piątek, 25 kwietnia 2014

Od Theona

Gałąź jest twarda i niewygodna, ale nie mam ochoty z niej schodzić.
Strażnicy kręcą się w dole, myszkując między krzakami i zaglądając w każdy kąt, a ja mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Wyglądają jak zdezorientowane kurczaki wypuszczone na nowy wybieg. Jeden z nich właśnie przechodzi dokładnie pod moją kryjówką, ale nawet nie zerka w moją stronę. Zabawne, że ludzie tak rzadko patrzą w górę.
Chyba cieszę się coraz większą sławą, bo coraz więcej żołnierzy mnie szuka. Cóż, taki urok bycia przestępcą do wynajęcia – nie ważne, jak dobrze nie odwalisz swojej roboty, i tak chcą cię zaszlachtować.
Strażnicy przeczesują brzeg lasu jeszcze przez chwilę, a potem odpuszczają. Widocznie mają na głowie ważniejsze rzeczy od szukania jakiegoś tam złodziejaszka. Złodziejaszka? Tak, chciałoby się. Jestem najemnikiem na skale całego królestwa, a nie podrzędnym wiejskim rabusiem.
Siedzę na gałęzi jeszcze dobry kwadrans, nie mając odwagi poruszyć choćby małym palcem. Wiatr szepcze w liściach wokół mnie. Dopiero kiedy upewniam się, że żołdacy naprawdę odeszli, złażę z drzewa. Kryjówka była dobra; bujna korona drzewa zasłaniała mnie niemal w całości, a ciemne ubranie pozwalało zlać się w jedno z korą na pniu, do którego przywarłem tak ściśle, że niemal czułem się jego częścią.
O tak. W ukrywaniu się nie mam sobie równych. Mógłbym skryć się w cieniu południowego słońca, a i tak nikt by mnie nie znalazł. Sztuka kamuflażu opanowana do perfekcji.
Otrzepuję skórzaną kamizelkę, rozglądając się czujnie. Nie mam ochoty na zabawę z jakimś przypadkowym patrolem, szczególnie teraz, kiedy nie mam konia. Moja dłoń odruchowo wędruje do sakwy przytroczonej do pasa. Sakwy pełnej złota. Uśmiecham się mimowolnie. Może nie mam konia, ale za to mam za co go kupić. Z zadowoleniem ruszam między drzewami.

***

Siedzę przy obdrapanym stole w podrzędnej karczmie skupiającej nienajznamienitsze osobistości. Za oknem powoli zapada zmrok. Uśmiech wpływa na moją twarz, skrytą w cieniu kaptura. Noc jest porą mojej pracy. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Nie przeszkadza mi to. Wśród mroku czuję się jak drapieżca czyhający na błąd ofiary, okazję, by zaatakować.
Właściwie takie okazje trafiają się na każdym kroku. Trzeba tylko umieć je wykorzystać.
A ja umiem. Nie tylko nocą.
Przetaczam między palcami niedużą monetę. W nikłym świetle świec metal wydaje się matowy i niemal bezwartościowy, niewarty zachodu, ale ja wiem, że tak nie jest. To jeden z moich ostatnich łupów. Moneta z wyjątkowo rzadkiego kruszcu, niespotykanego po tej stronie morza. Dobrze mi za nią zapłacą.
Mija więcej niż godzina nim wstaję i wychodzę na zewnątrz. Chłodne, nocne powietrze jest przyjemną odmianą po smrodzie i zaduchu panującym w tej pijackiej spelunie, w której spędziłem ostatnie godziny. Niebo jest niemal całkowicie czarne – nie świeci ani jedna gwiazda, wszystkie przysłoniły ciężkie chmury przygnane wiatrem. Nawet cienki sierp księżyca nie rozświetla mroku.
Z uśmiechem nurkuję w ciemność. To mój czas.

***

Coś robię źle. Tylko nie wiem jeszcze co.
Trzymający mnie mężczyzna wykręca mi ręce do tyłu tak mocno, że w oczach stają mi łzy bólu. Drugi, stojący przede mną, uśmiecha się szeroko, jakby chciał pokazać całemu światu swoje luki między zębami, i z całej siły wali mnie pięścią w brzuch. Obaj zdają się świetnie bawić.
W przeciwieństwie do mnie.
Wydaję z siebie głuchy jęk, kiedy pięść szczerbatego zbira trafia mnie prosto w żołądek, a potem w twarz. Usta wypełnia mi krew, krew cieknie z nosa, krew kapie na ziemię. Tylko krew, krew, krew. Spluwam i charczę, chcąc się jej pozbyć, ale to nic nie daje – z każdym kolejnym ciosem jest jej jeszcze więcej.
- Przestań! – próbuję się wyrwać, próbuję kopać, szarpać, drapać, nawet gryźć. – Przestań, do jasnej cholery! Nic nie zrobiłem!
- Och, nic nie zrobiłeś! – grubas trzymający mnie w żelaznym uścisku zanosi się chrapliwym śmiechem. – Oczywiście. Taki jesteś niewinny, taki czyściutki. Przecież to na pewno nie ty próbowałeś nas okraść, prawda? Musieliśmy cię z kimś pomylić.
Chcę odpowiedzieć, że tak, na pewno właśnie tak musiało być, ale kolejny cios w brzuch pozbawia mnie tchu. Ograniczam się więc do jęczenia i rozpaczliwych próbach zachowania przytomności.
Po kolejnych trzech uderzeniach w żebra stwierdzam, że próba okradzenia tej dwójki była największym błędem, jaki popełniłem w ostatnim tygodniu.
Oczy mnie szczypią od powstrzymywanych łez, przełyk pali od podchodzącej do gardła zawartości żołądka, a nos, żebra i ogólnie całe ciało pulsuje bólem, który ledwo mogę znieść.
Już prawie omdlewam, kiedy nadchodzi pomoc. Dłonie trzymające mnie od tyłu znikają, tak samo jak te, które atakują mnie z przodu. Wreszcie, myślę, osuwając się na ziemię i pozwalając sobie na porządne rzygnięcie. Wreszcie.

<Tajemnicza pomocy?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz