czwartek, 24 kwietnia 2014
Od Iltrana c.d. Iskry
Zaczęło się od czytania pewnej księgi, oczywiście jak nie trudno się domyślić nie była to do końca zwykła księga. Jeśli można nazwać księgę magiczną zwykłą księgą. Pomiąwszy fakt, że zawierała dość podejrzaną zawartość, lecz tylko dla tych co nie potrafili z niej korzystać, to sama w sobie przepełniona była mocą magiczną, co z kolei prowadziło do dość ciekawych zjawisk dziejących się wokoło niej. Pierwszym i być może najbardziej wyraźnym były poruszające się runy, ale gdyby to pominąć to pozostawał poruszające się niczym żywe miniatury. Same zaklęcia znowu takie potężne nie były, a w tamtym momencie interesowały mnie bardziej wiadomości tyczące się alchemii. Tymczasowo zatrzymałem się bowiem w lesie gdzieś na wschodzie i w swoim szałasie rozpocząłem przyrządzanie dość zawiłej substancji. Powiedźmy, że nie specjalnie mi to szło. Dodałem do swojego lekko zużytego już kociołka garść lerty. Nie powiedziałbym, ze jest to pospolity porost. Raczej niezwykle rzadki. Na szczęście jeśli już występował to w sporych ilościach. Zebrałem go sporo podczas ostatniej wyprawy na północ, która mocno zapadła mi w pamięć. Zamieszałem zawartość kociołka i dodałem sporo posiekanych ziół, a następnie pajęczynę. Całość przypominała wtedy maź, a był to dopiero początek przygotowywania tej substancji, która miała ponoć posiadać właściwości lecznicze.
Udałem się zatem do lasu, by nazbierać pozostałych składników. Szedłem wówczas po co grubszych konarach drzew, gdy usłyszałem tętent koni. Sądząc po odgłosie musiało ich być co najmniej dziesięć. Rzecz jasna taka ilość koni nie gnałaby przez las samotnie, a męskie głosy jakie wypełniły ciszę zdawały się to potwierdzić. Ludzie naprawdę nie potrafią zachować ciszy i nie zakłócać równowagi w przyrodzie, czy chociażby w lesie. I dziw się tu, że nie idzie się z nimi dogadać, ale jest to faktem. Ja przynajmniej nie potrafię.
Usiadłem na konarze dębu, na którym to przebywałem, gdy usłyszałem ludzi. Postanowiłem siedzieć tam i poczekać, aż opuszczą las. Niedługo potem ujrzałem jeszcze dziewczynę z łukiem. Wyglądało na to, że żołnierze właśnie jej szukają. Nie podobały mi się sposoby jakimi to robili. Stanowczo za dużo krzewów wycieli, a na to nie mogłem spoglądać obojętnie.
Niedługo potem odnaleźli dziewczynę, co jakoś szczególnie mnie nie zdziwiło, bowiem jak mi się zdało, nie znała ona lasu tak dobrze jak oni. Nie znałem powodu, dla którego jej szukali. Nie mogłem zatem domyślić się też, dlaczego złapawszy ją postawili przed jednym ze swoich, który rozpoczął z nią rozmowę. Ja tymczasem nie miałem zamiaru bezczynnie patrzeć jak pozostali nadal niszczą las. Zeskoczyłem, więc z drzewa i niepostrzeżenie zaszedłem ich od tyłu. Jedno zaklęcie i dwóch żołnierzy pogrążonych we śnie leżało na ziemi nieruchomo. Nie zdziwiłem się, gdy pozostali wyciągnęli na mnie broń. Nie powiedziałbym by wiele im to dało. Niezależnie, czy mieli łuki, miecze, topory, czy inne jeszcze wytwory rąk ludzkich nie zdały im się na nic. Poszybowały do krzewów za nimi i tyle je widział. Człowiek, który dowodził grupą był na mnie co najmniej wściekły, jeśli nie gorzej, ale nie specjalnie mnie to obchodziło. Mieli jak najszybciej opuścić las, a potem najlepiej nie wracać.
<Iskra?>
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz