłem czyjeś spojrzenie. Eilistraee. Kapłanka stała na uboczu, w połowie osłonięta cieniem, ale oboje doskonale widzieliśmy swoje oczy. Uśmiechnąłem się szerzej i kciukiem przesunąłem po dolnej wardze. Nie spędzę tej nocy samotnie.
(Eilistraee?)
Od Irisy C.D Joraha
Uniosłam kąciki ust, wzdychając cicho. Spodziewałam się właśnie takiej odpowiedzi Sir Joraha. Północ, Wschód, a także znaczące wpływy na Zachodzie dawały szansę na zjednoczenie Czterech Królestw. Moim zadaniem w tym małżeństwie było tylko urodzenie władcy Północy syna, dziedzica tronu.
- Dobrze się spisałeś, chłopcze - zwróciłam się do stojącego przede mną Branena. - Masz rodzinę?
- Matkę oraz dwóch starszych braci, Pani. Ojciec zmarł rok temu w wyniku gorączki - wyjaśnił szybko. Jego wzrok powędrował w stronę stołu, na którym czekała na mnie kolacja.
- Branenie, siadaj i jedz - wskazałam na krzesło. - Ty potrzebujesz posiłku w tej chwili znacznie bardziej niż ja.
- Ależ Pani..
- Jedz - przerwałam mu i wróciłam do ponownego czytania listu. A zatem ślub. Westchnęłam i wstałam ze swojego łoża. Podeszłam do stołu, siadając obok błyskawicznie pochłaniającego mięso pieczonej kaczki chłopca.
- Wraz ze swoją matką i rodzeństwem przeniesiecie się na zamek - oznajmiłam. - Czym zajmują się Twoi bracia?
- Najstarszy, Atos, jest kowalem, a średni, Roth, uczy się sztuki czytania i pisania. Moja matka potrafi sprzątać i gotować - zapewnił szybko. Na jego policzkach pojawiły się wspaniałe rumieńce.
- W takim razie Atos zacznie pracować w mojej kuźni, a Roth rozpocznie pobieranie nauk u maestra Godwina. Nie martw się też o swoją matkę, na zamku potrzebne jest wiele rąk do pracy - uśmiechnęłam się do złotowłosego kilkunastolatka. - A Ty, Branenie, dołączysz do grona moich posłańców. Tak mogę Ci wynagrodzić Twoje tak szybkie i skuteczne dostarczenie tych listów.
- Pani, moja rodzina będzie zaszczycona - chłopiec odepchnął krzesło, na którym siedział i padł przede mną na kolana. Pokręciłam z rozbawieniem głową.
- Wstań i skończ jeść, jak przystoi wychowanemu Thessończykowi - pouczyłam go. Branen mrugnął kilkakrotnie, jakby nie zrozumiał co do niego mówię. Poklepałam go po ramieniu i wstałam, poprawiając moją szmaragdową suknię.
- Masilla się Tobą dzisiaj zajmie, Branenie. Z samego rana wyślemy..
- A co będzie robił w nocy? - znienacka przerwał mi głos brata. Odwróciłam się w stronę okna. Rudowłosy, młody mężczyzna stał przy oknie, schowany w cieniu. Bezszelestnie wtargnął do środka mojej komnaty.
- Caspain! - spojrzałam na niego gniewnie. - Na pewno nie spędzi jej z Tobą. Dlaczego mnie przestraszyłeś?
- Mogłaś zamknąć okno - zauważył beztrosko. Podszedł bliżej, ukazując się w blasku świec. - Czemu nie spędzi? Ładną ma twarzyczkę.
- Nie spędzi, ponieważ ma nie więcej niż dwanaście lat, a ja nie zamierzam pozwolić na znęcanie się nad dzieckiem pod moim dachem - powiedziałam. - Co nie dociera do moich uszu jest Ci wybaczone, ale gdy dowiem się o..
- Iriso - Caspain rozłożył szeroko ręce i objął mnie. - Nie zamierzam skrzywdzić żadnego dziecka podczas pobytu na Twoim zamku. Obiecuję.
- I obyś tej obietnicy nie złamał - ostrzegłam. - Branenie, wybacz mojemu bratu ten.. Żart. Mówisz, że Sir Jorah wysłał czterech jeźdźców do mojej matki?
- Tak, Pani - Branen nieśmiało spoglądał na Caspaina.
- Więc zamierza faktycznie zdążyć ze ślubem przed zimą - stwierdziłam. - Dziękuję, chłopcze. Idź, odszukaj Masillę i powiedz, że przysłałam Cię do niej - posłałam mu łagodny uśmiech. Odczekałam chwilę, aż zamknęły się za Branenem drzwi od mojej komnaty. - Mam niewiele czasu na wybranie swoich namiestników. Zamierzam pół roku spędzać na Północy, wraz z mężem, a kolejne pół na swoich ziemiach. Nie rozstanę się z nimi. Jak myślisz, Caspainie, gdzie ja znajdę troje tak zaufanych ludzi?
- Ciebie nikt nie zdradzi, siostrzyczko. O to nie musisz się martwić, zapewniam Cię - roześmiał się. Po moim ciele przeszedł dreszcz. Słowa Caspaina zawsze powinno się dwojako interpretować.
- Może masz rację. Nie powinnam się tym na razie przejmować. Trzeba czekać na list od naszej matki.
(Sir Jorahu? Piszmy do siebie listy :3)
- Dobrze się spisałeś, chłopcze - zwróciłam się do stojącego przede mną Branena. - Masz rodzinę?
- Matkę oraz dwóch starszych braci, Pani. Ojciec zmarł rok temu w wyniku gorączki - wyjaśnił szybko. Jego wzrok powędrował w stronę stołu, na którym czekała na mnie kolacja.
- Branenie, siadaj i jedz - wskazałam na krzesło. - Ty potrzebujesz posiłku w tej chwili znacznie bardziej niż ja.
- Ależ Pani..
- Jedz - przerwałam mu i wróciłam do ponownego czytania listu. A zatem ślub. Westchnęłam i wstałam ze swojego łoża. Podeszłam do stołu, siadając obok błyskawicznie pochłaniającego mięso pieczonej kaczki chłopca.
- Wraz ze swoją matką i rodzeństwem przeniesiecie się na zamek - oznajmiłam. - Czym zajmują się Twoi bracia?
- Najstarszy, Atos, jest kowalem, a średni, Roth, uczy się sztuki czytania i pisania. Moja matka potrafi sprzątać i gotować - zapewnił szybko. Na jego policzkach pojawiły się wspaniałe rumieńce.
- W takim razie Atos zacznie pracować w mojej kuźni, a Roth rozpocznie pobieranie nauk u maestra Godwina. Nie martw się też o swoją matkę, na zamku potrzebne jest wiele rąk do pracy - uśmiechnęłam się do złotowłosego kilkunastolatka. - A Ty, Branenie, dołączysz do grona moich posłańców. Tak mogę Ci wynagrodzić Twoje tak szybkie i skuteczne dostarczenie tych listów.
- Pani, moja rodzina będzie zaszczycona - chłopiec odepchnął krzesło, na którym siedział i padł przede mną na kolana. Pokręciłam z rozbawieniem głową.
- Wstań i skończ jeść, jak przystoi wychowanemu Thessończykowi - pouczyłam go. Branen mrugnął kilkakrotnie, jakby nie zrozumiał co do niego mówię. Poklepałam go po ramieniu i wstałam, poprawiając moją szmaragdową suknię.
- Masilla się Tobą dzisiaj zajmie, Branenie. Z samego rana wyślemy..
- A co będzie robił w nocy? - znienacka przerwał mi głos brata. Odwróciłam się w stronę okna. Rudowłosy, młody mężczyzna stał przy oknie, schowany w cieniu. Bezszelestnie wtargnął do środka mojej komnaty.
- Caspain! - spojrzałam na niego gniewnie. - Na pewno nie spędzi jej z Tobą. Dlaczego mnie przestraszyłeś?
- Mogłaś zamknąć okno - zauważył beztrosko. Podszedł bliżej, ukazując się w blasku świec. - Czemu nie spędzi? Ładną ma twarzyczkę.
- Nie spędzi, ponieważ ma nie więcej niż dwanaście lat, a ja nie zamierzam pozwolić na znęcanie się nad dzieckiem pod moim dachem - powiedziałam. - Co nie dociera do moich uszu jest Ci wybaczone, ale gdy dowiem się o..
- Iriso - Caspain rozłożył szeroko ręce i objął mnie. - Nie zamierzam skrzywdzić żadnego dziecka podczas pobytu na Twoim zamku. Obiecuję.
- I obyś tej obietnicy nie złamał - ostrzegłam. - Branenie, wybacz mojemu bratu ten.. Żart. Mówisz, że Sir Jorah wysłał czterech jeźdźców do mojej matki?
- Tak, Pani - Branen nieśmiało spoglądał na Caspaina.
- Więc zamierza faktycznie zdążyć ze ślubem przed zimą - stwierdziłam. - Dziękuję, chłopcze. Idź, odszukaj Masillę i powiedz, że przysłałam Cię do niej - posłałam mu łagodny uśmiech. Odczekałam chwilę, aż zamknęły się za Branenem drzwi od mojej komnaty. - Mam niewiele czasu na wybranie swoich namiestników. Zamierzam pół roku spędzać na Północy, wraz z mężem, a kolejne pół na swoich ziemiach. Nie rozstanę się z nimi. Jak myślisz, Caspainie, gdzie ja znajdę troje tak zaufanych ludzi?
- Ciebie nikt nie zdradzi, siostrzyczko. O to nie musisz się martwić, zapewniam Cię - roześmiał się. Po moim ciele przeszedł dreszcz. Słowa Caspaina zawsze powinno się dwojako interpretować.
- Może masz rację. Nie powinnam się tym na razie przejmować. Trzeba czekać na list od naszej matki.
(Sir Jorahu? Piszmy do siebie listy :3)
Od Theona
Gałąź jest twarda i niewygodna, ale nie mam ochoty z niej schodzić.
Strażnicy kręcą się w dole, myszkując między krzakami i zaglądając w każdy kąt, a ja mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Wyglądają jak zdezorientowane kurczaki wypuszczone na nowy wybieg. Jeden z nich właśnie przechodzi dokładnie pod moją kryjówką, ale nawet nie zerka w moją stronę. Zabawne, że ludzie tak rzadko patrzą w górę.
Chyba cieszę się coraz większą sławą, bo coraz więcej żołnierzy mnie szuka. Cóż, taki urok bycia przestępcą do wynajęcia – nie ważne, jak dobrze nie odwalisz swojej roboty, i tak chcą cię zaszlachtować.
Strażnicy przeczesują brzeg lasu jeszcze przez chwilę, a potem odpuszczają. Widocznie mają na głowie ważniejsze rzeczy od szukania jakiegoś tam złodziejaszka. Złodziejaszka? Tak, chciałoby się. Jestem najemnikiem na skale całego królestwa, a nie podrzędnym wiejskim rabusiem.
Siedzę na gałęzi jeszcze dobry kwadrans, nie mając odwagi poruszyć choćby małym palcem. Wiatr szepcze w liściach wokół mnie. Dopiero kiedy upewniam się, że żołdacy naprawdę odeszli, złażę z drzewa. Kryjówka była dobra; bujna korona drzewa zasłaniała mnie niemal w całości, a ciemne ubranie pozwalało zlać się w jedno z korą na pniu, do którego przywarłem tak ściśle, że niemal czułem się jego częścią.
O tak. W ukrywaniu się nie mam sobie równych. Mógłbym skryć się w cieniu południowego słońca, a i tak nikt by mnie nie znalazł. Sztuka kamuflażu opanowana do perfekcji.
Otrzepuję skórzaną kamizelkę, rozglądając się czujnie. Nie mam ochoty na zabawę z jakimś przypadkowym patrolem, szczególnie teraz, kiedy nie mam konia. Moja dłoń odruchowo wędruje do sakwy przytroczonej do pasa. Sakwy pełnej złota. Uśmiecham się mimowolnie. Może nie mam konia, ale za to mam za co go kupić. Z zadowoleniem ruszam między drzewami.
***
Siedzę przy obdrapanym stole w podrzędnej karczmie skupiającej nienajznamienitsze osobistości. Za oknem powoli zapada zmrok. Uśmiech wpływa na moją twarz, skrytą w cieniu kaptura. Noc jest porą mojej pracy. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Nie przeszkadza mi to. Wśród mroku czuję się jak drapieżca czyhający na błąd ofiary, okazję, by zaatakować.
Właściwie takie okazje trafiają się na każdym kroku. Trzeba tylko umieć je wykorzystać.
A ja umiem. Nie tylko nocą.
Przetaczam między palcami niedużą monetę. W nikłym świetle świec metal wydaje się matowy i niemal bezwartościowy, niewarty zachodu, ale ja wiem, że tak nie jest. To jeden z moich ostatnich łupów. Moneta z wyjątkowo rzadkiego kruszcu, niespotykanego po tej stronie morza. Dobrze mi za nią zapłacą.
Mija więcej niż godzina nim wstaję i wychodzę na zewnątrz. Chłodne, nocne powietrze jest przyjemną odmianą po smrodzie i zaduchu panującym w tej pijackiej spelunie, w której spędziłem ostatnie godziny. Niebo jest niemal całkowicie czarne – nie świeci ani jedna gwiazda, wszystkie przysłoniły ciężkie chmury przygnane wiatrem. Nawet cienki sierp księżyca nie rozświetla mroku.
Z uśmiechem nurkuję w ciemność. To mój czas.
***
Coś robię źle. Tylko nie wiem jeszcze co.
Trzymający mnie mężczyzna wykręca mi ręce do tyłu tak mocno, że w oczach stają mi łzy bólu. Drugi, stojący przede mną, uśmiecha się szeroko, jakby chciał pokazać całemu światu swoje luki między zębami, i z całej siły wali mnie pięścią w brzuch. Obaj zdają się świetnie bawić.
W przeciwieństwie do mnie.
Wydaję z siebie głuchy jęk, kiedy pięść szczerbatego zbira trafia mnie prosto w żołądek, a potem w twarz. Usta wypełnia mi krew, krew cieknie z nosa, krew kapie na ziemię. Tylko krew, krew, krew. Spluwam i charczę, chcąc się jej pozbyć, ale to nic nie daje – z każdym kolejnym ciosem jest jej jeszcze więcej.
- Przestań! – próbuję się wyrwać, próbuję kopać, szarpać, drapać, nawet gryźć. – Przestań, do jasnej cholery! Nic nie zrobiłem!
- Och, nic nie zrobiłeś! – grubas trzymający mnie w żelaznym uścisku zanosi się chrapliwym śmiechem. – Oczywiście. Taki jesteś niewinny, taki czyściutki. Przecież to na pewno nie ty próbowałeś nas okraść, prawda? Musieliśmy cię z kimś pomylić.
Chcę odpowiedzieć, że tak, na pewno właśnie tak musiało być, ale kolejny cios w brzuch pozbawia mnie tchu. Ograniczam się więc do jęczenia i rozpaczliwych próbach zachowania przytomności.
Po kolejnych trzech uderzeniach w żebra stwierdzam, że próba okradzenia tej dwójki była największym błędem, jaki popełniłem w ostatnim tygodniu.
Oczy mnie szczypią od powstrzymywanych łez, przełyk pali od podchodzącej do gardła zawartości żołądka, a nos, żebra i ogólnie całe ciało pulsuje bólem, który ledwo mogę znieść.
Już prawie omdlewam, kiedy nadchodzi pomoc. Dłonie trzymające mnie od tyłu znikają, tak samo jak te, które atakują mnie z przodu. Wreszcie, myślę, osuwając się na ziemię i pozwalając sobie na porządne rzygnięcie. Wreszcie.
<Tajemnicza pomocy?>
Strażnicy kręcą się w dole, myszkując między krzakami i zaglądając w każdy kąt, a ja mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Wyglądają jak zdezorientowane kurczaki wypuszczone na nowy wybieg. Jeden z nich właśnie przechodzi dokładnie pod moją kryjówką, ale nawet nie zerka w moją stronę. Zabawne, że ludzie tak rzadko patrzą w górę.
Chyba cieszę się coraz większą sławą, bo coraz więcej żołnierzy mnie szuka. Cóż, taki urok bycia przestępcą do wynajęcia – nie ważne, jak dobrze nie odwalisz swojej roboty, i tak chcą cię zaszlachtować.
Strażnicy przeczesują brzeg lasu jeszcze przez chwilę, a potem odpuszczają. Widocznie mają na głowie ważniejsze rzeczy od szukania jakiegoś tam złodziejaszka. Złodziejaszka? Tak, chciałoby się. Jestem najemnikiem na skale całego królestwa, a nie podrzędnym wiejskim rabusiem.
Siedzę na gałęzi jeszcze dobry kwadrans, nie mając odwagi poruszyć choćby małym palcem. Wiatr szepcze w liściach wokół mnie. Dopiero kiedy upewniam się, że żołdacy naprawdę odeszli, złażę z drzewa. Kryjówka była dobra; bujna korona drzewa zasłaniała mnie niemal w całości, a ciemne ubranie pozwalało zlać się w jedno z korą na pniu, do którego przywarłem tak ściśle, że niemal czułem się jego częścią.
O tak. W ukrywaniu się nie mam sobie równych. Mógłbym skryć się w cieniu południowego słońca, a i tak nikt by mnie nie znalazł. Sztuka kamuflażu opanowana do perfekcji.
Otrzepuję skórzaną kamizelkę, rozglądając się czujnie. Nie mam ochoty na zabawę z jakimś przypadkowym patrolem, szczególnie teraz, kiedy nie mam konia. Moja dłoń odruchowo wędruje do sakwy przytroczonej do pasa. Sakwy pełnej złota. Uśmiecham się mimowolnie. Może nie mam konia, ale za to mam za co go kupić. Z zadowoleniem ruszam między drzewami.
***
Siedzę przy obdrapanym stole w podrzędnej karczmie skupiającej nienajznamienitsze osobistości. Za oknem powoli zapada zmrok. Uśmiech wpływa na moją twarz, skrytą w cieniu kaptura. Noc jest porą mojej pracy. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Nie przeszkadza mi to. Wśród mroku czuję się jak drapieżca czyhający na błąd ofiary, okazję, by zaatakować.
Właściwie takie okazje trafiają się na każdym kroku. Trzeba tylko umieć je wykorzystać.
A ja umiem. Nie tylko nocą.
Przetaczam między palcami niedużą monetę. W nikłym świetle świec metal wydaje się matowy i niemal bezwartościowy, niewarty zachodu, ale ja wiem, że tak nie jest. To jeden z moich ostatnich łupów. Moneta z wyjątkowo rzadkiego kruszcu, niespotykanego po tej stronie morza. Dobrze mi za nią zapłacą.
Mija więcej niż godzina nim wstaję i wychodzę na zewnątrz. Chłodne, nocne powietrze jest przyjemną odmianą po smrodzie i zaduchu panującym w tej pijackiej spelunie, w której spędziłem ostatnie godziny. Niebo jest niemal całkowicie czarne – nie świeci ani jedna gwiazda, wszystkie przysłoniły ciężkie chmury przygnane wiatrem. Nawet cienki sierp księżyca nie rozświetla mroku.
Z uśmiechem nurkuję w ciemność. To mój czas.
***
Coś robię źle. Tylko nie wiem jeszcze co.
Trzymający mnie mężczyzna wykręca mi ręce do tyłu tak mocno, że w oczach stają mi łzy bólu. Drugi, stojący przede mną, uśmiecha się szeroko, jakby chciał pokazać całemu światu swoje luki między zębami, i z całej siły wali mnie pięścią w brzuch. Obaj zdają się świetnie bawić.
W przeciwieństwie do mnie.
Wydaję z siebie głuchy jęk, kiedy pięść szczerbatego zbira trafia mnie prosto w żołądek, a potem w twarz. Usta wypełnia mi krew, krew cieknie z nosa, krew kapie na ziemię. Tylko krew, krew, krew. Spluwam i charczę, chcąc się jej pozbyć, ale to nic nie daje – z każdym kolejnym ciosem jest jej jeszcze więcej.
- Przestań! – próbuję się wyrwać, próbuję kopać, szarpać, drapać, nawet gryźć. – Przestań, do jasnej cholery! Nic nie zrobiłem!
- Och, nic nie zrobiłeś! – grubas trzymający mnie w żelaznym uścisku zanosi się chrapliwym śmiechem. – Oczywiście. Taki jesteś niewinny, taki czyściutki. Przecież to na pewno nie ty próbowałeś nas okraść, prawda? Musieliśmy cię z kimś pomylić.
Chcę odpowiedzieć, że tak, na pewno właśnie tak musiało być, ale kolejny cios w brzuch pozbawia mnie tchu. Ograniczam się więc do jęczenia i rozpaczliwych próbach zachowania przytomności.
Po kolejnych trzech uderzeniach w żebra stwierdzam, że próba okradzenia tej dwójki była największym błędem, jaki popełniłem w ostatnim tygodniu.
Oczy mnie szczypią od powstrzymywanych łez, przełyk pali od podchodzącej do gardła zawartości żołądka, a nos, żebra i ogólnie całe ciało pulsuje bólem, który ledwo mogę znieść.
Już prawie omdlewam, kiedy nadchodzi pomoc. Dłonie trzymające mnie od tyłu znikają, tak samo jak te, które atakują mnie z przodu. Wreszcie, myślę, osuwając się na ziemię i pozwalając sobie na porządne rzygnięcie. Wreszcie.
<Tajemnicza pomocy?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)

