wtorek, 29 kwietnia 2014
Od Joraha C.D Irisy
Sir Jorah uśmiechnął się delikatnie do siedzącej obok niego Lady Thesson.
- Nie ma nic wyższego nad obowiązki wobec królestwa, pani – odezwał się, odwzajemniając przenikliwe spojrzenie jej jasnobłękitnych oczu. - Ale ten akurat równie dobrze można nazwać zaszczytem.
Irisa nie wyglądała na przekonaną, nie oponowała jednak. Westchnęła tylko cicho i wbiła wzrok w niebo za oknem, w które przed chwilą wpatrywał się jej rozmówca. Widać było, że się waha, niepewna, czy słowa Lorda są pustą formułką, czy też jednak płyną prosto z serca.
Mężczyzna zmarszczył lekko brwi, widząc to. Nie podobało mu się, że frustracja gości na twarzy jego przyszłej żony. Chciał, by była szczęśliwa, choć świadomość, że nie może jej tego szczęścia zapewnić, wciąż boleśnie kłuła go w tył głowy, tak, jak to potrafią robić natarczywe myśli.
Nagle zapragnął wszystko zmienić, zostawić zimną Północ i zostać tu, na Wschodzie, rządzić tymi ciepłymi, urodzajnymi ziemiami i już nigdy nie wracać na skute lodem tereny przez stulecia rządzone przez jego przodków. Poczuł, że mógłby wyrzec się swego dziedzictwa, niemal tysiącletniej tradycji, porzucić swych krewnych, swój dom, swoje królestwo. Wszystko, byle nigdy więcej nie zobaczyć obawy na twarzyczce Lady Irisy.
Już chciał coś powiedzieć, już otwierał usta, już chciał sięgnąć po jej dłoń i zamknąć ją w uścisku, kiedy między niego a pogrążoną we własnych myślach młodą władczynię Wschodu wepchnął się Świt. Wilkor usiadł przed Lady Thesson i spojrzał jej prosto w oczy swymi intensywnie złotymi ślepiami. Przez chwilę mierzył ją wzrokiem, nie odrywając go od twarzy kobiety. Ta zdawała się nieco zaskoczona zachowaniem zwierzęcia, dla Joraha nie było ono jednak niczym nowym – Świt był z natury ciekawskim, a zarazem nadzwyczaj opiekuńczym i inteligentnym stworzeniem. Potrafił wyczuć człowieka, jego zamiary i usposobienie. Niekiedy bywał lepszym doradcą od niejednego doświadczonego przez życie maestra.
Wilkor oderwał w końcu spojrzenie od oczu Lady Irisy i trącił nosem jej dłoń, kładąc jej swój kruczoczarny łeb na kolanach. Mormont uśmiechnął się, widząc, jak jego podopieczny domaga się pieszczot od kogoś na pozór zupełnie obcego. To dobry znak.
- Polubił cię, pani – zauważył, klepiąc zwierzę po grzbiecie. Podniósł wzrok na kobietę. Zdawała się nie być do końca pewna, co ma zrobić.
- Nie gryzie – zapewnił rycerz z ciepłym uśmiechem, widząc jej wahanie. – Zapewniam, jest całkowicie niegroźny. To wyjątkowo spokojny wilkor.
<Iriso? Wybacz małą ilość łzawych wyznań, wena się ode mnie odwróciła XD>
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz