czwartek, 24 kwietnia 2014

Od Irisy C.D Eilistraee

Zauważyłam jak wzrok kobiety skierował się w stronę mojego brata. Nie umiałam powstrzymać się od uśmiechu. Caspain posiadał zaskakującą zdolność przykuwania uwagi.
- Poznałaś mojego brata, kapłanko z Asshai? Oto Caspain Cane Valris, Lord Tourine - przedstawiłam go. Brat rzucił mi szybkie, zniecierpliwione spojrzenie.
- O Tobie, Lordzie, także wiele słyszałam. Nie spotkałam jeszcze miejsca, w którym przydomek Ognistego Serca lub Krwawego Cienia nie budzi strachu - oznajmiła kapłanka, a na twarzy Caspaina zagościł niesforny uśmieszek. Humor zmienił się u niego momentalnie.
- Doprawdy, Eilistraee? A co z Tobą? Czy u Ciebie także wzbudzają one strach? - spytał. Kobieta wahała się zaledwie przez chwilę.
- Nie, Panie - powiedziała. Caspain znalazł się tuż przy niej nim ktokolwiek zdążył zareagować.
- A powinno tak być - wyszeptał jej do ucha, a następnie jak gdyby nigdy nic dumnie się wyprostował i opuścił salę tronową, zostawiając nas same.
- Proszę wybaczyć mu jego zachowanie - zwróciłam się do kobiety, jednak nie kryłam swojego rozbawienia sytuacją. - Więc mówisz, Eilistraee, że jesteś kapłanką z Asshai. Nigdy tam nie byłam. To na Południu? Jak tam jest?
- Dawno nie byłam w rodzinnych stronach, Pani, wolę Cię nie wprowadzać w błąd.
- Dobrze. W takim razie, skąd przybywasz? - delikatnie wzięłam kapłankę pod rękę i ruszyłam z nią na powolną przechadzkę po zamku.
- Z Północy.
- Widziałaś się z Sir Jorahem Mormontem? - spytałam, a Eilistraee w odpowiedzi kiwnęła głową. - Jaki on jest? Nigdy nie miałam okazji poznać go osobiście.
- W mojej ocenie, jest to człowiek rozważny, surowy i wymagający, a jednocześnie oddany sprawie, dochowujący wierności - głos kapłanki brzmiał lekko, przyjaźnie. Zastanawiało mnie tylko czy przyjechała by pchnąć sztylet w moje ciało, czy po prostu pooddychać innym, przepełnionym kwiatami powietrzem.
- Tak też słyszałam. Cóż.. Skoro wszyscy tak mówią, widocznie musi tak być - stwierdziłam. Zaprowadziłam Eilistraee do wspaniałych ogrodów pałacowych. Kapłanka z Asshai trafiła ze swoim przyjazdem idealnie w moment, w którym cała natura w Thessonie przeżywała swój okres dojrzewania.
- Prawdopodobnie, Pani. Nie przybyłam tu jednak z jego rozkazu.
- W takim razie co jest przyczyną Twojego przyjazdu? - spytałam, zatrzymując się. W naszym kierunku zmierzała Masilla, moja służąca.
- Zwykła chęć poznania na nowo Wschodu - odpowiedziała, ale jasnym było, że żadna z nas w to nie wierzy.
- Chętnie Cię ugościmy, kapłanko. Masilla wskaże Ci Twoją komnatę.
- Dziękuję, Lady Iriso - Eilistraee ukłoniła się i odeszła wraz z Masillą. Obserwowałam je póki nie zniknęły za zakrętem.
- Możesz już wyjść - powiedziałam, nie odwracając się. Olyvar wyszedł z cienia, w którym się chował.
- Skąd wiedziałaś? - spytał i otrzepał pokrytą liściami kamizelkę.
- Wyczuwam takie rzeczy - kąciki moich ust powędrowały w górę. - Spotkałeś już na swojej drodze kapłankę podobną do tej?
- Na pewno żadna z nich nie miała włosów w tym kolorze - roześmiał się szczerze. Ruszyliśmy w kierunku zamku. Zbliżał się wieczór, a wraz z wieczorem uroczysta kolacja z powodu przyjazdu mojego brata. Musiałam dopilnować wszystkiego tak, by Caspain nie miał okazji kogoś skrzywdzić, czyli zabrać mu noże i posadzić w rozsądnej odległości od Olyvara, który nadal obwiniał go o śmierć brata. Dużo było jeszcze do zrobienia.
(Eilistraee?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz