wtorek, 22 kwietnia 2014

Od Joraha c.d. Cassandry


Sir Jorah nigdy nie był szczególnie zadowolony z konieczności wysłuchiwania narzekań prostych parobków. Wciąż coś im nie pasowało – raz podatki były za wysokie, choć parę razy już je obniżał. Kiedy indziej dzienne wynagrodzenie żołdaków było za niskie. Były dni, kiedy Lord miał ochotę uciec z sali tronowej i skryć się w swojej komnacie. Wszystko, byle tylko nie musieć więcej słuchać coraz to nowych kaprysów poddanych.
Tym razem jednak było zupełnie inaczej.
Stojąc w pustym korytarzu i wpatrując się pustym wzrokiem w zakręt, za którym zniknęła Cassandra, tylko jedno pytanie chodziło mu po głowie: czemu się zgodziłeś? Mogłeś przecież po prostu odmówić, nie rozmawiać z nią, nie dawać jej szansy na znalezienie twoich słabych punktów, o których mogłaby potem powiedzieć Felsarothowi…
Czy tak bardzo zależy ci na rozmowie z kimkolwiek? Czy naprawdę to zrobiła z ciebie ta przeklęta Północ – zrzędliwego starca uwięzionego w ciele trzydziestoczterolatka, który nie ma do kogo otworzyć gęby? Gdzie podział się ten Jorah wygrywający turniej, by zdobyć serce ukochanej? Ten, który pomagał tłumić rebelie? Czy to naprawdę tą samą twarz widzisz w lustrze każdego dnia?
Potrząsnął głową, odganiając od siebie natrętne myśli. Mądry człowiek nie roztrząsa przeszłości, przeszło mu przez myśl. Zacisnął dłonie na brzegu swego czarnego futra, przygryzając policzek od środka, i ruszył szybkim krokiem w stronę rzeźbionych drzwi do głównej sali.
Stawi czoła okrutnej rzeczywistości z dumnie uniesioną głowa.

***

Minęły trzy godziny nim Lord Mormont opuścił salę tronową. Nie był już tak zdeterminowany – długie siedzenie w jednej pozie sprawiło, że bolały go wszystkie mięśnie, a głowa pulsowała tępym bólem, który zdawał się rozsadzać czaszkę mężczyzny od środka. Na samą myśl o tym, że ma jeszcze rozmówić się z Cassandrą, robiło mu się słabo. Podświadomie czuł, że zaczyna toczyć go jakaś choroba.
Ze zrezygnowanym westchnieniem wyszedł na dziedziniec. Zimny wiatr natychmiast objął go swymi niewidzialnymi palcami, sprawiając, że Jorah zatrząsł się niczym osika. Nagle oblał go zimny pot i rycerz zapragnął wrócić do środka, do ciepłego wnętrza swej komnaty o kamiennych ścianach nagrzanych ciepłem z kominka…
Zacisnął zęby, ruszając szybko przez przykryty cienką warstwą śniegu plac. Mormontowie nigdy nie uciekali przed zimnem. I on nie będzie pierwszym, który to zrobi.

<Cass? >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz