Z lasu dobiegło mnie granie rogów. Ludzie znów polują, a raczej zarzynają zwierzęta. Jakby nie mieli, czego innego do roboty? Nie za bardzo rozumiem, dlaczego sprawia im to taką przyjemność. Jeszcze gdyby to było dla mięsa, ale to jest przecież jakaś rozrywka, choć ja bym tego miana ich zwyczajom nie przypisał. Jelenie, które skubały trawę po drugiej stronie jeziorka natychmiast czmychnęły do lasu. Nie dziwiłem im się, a w szczególności przywódcy tego niewielkiego stadka. Miał piękne poroże.
Ja sam postanowiłem się oddalić. Ludzie jak zwykle zepsuli piękny dzień. Nie doszło to jednak do skutku, gdyż usłyszałem ryki zarzynanego dzika. Nie dałem rady odejść słysząc płacz zwierzęcia. Ruszyłem, więc za odgłosami. Ludzie byli na polanie i szczuli pasami bezbronnego już dzika. Nie mam pojęcia, dlaczego nie zabili go od razu, tylko sprawiali jeszcze większy ból. Psy też nie dawały mu spokoju. Dopiero jakiś trupioblady mężczyzna przerwał cierpienia zwierzęcia. Całą polanę pokrywała krew. Pyski psów były całe w niej umazane, a ludzie gratulowali dobie nawzajem. Nie wiem czym tak się chlubili. Przecież to nie była walka tylko rzeź. Równie dobrze mogą się chwalić z zabicia jeńca, który nie może nawet utrzymać miecza w ręku. Nie potrafiłem tego znieść. Wyszedłem na polanę. Byłem świadomy, że nie mam z nimi większych szans, ale ktoś musi im przemówić do rozumu, zakładając że go posiadają. Oczywiście przewodzący całej zgrai mężczyzna nie był zadowolony z moich słów. Mi jednak ani się śniło ustąpić.
–Chełpicie się zwykłym morderstwem! –krzyknąłem. –Przepraszam to nawet nie jest morderstwo! Zarznęliście to zwierzę i uważacie się za jakichś bohaterów, który z was stanął z nim sam na sam do walki!? Wysłużyliście się psami, a sami czekaliście, aż wasza ofiara osłabnie. Jesteście zwykłymi tchórzami, którym radość sprawia zabijanie tego co już nie może się bronić!
Byli wściekli. Wiedziałem aż za dobrze, że uraziłem ich dumę. Tylko z czego ona pochodziła. Czasem trzeba sprowadzić ich z powrotem na ziemię i pokazać jacy są.
Nie potrzebowali nawet rozkazu trupiobladego mężczyzny, by rzucić się na mnie w pełnej furii. Nie wiele im to dało, a może nawet przeszkodziło. Wyszeptałem tylko słowa zaklęcia i jeden z nich leżał na ziemi trzęsąc się wciąż, lecz nie mogąc poruszyć nawet palcem. Jeden z koni pierzchnął w las. Dziwiłem się pozostałym, że mogą ich w ogóle nosić na grzbiecie, ja przy najbliższej okazji wyrzuciłbym ich z siodła. Kolejny z ludzi skończył bez broni, a żeby było ciekawiej przez przypadek został pokryty sporą warstwą błota.
<Edek?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz