-Świt! Wracaj!
Wilkor zatrzymał się i obejrzał na swego pana, jakby niepewny, co ma robić. Z przodu wzywała go wolność, pusta przestrzeń ciągnąca się aż po horyzont. Z tyłu wołał ukochany pan... Zwierzę zawróciło i już po chwili truchtało obok gniadosza Sir Joraha.
- Szybko rośnie - zauważył Marren, dowódca straży, zrównując się ze swym Lordem. Wskazał głową szczeniaka. - Jeszcze trochę, a będzie większy od niejednego kuca.
Rycerz skinął głową, przyznając mężczyźnie rację. Rzeczywiście, Świt zdawał się z dnia na dzień być coraz większy i bardziej imponujący. Kruczoczarna sierść układała się gładko na jego grzbiecie, a złote oczy zdawały się hipnotyzować niczym ślepia węża. Miał dopiero trzy miesiące, a już przewyższał w kłębie największego ogara z psiarni w Hammshert. I choć wciąż jeszcze budową przypominał szczenię, wątłe, niezbyt masywne, to jednak wzbudzał szacunek i strach lepiej od każdego miecza.
- Co z Kometą? - spytał Mormont. Suka była matką jego wilkora, a od kiedy drugi raz zaciążyła, Jorahowi bardzo zależało na jej dobrej formie. Była stara i źle znosiła trudy podróży, w którą ją zabrano, co dawało mu kolejny powód do troski. Nigdy nie był blisko z tym zwierzęciem, miał jednak co do niej pewne plany, i nie chciał, by coś jej się stało. Musiała dotrzeć do Thesson w dobrym stanie.
Marren uśmiechnął się lekko.
- Trzyma się dzielnie - odparł. - Ma w sobie energię, której braknie niejednemu psu myśliwskiemu. To silna suka. Nic jej nie będzie. Ani jej, ani szczenięciu, które w sobie nosi.
- Mam nadzieję - mruknął Lord Mormont, uderzając piętami w boki swego wierzchowca. Koń posłusznie ruszył galopem, a zaraz za nim wystrzelił Świt, mknąc przed siebie niczym strzała wypuszczona z kuszy. Kilkoma susami wyprzedził konia swego pana i pognał przed siebie, zostawiając kolumnę jeźdźców daleko w tyle.
Orszak wypełnił główny dziedziniec zamku w Thesson pokrzykiwaniami rycerzy i rżeniem koni. Lord Mormont zeskoczył ze swego gniadosza. Podróż była długa i męcząca, a ciepły Wschód i jego zielone krajobrazy tak różne od tego, do czego mężczyzna przywykł w swej zimnej ojczyźnie, że miał ochotę wracać jak najprędzej. Już zaczynał tęsknić za rzeźkim, chłodnym powietrzem i śniegiem padającym za oknem.
Sir Jorah zagwizdał cicho przez zęby. Natychmiast u jego boku pojawił się Świt, bezszelestnie jak zawsze, i spojrzał na pana swymi dużymi, inteligentnymi ślepiami w kolorze płynnego złota. Rycerz uśmiechnął się, klepiąc wilkora po czarnym jak noc łbie.
- Pani - mężczyzna skłonił się nisko przed Lady Irisą, stojącą w otoczeniu dwórek, z rudowłosym młodzieńcem i matką u boku. - Ja i moi ludzie jesteśmy do twoich usług.
<Lady Iriso? Nie bój się, Świt nie gryzie... zbyt mocno >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz