Wpadłem na dziedziniec i ruszyłem w kierunku powozu. To musiała być ona. Jej dumny krok i postawa wskazywały na to, mimo iż ubrana była skromnie. Złapałem ją za ramię i szarpnąłem ją, nim weszła na powóz. Miałem to zrobić delikatniej, ale nerwy dały się we znaki.
Odwróciła się gwałtownie i spiorunowała mnie wzrokiem. Kocim, groźnym spojrzeniem.
-Gdzie jedziesz?-zapytałem, ignorując jej złość.
W ułamku sekundy złagodniała.
-Muszę… Przykro mi. Pozwól mi odjechać-powiedziała, wyrywając z mojego uścisku rękę.
-Nie. Słyszałem, nie pojedziesz sama. To niebezpieczne. Chodź…-powiedziałem, idąc szybkim krokiem w kierunku stajni.
Stajennego nie było. Osiodłałem dwa konie i posadziłem na jednym z nich kobietę, przymocowując do siodła niewielką torbę. Dosiadłem swojego wierzchowca, narzuciłem na głowę kaptur i wyjechaliśmy ze stajni. Pokonaliśmy po kilku minutach bramę miasta wjeżdżając na główny gościniec.
-Droga tą trasą może być niebezpieczna. Podroż potrwa dłużej, ale pojedziemy pobocznymi szlakami-rozporządziłem, pędząc konia w kierunku jednego z odłamów gościńca. Ścieżka znikała w pobliskim lesie. –Szybciej-powiedziałem.
Kopyt koni waliły głośno o bruk, wszędzie była cisza. Tylko w oddali dało się słyszeć turkot kół jakichś powozów zmierzających do miasta.
<Księszniczko? ;_; >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz