Sir Jorah po raz trzeci przeczytał list, który pół godziny przyniósł mu chłopiec o piaskowych włosach. Musiał zrobić to jeszcze przynajmniej dwa razy, by dotarło do niego, co tak naprawdę chce usłyszeć Księżna Zachodu.
- O co chodzi, panie? - niecierpliwił się Amory Vyllar, jeden z doradców. Stał tak blisko Lorda, że niemal zaglądał mu przez ramię.
Rycerz uniósł głowę znad pergaminu i powiódł beznamiętnym wzrokiem po radzie wciąż siedzącej przy długim, dębowym stole. Oczy wszystkich były skierowane na niego.
- O ślub - rzekł głosem tak cichym, że nie był pewien, czy ktokolwiek go usłyszał. Zaraz jednak odchrząknął i przemówił pewniej, jak na władcę Północy przystało. - Lady Lorienne pragnie doprowadzić do niego przed zimą.
- Ależ to jedynie dwa miesiące, w najlepszym wypadku! - wykrzyknął Morosh Bayne, najmłodszy ze zgromadzonych. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. - Czasu jest za mało!
- Nie wyraziłem jeszcze zgody - przypomniał Lord Mormont, znów zasiadając na swym twardym, prostym tronie, surowym i pozbawionym ozdób jak całe jego królestwo. - Wciąż mogę odmówić.
- Ludzie zwą cię między sobą Królem Północy, panie - tym razem głos zabrał maester Gergion, najbardziej zaufany z doradców Joraha. - A król powinien mieć królową. Niejeden łaso patrzy na tron bez następcy.
Posłaniec przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Lord zastanawiał się, co takiego obiecała mu Lady Irisa za szybkie dostarczenie listu. Tytuły? Zaszczyty? Może najzwyczajniej w świecie górę pieniędzy i piękne włości?
Rycerz zmarkotniał. Na Wschodzie podchodzono do życia zupełnie inaczej niż na zimnej Północy. Wśród lodu, śniegu i zimnego wichru honor i tradycja były ważniejsze od zamarzniętej ziemi, a garstka wiernych ludzi cenniejsza od niejednego książęcego zamku. W tej niedostępnej krainie oddanie nieraz decydowało o życiu i śmierci.
- Amory - odezwał się po długiej ciszy, gestem przywołując mężczyznę bliżej. - Wyślesz czterech najszybszych jeźdźców do królestwa Wschodu. Wolałbym osobiście porozmawiać z Lady Lorienne, ale z braku czasu zadowolę się listem od niej.
Doradca skinął głową i opuścił salę. Sir Jorah zaś sięgnął po ryzę pergaminu, pióro i kałamarz.
- Jeśli wolno mi spytać, panie - po kilku minutach głos nieśmiało zabrał Morosh. - Czy wyrażasz zgodę na ślub.
Mężczyzna westchnął, składając podpis pod skończonym listem. W ciszy wstał, podszedł do młodego posłańca i wręczył mu zapieczętowaną wcześniej odpowiedź.
- Wybacz, chłopcze, że zmuszam cię do ruszania jeszcze dziś w drogę powrotną - dodał. - Ale sprawa jest poważna. Od ciebie może zależeć los całego kraju.
Chłopiec skłonił się i wybiegł z sali. Dopiero gdy echo jego kroków umilkło na końcu korytarza, Lord Mormont odwrócił się i spojrzał na swego najmłodszego doradcę. Na jego ustach zaigrał smutny uśmiech.
- Nie mam innego wyboru, Moroshu - odparł, wzruszając ramionami. - Nie mam innego wyboru.
<Lady Iriso? :3>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz