czwartek, 24 kwietnia 2014

Od Iltrana C.D Cassandry

–Nie miałem na myśli nic złego –powiedziałem. –A co do świątyni, to nigdy nie będę w żadnej ludzkiej służył. Dla mnie świątynią jest każdy las, łąka, góry, rzeki, czy też jeziora, nie potrzebują murów, czy ozdób. Same w sobie są piękne i niczym ich nie zastąpisz.
Po mojej wypowiedzi zapadła znów cisza. Ogień powoli zaczął przygasać. Dziewczyna dołożyła do niego drewna. Panująca wokoło ciemność tylko zgęstniała. Znów dobiegło do mych uszu pohukiwanie sowy, a gdzieś na skraju polany pojawił się jeleń.
–Nie ma nic złego w byciu innym –rzekłem przerywając ciszę. Spojrzała na mnie przez chwilę, a potem zaczęła wpatrywać się w płomienie. Nie była zbyt rozmowna, a ja raczej nie miałem ochoty na rozmowę. Wobec tego nie rozpoczynaliśmy jej przez dłuższy czas. Nie mając nic lepszego do roboty wziąłem jakiś patyk z ziemi i zacząłem na niej kreślić różne runy. Zainteresowała się nimi, lecz dalej milczała. Pisałem więc dalej stare formuły, których nie mogła odczytać.
Zamazałem znaki i postanowiłem ruszyć. Pomiędzy drzewami można było już ujrzeć czerwonawe promienie światła. Niebawem miał nastać nowy dzień. Podniosłem się z ziemi i spojrzałem w stronę lasu. Powietrze jak zawsze z rana było rześkie, ale ja takie właśnie lubiłem. Wtedy las pachniał najpiękniej. Podszedłem na skraj polany i dotknąłem pobliskiej brzozy. Potem spojrzałem jeszcze na polanę całą skąpaną w czerwonym świetle wschodzącego dopiero słońca. Ogień zgasł już zupełnie.
<Cassandra?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz