Ona była jakaś inna, jakby nie była człowiekiem, albo była nie tym rodzajem człowieka jaki do tej pory poznałem. Nie pamiętam, by ktokolwiek chciał, bym pokazał mu jak słuchać drzew. Zawsze uważałem, że ludzie nie rozumieją druidów, a druidzi ludzi i to się sprawdzało, ale teraz nie miałem pojęcia co myśleć. Nie było w niej nic niezwykłego, no właśnie, spojrzałem jeszcze raz na nią i zorientowałem się, że ma nietypowe oczy, jakbym je już gdzieś widział, ale nie miałem pojęcia gdzie. Przysiadłem pod drzewem i spojrzałem na niebo, wielkimi krokami zbliżało się południe. Dziewczyna nie odrywała ode mnie wzroku, tak samo jak ja od niej. Miałem wrażenie, że intryguję ją tak samo mocno jak ona mnie.
–Jeśli chcesz mogę Cię nauczyć wsłuchiwać się w las, ale nauka będzie długa –powiedziałem z uśmiechem na twarzy. I tak nie miałem póki co żadnych placów na dalszą podróż, wiec nie było powodu, by nie poświęcić temu trochę czasu.
Usiadłem pod drzewem i przejechałem ręką po chropowatej powierzchni jego korzenia. Wszędzie wokoło rósł mech, z pomiędzy którego przebijały się drobne kępki trawy. Czekając na decyzję dziewczyny, ponownie się w nie wsłuchałem. Zupełnie straciłem kontakt ze światem zewnętrznym, gdy rozpocząłem swoją rozmowę z drzewem. To było niesamowite uczucie. Pamiętałem jeszcze, jak się uczyłem, by móc to kiedyś wykorzystywać. To były lekcje, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Powoli przejechałem ręką po korze drzewa w górę. Robiłem to oczywiście całkowicie nieświadomie, ale tego właśnie wymagała czynność, którą wykonywałem. Cały czas czułem na sobie czyjś wzrok. Gdybym nie wiedział kto to jest, zapewne uciekłbym do lasu. Uznałem, ze jej nie muszę się obawiać, więc tego nie zrobiłem. Całkowicie oddałem się słuchaniu drzewa i pogrążaniu we własnych myślach.
<Cassandra?>
niedziela, 15 czerwca 2014
piątek, 13 czerwca 2014
Od Eilistraee C.D Caspaina
Ta kobieta, matka chłopca. Poczuła bolesne ukłucie. Ona miała dziecko, kimkolwiek była. Kapłanka swoje straciła bezpowrotnie.
Niedługo później znajdowała się już na dziedzińcu zamku w Tourine. Zeskoczyła z konia. Któryś ze stajennych odebrał od niej wodze i zaprowadził ogiera do stajni. Ona sama w towarzystwie służki ruszyła do wyznaczonej jej komnaty. Poprosiła o przygotowanie jej łaźni. Zapach ryb obrzydzał ją i przy okazji ludzi wokół.
Z westchnieniem ulgi zamoczyła swoje ciało w gorącej wodzie. Tego było jej trzeba. Kąpieli z dala od Domu, z dala od ludzi. Pachnącej kwiatowymi olejkami.
Niedługo później znajdowała się już na dziedzińcu zamku w Tourine. Zeskoczyła z konia. Któryś ze stajennych odebrał od niej wodze i zaprowadził ogiera do stajni. Ona sama w towarzystwie służki ruszyła do wyznaczonej jej komnaty. Poprosiła o przygotowanie jej łaźni. Zapach ryb obrzydzał ją i przy okazji ludzi wokół.
Z westchnieniem ulgi zamoczyła swoje ciało w gorącej wodzie. Tego było jej trzeba. Kąpieli z dala od Domu, z dala od ludzi. Pachnącej kwiatowymi olejkami.
***
Była Christą. Christą w spodniach do jazdy, lnianej koszuli, jeździeckich butach i warkoczu. Ale nie mogła zapomnieć o kapłaństwie. Wiedziała, że nie lubił Eilistraee. Raz nie zaszkodzi ubrać się tak jak ona.
Nałożyła na głowę ostatni element stroju - przepiękną, wyszywaną złotą nicią i zdobioną kamieniami szlachetnymi chustę. Tak właśnie wyglądał jej ubiór na kolację dziś wieczorem. Góra złoto-granatowa. Krótka, tak by było widać zdobiony tatuażem z henny brzuch. Długa, sięgająca ziemi spódnica. Złoto i granat, kolory Domu. Oprócz tego sporo biżuterii. Ale to włosy miały budzić podziw - splecione w warkocz, oplecione wokół głowy. Ozdobione przepięknymi spinkami. Kamień, znak szczebla kapłaństwa, połyskiwał na jej dekolcie. Była gotowa.
Weszła do sali w której odbywała się kolacja. Mnóstwo ludzi. Nie musiała wysilić się zbytnio aby go dojrzeć. Chciała podejść ale coś ją zatrzymało. Czyjaś mała rączka trzymała jej spódnicę. Odwróciła się gwałtownie.
-Caylo-pochyliła się nad rudowłosym chłopcem.-Coś się stało?
Pokręcił przecząco głową, roześmiany.
-Pochodzisz z Południa-zaczął nieskrępowany niczym. Za to ceniła dzieci, za prawdomówność, niewinność.-Opowiesz mi o nim?
Pytanie z lekka ją zdziwiło ale nie widziała przeszkód by nie opowiedzieć mu o jej rodzimych stronach. Potaknęła. Chłopiec chwycił jej dłoń. Wyszli do ogrodu znajdującego się za zamkiem.
Opowiadała mu o wszystkim. O lazurowych wodach morza, jezior i rzek. O ciepłych, złotych piaskach, przepięknych, orientalnych pałacach. Egzotycznych zwierzętach i owocach. Dzikich koniach. Różanych ogrodach. Oazach. Wystawnych przyjęciach i potężnej niegdyś armii.
Caylo zaczął słaniać się na nogach, zmęczony. Bez wahania wzięła go na ręce. Usiadła w najbliższej altanie. Okryła go swoją chustą.
Podniosła wzrok słysząc cichy szmer. Caspain przyglądał się jej z zaciekawieniem. Niecodziennym widokiem była kapłanka ze śpiącym dzieckiem na kolanach.
<Caspain? Elka fell in love <3 XD>
-Caylo-pochyliła się nad rudowłosym chłopcem.-Coś się stało?
Pokręcił przecząco głową, roześmiany.
-Pochodzisz z Południa-zaczął nieskrępowany niczym. Za to ceniła dzieci, za prawdomówność, niewinność.-Opowiesz mi o nim?
Pytanie z lekka ją zdziwiło ale nie widziała przeszkód by nie opowiedzieć mu o jej rodzimych stronach. Potaknęła. Chłopiec chwycił jej dłoń. Wyszli do ogrodu znajdującego się za zamkiem.
Opowiadała mu o wszystkim. O lazurowych wodach morza, jezior i rzek. O ciepłych, złotych piaskach, przepięknych, orientalnych pałacach. Egzotycznych zwierzętach i owocach. Dzikich koniach. Różanych ogrodach. Oazach. Wystawnych przyjęciach i potężnej niegdyś armii.
Caylo zaczął słaniać się na nogach, zmęczony. Bez wahania wzięła go na ręce. Usiadła w najbliższej altanie. Okryła go swoją chustą.
Podniosła wzrok słysząc cichy szmer. Caspain przyglądał się jej z zaciekawieniem. Niecodziennym widokiem była kapłanka ze śpiącym dzieckiem na kolanach.
<Caspain? Elka fell in love <3 XD>
Od Caspaina C.D Eilistraee
Podniosłem wzrok znad synka. Christa wydała mi się jeszcze piękniejsza, niż wtedy, gdy widziałem ją po raz ostatni. Cały świat wydawał się być piękniejszym miejscem. Wstałem, biorąc Cayla na ręce.
- Christo - uśmiechnąłem się łagodnie. W oczach kobiety pojawił się błysk zaskoczenia. Prawdopodobnie, nawet nie przypuszczała, że jestem w stanie być taki.. Opanowany, spokojny. To mogło jeszcze bardziej przerażać niż mój gniew. - Witamy w Tourine. Cieszę się, że przybyłaś.
- Tato, co to jest za pani? - Caylo wtulił się w moją szyję. Ciałem Christy wstrząsnął dreszcz. 'Tato'.
- Przedstawiam Ci moją przyjaciółkę, Christę - postawiłem chłopca na ziemi. Chwycił mnie za rękę. - Christo, poznaj mojego syna, Cayla Valrisa, Pierwszego tego imienia, dziedzica Tourine.
- Mój Lordzie - pokłoniła się przed malcem. Caylo wyprostował się dumnie, jakby chciał zaprezentować swoją wyższość, jednak już po chwili nie wytrzymał i roześmiał się. Podbiegł do Enny, aby schować się w jej ramionach.
- Moja faworyta, Enna - od razu zauważyłem, że wzrok Christy powędrował w stronę mojej kochanki. Przemilczała.
- Nie chcę przeszkadzać w rodzinnym spotkaniu - odezwała się w końcu Christa, dotykając szyi swojego wierzchowca. - Udam się do miasta, na spoczynek.
- Nie ma potrzeby, byś kwaterowała się w mieście. Jedź prosto na zamek. Spodziewam się Ciebie na dzisiejszej kolacji - ton mojego głosu znów brzmiał jak ten, który nie znosi sprzeciwu. Christa skinęła głową, wspięła się na konia i ruszyła w stronę Tourine.
- To ona, prawda? - Enna oparła się o mój obnażony tors. - Kapłanka z Asshai.
- Tak - przyznałem. - Słynna Eilistraee, białowłosa kapłanka.
- Kolejna, która nie będzie mnie tolerować - zauważyła z rozbawieniem kobieta. Musnąłem ustami jej ramię.
- Nie znam osoby, która Cię akceptuje, Enno. Ale.. Mam do głęboko w dupie - wyszeptałem brance do ucha, pilnując, by Caylo niczego nie usłyszał. Enna zaśmiała się i przyciągnęła do siebie rudowłosego chłopczyka. Odgarnęła mu niesforne kosmyki z czoła.
- Mój mały Lord - pocałowała wystający nosek Cayla. Mały wyrwał się z jej uścisku i chwycił za drewniany patyk.
- Tato, broń się! - krzyknął i wyprowadził cios. Dość nieudolnie, przewidywalnie, ale z pazurem i błyskiem w oku. Niczym ja w jego wieku. Z tą różnicą, że on lubił się w ten sposób bawić, a mi sprawiało to chorą satysfakcję. Uniosłem kąciki ust, wziąłem drugi patyk i wstałem z ziemi.
(Christa? Idź, przyjaźnij się z moim słodziaczkiem <3)
- Christo - uśmiechnąłem się łagodnie. W oczach kobiety pojawił się błysk zaskoczenia. Prawdopodobnie, nawet nie przypuszczała, że jestem w stanie być taki.. Opanowany, spokojny. To mogło jeszcze bardziej przerażać niż mój gniew. - Witamy w Tourine. Cieszę się, że przybyłaś.
- Tato, co to jest za pani? - Caylo wtulił się w moją szyję. Ciałem Christy wstrząsnął dreszcz. 'Tato'.
- Przedstawiam Ci moją przyjaciółkę, Christę - postawiłem chłopca na ziemi. Chwycił mnie za rękę. - Christo, poznaj mojego syna, Cayla Valrisa, Pierwszego tego imienia, dziedzica Tourine.
- Mój Lordzie - pokłoniła się przed malcem. Caylo wyprostował się dumnie, jakby chciał zaprezentować swoją wyższość, jednak już po chwili nie wytrzymał i roześmiał się. Podbiegł do Enny, aby schować się w jej ramionach.
- Moja faworyta, Enna - od razu zauważyłem, że wzrok Christy powędrował w stronę mojej kochanki. Przemilczała.
- Nie chcę przeszkadzać w rodzinnym spotkaniu - odezwała się w końcu Christa, dotykając szyi swojego wierzchowca. - Udam się do miasta, na spoczynek.
- Nie ma potrzeby, byś kwaterowała się w mieście. Jedź prosto na zamek. Spodziewam się Ciebie na dzisiejszej kolacji - ton mojego głosu znów brzmiał jak ten, który nie znosi sprzeciwu. Christa skinęła głową, wspięła się na konia i ruszyła w stronę Tourine.
- To ona, prawda? - Enna oparła się o mój obnażony tors. - Kapłanka z Asshai.
- Tak - przyznałem. - Słynna Eilistraee, białowłosa kapłanka.
- Kolejna, która nie będzie mnie tolerować - zauważyła z rozbawieniem kobieta. Musnąłem ustami jej ramię.
- Nie znam osoby, która Cię akceptuje, Enno. Ale.. Mam do głęboko w dupie - wyszeptałem brance do ucha, pilnując, by Caylo niczego nie usłyszał. Enna zaśmiała się i przyciągnęła do siebie rudowłosego chłopczyka. Odgarnęła mu niesforne kosmyki z czoła.
- Mój mały Lord - pocałowała wystający nosek Cayla. Mały wyrwał się z jej uścisku i chwycił za drewniany patyk.
- Tato, broń się! - krzyknął i wyprowadził cios. Dość nieudolnie, przewidywalnie, ale z pazurem i błyskiem w oku. Niczym ja w jego wieku. Z tą różnicą, że on lubił się w ten sposób bawić, a mi sprawiało to chorą satysfakcję. Uniosłem kąciki ust, wziąłem drugi patyk i wstałem z ziemi.
(Christa? Idź, przyjaźnij się z moim słodziaczkiem <3)
środa, 11 czerwca 2014
Od Eilistraee C.D Caspaina
Nie chciała tu być. Niczym ptak w klatce. Śmierdzącej, brudnej, ciasnej, pełnej młodych, zawistnych kobiet które najchętniej wbiłyby jej nóż w plecy tylko po to aby przespać się w wyścielonym atłasem łożu dla Matki. Z czasem zaczęła im nawet z lekka współczuć.
Kruk. Przyleciał, z wiadomością dla niej. Z jego herbem. Otworzyła go, niemalże rozszarpując cienki pergamin. Ogień chroni lepiej. Wiedziała.
***
-Janyce.-westchnęła ciężko zwracając się do rozczesującej jej włosy kobiety.-Muszę wracać.
Szczotka wypadła jej z ręki i upadła na posadzkę, odbijając się i tworząc tym samym spore echo. Niebieskowłosa położyła jej dłoń na ramieniu.
-Nie możesz.-w jej głosie słyszała przerażenie.-Wiesz jakie konsekwencje poniesiesz gdy ludzie Rada dowie się, że Matka uciekła?
-Niewyobrażalne.-z goryczą potwórzyła słowa poprzedniej Matki, Mamehy.-Ale nikt nie powiedział, że mam zamiar uciec jako Matka, prawda?
***
Deszcz był niewiarygodnie silny. Właściwie to nie był deszcz - to była potężna burza. Nienawidziła rozświetlających niebo błyskawic, huku. Usiadła na oknie.
-Koń jest osiodłany?-spytała nieufnie. Janyce potaknęła. Teraz ona będzie Matką. Eilistraee nie wiedziała, przez jak długi czas - siedemnastolatka może nie dać rady. Nie okłamujmy się - ona nie pociągnie tu długo na takiej pozycji. Zeskoczyła nie zastanawiając się dłużej. Do portu nie było daleko. Pogalopowała w jego stronę. Nie miała na sobie szat - miała na swoje męskie ubranie do jazdy. Włosy splecione w warkocz. Żadnej biżuterii. Była Christą.
***
Nienawidziła podróży statkiem. Na domiar złego, trafiła jej się podróż małym, handlowym okrętem wśród zapasów ryb i mięsa. Obrzydliwe.
Jechała spokojnie lasem. Świt. Uwielbiała świt, światło dnia chociaż preferowała mrok. Przynosząca światło, wolała ciemność. Podniosła wzrok. Tourine. Wznosiło się nad nią, mimo wszystko gdzieś daleko, we mgle. Zrzuciła z siebie płaszcz. Nikt nie był w stanie zorientować się, że jest Eilistraee. Dała łydki ciemnogniademu ogierowi. Koń zarzucił łbem niezadowolony ale przyspieszył.
Około południa znalazła się na drodze centralnie do Tourine. Jej uwagę zwrócili ludzie. Uzbrojeni ludzie. Zobaczyła kobietę. Dziecko. Rudowłosego mężczynę. Dopiero po chwili zorientowała się kto znajduje się przed jej oczami. Ruszyła galopem w ich stronę. Nie podjechała jednak zbyt blisko. Zeskoczyła z konia i stanęła na środku polany, wśród pachnącego, kolorowego kwiecia.Warkocz swobodnie opadał na jej plecy, mokra koszula przylegała do ciała. Nie poruszyła się. Stała, obserwowała i uśmiechała się do Caspaina. Intrygowała ją mała istota obok niego. Kobieta nie była istotna. Rudy chłopiec musiał być dla niego kimś bardzo ważnym - przytulał go do siebie. Nigdy nie widziała by tak zachował się w stosunku do jakiegokolwiek dziecka. Być może spędzała z nim zbyt mało czasu i zbyt krótko go znała.
-Lordzie.-przemówiła spokojnie. Nie chciała zdradzać swojej tożsamości przy nieznajomej.-Wzywałeś mnie, prawda?
<Caspain? Każ jej wyjść XDXD>
piątek, 23 maja 2014
Od Caspaina C.D Eilistraee
Ciało Enny zasłonięte było jedynie cienkim, prześwitującym materiałem. Spała, choć jej policzki nadal pozostawały czerwone. Po kłótni, która odbyła się kilka dni wcześniej, nie został nawet ślad. Nie wsunąłem koszuli w spodnie. Upewniłem się, że cenny naszyjnik zdobi moją szyję, chwyciłem łuk i wyszedłem z komnaty. Dotarło do mnie ciche pogwizdywanie. Moje serce zabiło szybciej. Tylko jedna osoba gwizdała w ten sposób. Odwróciłem się gwałtownie.
- Oto jestem - Lenny rozłożył ręce, uśmiechając się szeroko. Objąłem go mocno, po męsku.
- Nareszcie wróciłeś - zmierzwiłem jego jasne włosy. - Jeszcze śpi?
- Nie. Całą noc oka nie zmrużył. Jest w mojej komnacie - kąciki jego ust nie zmieniały swojego położenia. Pocałowałem go w czoło.
- W takim razie prowadź do siebie. Byle szybko - rzuciłem władczo, choć na niego to nigdy nie działało. Zbyt blisko Lordów przebywał, by respektować wyższość ich krwi. Z każdym krokiem ogarniało mnie coraz większe zniecierpliwienie. Lenny zatrzymał się przed drzwiami i zapukał. Trzy razy. Zamarłem. Nikt nie otwierał. Bez wahania nacisnąłem na klamkę.
- Caspain! - zawołał Lenny, jednak nie zdołał przywołać mnie do porządku. Wpadłem do środka, gotów od razu zabić napastnika. Ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłem tylko wtulonego w przytulankę chłopca. Spał, wyczerpany wielogodzinną podróżą. Moje serce momentalnie stopniało. Na świecie istniały tylko dwie osoby, których nigdy bym nie skrzywdził, za które oddałbym własne życie. Irisa Forgety oraz Caylo Valris, Pierwszy tego imienia.
- Nie budź go - Lenny położył rękę na moim ramieniu. - Zasłużył na sen.
Przytaknąłem, choć wykonałem ten ruch głową zupełnie nieświadomie. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w spokojną twarz chłopca. Wydawał się być skórą ściągniętą ze mnie: te same rysy, te same lazurowe oczy, ta sama ognista czupryna.
- Wyjdź - powiedziałem cicho, nie odwracając wzroku od dwulatka. Po chwili usłyszałem jak drzwi się zamykają, skrzypiąc przy tym nieznacznie. Odłożyłem kołczan i nóż; nagle zupełnie straciły na znaczeniu. Położyłem się obok syna i przytuliłem go do siebie. Nie widywałem się z nim często, ale byłem pewien, że mnie pamięta i nie przestraszy się, gdy mnie zobaczy. On jako jedyny sprawiał, że cały mój gniew, cała ta agresja.. To wszystko po prostu znikało. Drobne ciałko poruszyło się w moim uścisku.
- Tato.. - wymamrotał malec. Zacisnął palce na mojej koszuli.
- Jestem tu - wyszeptałem, tuląc go do siebie. - Caylo, już pora wstawać. Twoja mama na Ciebie czeka.
- Mama? - otworzył powoli oczy. Pokiwałem z rozbawieniem głową. Uśmiech na jego idealnej twarzyczce zapierał dech w piersiach.
(...) Popijając wino, obserwowałem jak Enna gilgocze naszego synka, turlając się z nim po trawie. Opuściliśmy zamek gdy tylko się obudziła. Sąsiadujące z chłopskimi polami łąki były lepszym miejscem na spędzenie wspólnego czasu niż koszary w Tourine. Już dawno pożegnałem się z koszulą. Dobry strzelec bez trudu by mnie w tym momencie zabił. Usłyszałem rżenie koni. Natychmiast przestałem się uśmiechać.
- Czego? - warknąłem. Jeździec zatrzymał się w bezpiecznej odległości ode mnie.
- Mamy wieści z Czterech Królestw. Zmarła Matka - spojrzał znacząco na swoje kolana.
- Powiadasz, że zmarła Matka.. To informacja potwierdzona czy jedynie plotka? - spytałem.
- Nie jesteśmy pewni. Dziś rano dotarła też wiadomość - mężczyzna podał mi zwinięty kawałek pergaminu. Przeczytałem zdanie. Znałem ten charakter pisma.
- Zmarła Matka.. Daj mi coś coś do pisania - pstryknąłem palcami, wyciągając dłoń w kierunku jeźdźca. Każdy z moich zwiadowców miał obowiązek posiadania pergaminu oraz pióra. Wiedziałem dlaczego Christa nie napisała wprost. Niepowołane ręce mogłyby obrócić to na niekorzyść zarówno jej, jak i moją. Napisałem tylko trzy słowa. Ogień chroni najlepiej. To moje włosy płonęły w blasku słońca. Propozycja schronienia była jedynym, co mogłem zrobić. W normalnych warunkach, nawet tego prawdopodobnie bym nie zrobił. Obecność Cayla budziła we mnie dobroć.
(Czym jest ten cały Dom? XD)
- Oto jestem - Lenny rozłożył ręce, uśmiechając się szeroko. Objąłem go mocno, po męsku.
- Nareszcie wróciłeś - zmierzwiłem jego jasne włosy. - Jeszcze śpi?
- Nie. Całą noc oka nie zmrużył. Jest w mojej komnacie - kąciki jego ust nie zmieniały swojego położenia. Pocałowałem go w czoło.
- W takim razie prowadź do siebie. Byle szybko - rzuciłem władczo, choć na niego to nigdy nie działało. Zbyt blisko Lordów przebywał, by respektować wyższość ich krwi. Z każdym krokiem ogarniało mnie coraz większe zniecierpliwienie. Lenny zatrzymał się przed drzwiami i zapukał. Trzy razy. Zamarłem. Nikt nie otwierał. Bez wahania nacisnąłem na klamkę.
- Caspain! - zawołał Lenny, jednak nie zdołał przywołać mnie do porządku. Wpadłem do środka, gotów od razu zabić napastnika. Ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłem tylko wtulonego w przytulankę chłopca. Spał, wyczerpany wielogodzinną podróżą. Moje serce momentalnie stopniało. Na świecie istniały tylko dwie osoby, których nigdy bym nie skrzywdził, za które oddałbym własne życie. Irisa Forgety oraz Caylo Valris, Pierwszy tego imienia.
- Nie budź go - Lenny położył rękę na moim ramieniu. - Zasłużył na sen.
Przytaknąłem, choć wykonałem ten ruch głową zupełnie nieświadomie. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w spokojną twarz chłopca. Wydawał się być skórą ściągniętą ze mnie: te same rysy, te same lazurowe oczy, ta sama ognista czupryna.
- Wyjdź - powiedziałem cicho, nie odwracając wzroku od dwulatka. Po chwili usłyszałem jak drzwi się zamykają, skrzypiąc przy tym nieznacznie. Odłożyłem kołczan i nóż; nagle zupełnie straciły na znaczeniu. Położyłem się obok syna i przytuliłem go do siebie. Nie widywałem się z nim często, ale byłem pewien, że mnie pamięta i nie przestraszy się, gdy mnie zobaczy. On jako jedyny sprawiał, że cały mój gniew, cała ta agresja.. To wszystko po prostu znikało. Drobne ciałko poruszyło się w moim uścisku.
- Tato.. - wymamrotał malec. Zacisnął palce na mojej koszuli.
- Jestem tu - wyszeptałem, tuląc go do siebie. - Caylo, już pora wstawać. Twoja mama na Ciebie czeka.
- Mama? - otworzył powoli oczy. Pokiwałem z rozbawieniem głową. Uśmiech na jego idealnej twarzyczce zapierał dech w piersiach.
(...) Popijając wino, obserwowałem jak Enna gilgocze naszego synka, turlając się z nim po trawie. Opuściliśmy zamek gdy tylko się obudziła. Sąsiadujące z chłopskimi polami łąki były lepszym miejscem na spędzenie wspólnego czasu niż koszary w Tourine. Już dawno pożegnałem się z koszulą. Dobry strzelec bez trudu by mnie w tym momencie zabił. Usłyszałem rżenie koni. Natychmiast przestałem się uśmiechać.
- Czego? - warknąłem. Jeździec zatrzymał się w bezpiecznej odległości ode mnie.
- Mamy wieści z Czterech Królestw. Zmarła Matka - spojrzał znacząco na swoje kolana.
- Powiadasz, że zmarła Matka.. To informacja potwierdzona czy jedynie plotka? - spytałem.
- Nie jesteśmy pewni. Dziś rano dotarła też wiadomość - mężczyzna podał mi zwinięty kawałek pergaminu. Przeczytałem zdanie. Znałem ten charakter pisma.
- Zmarła Matka.. Daj mi coś coś do pisania - pstryknąłem palcami, wyciągając dłoń w kierunku jeźdźca. Każdy z moich zwiadowców miał obowiązek posiadania pergaminu oraz pióra. Wiedziałem dlaczego Christa nie napisała wprost. Niepowołane ręce mogłyby obrócić to na niekorzyść zarówno jej, jak i moją. Napisałem tylko trzy słowa. Ogień chroni najlepiej. To moje włosy płonęły w blasku słońca. Propozycja schronienia była jedynym, co mogłem zrobić. W normalnych warunkach, nawet tego prawdopodobnie bym nie zrobił. Obecność Cayla budziła we mnie dobroć.
(Czym jest ten cały Dom? XD)
poniedziałek, 19 maja 2014
Od Williama C.D Avy
- Ja poproszę whisky- zamówiłem. Chwilę później dostaliśmy swoje zamówienia. Kiedy nie próbowała być wymądrzała i upierdliwa, Ava była naprawdę miła, a nawet zabawna. I miała niezłe tempo. Kieliszki szły jeden za drugim. Wkrótce potem zrobiło się wesoło. Ava oczywiście twierdziła, że jest jak najbardziej trzeźwa i więcej nie wypije, ale nie odmawiała, gdy barman nalewał kolejkę. Sam też byłem już dość nawalony, ale mam mocną głowę i rzadko kiedy upijam się do nieprzytomności. Ale w jej towarzystwie wszystko było możliwe...
- To co robimy teraz?- spytała z zaczepnym uśmiechem. Zmierzyłem ja od stóp do głów i pomyślałem o jednym. Ale potem przyszło mi do głowy, że gdy obudzi się z alkoholowego amoku, będzie wściekła. A byłem naprawdę zdziwiony jej nagłą przemianą...Zresztą, nieważne.
Wstałem od baru i przeszedłem się do łazienki. Przemyłem twarz zimną wodą i odetchnąłem głęboko. Gdy wróciłem, przy Avie siedziało trzech tęgich mężczyzn. Chyba każdy może się domyślić, co chcieliby zrobić. Jeden z nich trzymał rękę na talii dziewczyny.
- Zostaw ją- powiedziałem spokojnie, podchodząc do nich, a mężczyźni parsknęli śmiechem.
- A ty niby kim jesteś, żeby nam rozkazywać?- spytał jeden. Odwróciłem się w jego stronę i zdzieliłem go pięścią w szczękę.
- To powinno ci wystarczyć jako odpowiedź- odparłem. Spojrzałem na pozostałych dwóch. Podeszli do mnie i zaatakowali. Potem sprawa potoczyła się dość szybko.
*nocą*
Mężczyźni zaczepiali i gonili nas przez jakiś czas. Jako, że Ava nie utrzymywała pionu, musiałem wziąć ją na ręce. A bieganie z balastem, nawet tak lekkim jak ona, nigdy nie jest proste. W końcu jednak się ich pozbyliśmy. Wynająłem pokój na jedną noc w jakiejś niewielkiej gospodzie i zaniosłem tam Avę. Ułożyłem ją na łóżku i przykryłem ją kocem. Gdy się obudzi, nie będzie zbytnio zadowolona, choćby ze względu na to, że trzy czwarte jej koszulki było w strzępach, a spodnie poprzecinane były nożem. Ale mówi się trudno.
Wstałem wczesnym rankiem, ale czerwonowłosa spała jak dziecko. Przeciągnąłem się jak kot, kości mnie bolały po trzech godzinach snu na podłodze. Przygotowywałem herbatę i coś do jedzenia, gdy usłyszałem cichy jęk. Wróciłem do sypialni. Ava powoli otwierała oczy...
- Głowa mi pęka. Gdzie ja, do cholery, jestem?- mruczała pod nosem, aż zauważyła mnie, stojącego w drzwiach. Zsunęła się z łóżka i powoli wstawała. Już miała iść w moją stronę, ale zobaczyła w jakim jest stanie i przystanęła.
- Coś ty ze mną zrobił?- warknęła i rzuciła się w moją stronę.- Pieprzony zboczeniec!
Złapałem dziewczynę za nadgarstki i unieruchomiłem, jednocześnie przyciągając ją do siebie. Opierała się o mnie całym ciałem, patrząc mi w oczy z wściekłością.
<Ava?>
- To co robimy teraz?- spytała z zaczepnym uśmiechem. Zmierzyłem ja od stóp do głów i pomyślałem o jednym. Ale potem przyszło mi do głowy, że gdy obudzi się z alkoholowego amoku, będzie wściekła. A byłem naprawdę zdziwiony jej nagłą przemianą...Zresztą, nieważne.
Wstałem od baru i przeszedłem się do łazienki. Przemyłem twarz zimną wodą i odetchnąłem głęboko. Gdy wróciłem, przy Avie siedziało trzech tęgich mężczyzn. Chyba każdy może się domyślić, co chcieliby zrobić. Jeden z nich trzymał rękę na talii dziewczyny.
- Zostaw ją- powiedziałem spokojnie, podchodząc do nich, a mężczyźni parsknęli śmiechem.
- A ty niby kim jesteś, żeby nam rozkazywać?- spytał jeden. Odwróciłem się w jego stronę i zdzieliłem go pięścią w szczękę.
- To powinno ci wystarczyć jako odpowiedź- odparłem. Spojrzałem na pozostałych dwóch. Podeszli do mnie i zaatakowali. Potem sprawa potoczyła się dość szybko.
*nocą*
Mężczyźni zaczepiali i gonili nas przez jakiś czas. Jako, że Ava nie utrzymywała pionu, musiałem wziąć ją na ręce. A bieganie z balastem, nawet tak lekkim jak ona, nigdy nie jest proste. W końcu jednak się ich pozbyliśmy. Wynająłem pokój na jedną noc w jakiejś niewielkiej gospodzie i zaniosłem tam Avę. Ułożyłem ją na łóżku i przykryłem ją kocem. Gdy się obudzi, nie będzie zbytnio zadowolona, choćby ze względu na to, że trzy czwarte jej koszulki było w strzępach, a spodnie poprzecinane były nożem. Ale mówi się trudno.
Wstałem wczesnym rankiem, ale czerwonowłosa spała jak dziecko. Przeciągnąłem się jak kot, kości mnie bolały po trzech godzinach snu na podłodze. Przygotowywałem herbatę i coś do jedzenia, gdy usłyszałem cichy jęk. Wróciłem do sypialni. Ava powoli otwierała oczy...
- Głowa mi pęka. Gdzie ja, do cholery, jestem?- mruczała pod nosem, aż zauważyła mnie, stojącego w drzwiach. Zsunęła się z łóżka i powoli wstawała. Już miała iść w moją stronę, ale zobaczyła w jakim jest stanie i przystanęła.
- Coś ty ze mną zrobił?- warknęła i rzuciła się w moją stronę.- Pieprzony zboczeniec!
Złapałem dziewczynę za nadgarstki i unieruchomiłem, jednocześnie przyciągając ją do siebie. Opierała się o mnie całym ciałem, patrząc mi w oczy z wściekłością.
<Ava?>
Od Williama C.D Iskry
Zza drzew wyłoniło się miasto. Wjechaliśmy do niego kamienną ścieżką. W okolicach rynku zauważyliśmy sklep z sukniami ślubnymi. Czułem się nieswojo w całej tej sytuacji, ale nie mogłem zostawić Iskry tak po prostu samej. Z ponurymi minami weszliśmy do sklepu. Od razu uderzył mnie zapach kobiecych perfum. Były wszędzie.
- Od czego zaczynamy?- spytałem, idąc za nią. Iskra przystanęła przy jednym ze stojaków i zaczęła przeglądać suknie. W jej oczach nie było entuzjazmu, który zapewne towarzyszył każdej innej dziewczynie w tym sklepie. Jej wzrok był smutny, ruchy niezgrabne. Usiadłem na fotelu i przyglądałem jej się. Nie wiedziałem, co zrobić, żeby ją pocieszyć. Stwierdzić, że "wszytko będzie dobrze"? Ja sam nie wierzę w takie teksty, a co dopiero ona.
- Mogę w czymś pomóc?- usłyszałem głos za sobą. Podeszła do nas jedna z ekspedientek, wysoka blondynka o błękitnych oczach. Uśmiechała się promiennie. Spojrzała na mnie, a potem przeniosła wzrok na Iskrę.
- Państwo razem?
Pokręciłem przecząco głową, powstrzymując uśmiech.
- Nie, jesteśmy przyjaciółmi. Pilnuję, żeby pan młody nie zobaczył jej w sukni przed ślubem- odparłem, mrugając do niej porozumiewawczo. Blondynka uważnie przyjrzała się Iskrze, po czym przeszła do innego pokoju. W tym czasie rudowłosa przesunęła się w moją stronę.
- Po co prosić ją o pomoc? Weźmy po prostu najbrzydszą sukienkę jaka tu jest i wynośmy się stąd. Mdli mnie na widok tego wszystkiego.
- Bo nie widzisz plusów- powiedziałem. Ekspedientka wróciła z wieszakiem, na którym wisiało parę sukni.- A więc zaczynamy.
*trochę później*
Jakieś pół godziny później wyszliśmy ze sklepu, z całkiem niezłą sukienką. Iskra wyglądała na osłabioną i zrezygnowaną.
- To co robimy teraz?- spytała cicho. Spojrzałem na nią, po czym ruszyłem przed siebie.
- Chodź za mną- rzuciłem jeszcze.
Dziewczyna nie protestowała. Chwilę potem znaleźliśmy się w niewielkim domu. Zrzuciłem płaszcz i pobiegłem do kuchni. Iskra w tym czasie rozglądała się po pokoju.
- Mieszkasz tu? To wszystko twoje?- spytała, wskazując na sporą kolekcję książek i paru innych rzeczy.
- To taki punkt zatrzymania. Czasem spędzam tu noc czy dwie, gdy jestem w okolicy- odpowiedziałem, wychylając głowę zza drzwi.
Wróciłem do pokoju, niosąc tacę z dwoma pełnymi szklankami i talerzem ciastek.
- Powinnaś coś zjeść- stwierdziłem, siadając na obitej skórą kanapę. Rudowłosa usiadła obok mnie i wzięła kubek do rąk. Upiła mały łyk i zakrztusiła się.
- Co to jest? Smakuje jak błoto- mruknęła, odstawiając kubek. Zaśmiałem się.
- Wolisz nie wiedzieć.
- Will, to nie ma sensu. Takie udawanie, że wszystko jest w porządku- powiedziała nagle. Spojrzałem jej w oczy. Była zdeterminowana i ożywiona.- Chcę tam pójść, wyjść za mąż, a gdy zagrożenie minie zabić tego drania.
- Czekałem aż to powiesz. Myślałem, że zajmie ci to dłużej- stwierdziłem, uśmiechając się do niej. Wstałem i podszedłem do drewnianej szafy. Wyciągnąłem z niej sporą skrzynkę. Postawiłem ją na stole i jednym ruchem otworzyłem. W środku ukazała się broń różnego rodzaju: od krótkich mieczy, przez proce, po małe strzały z trucizną.
- Do wyboru, do koloru- dodałem, patrząc na jej minę.
<Iskra?>
- Od czego zaczynamy?- spytałem, idąc za nią. Iskra przystanęła przy jednym ze stojaków i zaczęła przeglądać suknie. W jej oczach nie było entuzjazmu, który zapewne towarzyszył każdej innej dziewczynie w tym sklepie. Jej wzrok był smutny, ruchy niezgrabne. Usiadłem na fotelu i przyglądałem jej się. Nie wiedziałem, co zrobić, żeby ją pocieszyć. Stwierdzić, że "wszytko będzie dobrze"? Ja sam nie wierzę w takie teksty, a co dopiero ona.
- Mogę w czymś pomóc?- usłyszałem głos za sobą. Podeszła do nas jedna z ekspedientek, wysoka blondynka o błękitnych oczach. Uśmiechała się promiennie. Spojrzała na mnie, a potem przeniosła wzrok na Iskrę.
- Państwo razem?
Pokręciłem przecząco głową, powstrzymując uśmiech.
- Nie, jesteśmy przyjaciółmi. Pilnuję, żeby pan młody nie zobaczył jej w sukni przed ślubem- odparłem, mrugając do niej porozumiewawczo. Blondynka uważnie przyjrzała się Iskrze, po czym przeszła do innego pokoju. W tym czasie rudowłosa przesunęła się w moją stronę.
- Po co prosić ją o pomoc? Weźmy po prostu najbrzydszą sukienkę jaka tu jest i wynośmy się stąd. Mdli mnie na widok tego wszystkiego.
- Bo nie widzisz plusów- powiedziałem. Ekspedientka wróciła z wieszakiem, na którym wisiało parę sukni.- A więc zaczynamy.
*trochę później*
Jakieś pół godziny później wyszliśmy ze sklepu, z całkiem niezłą sukienką. Iskra wyglądała na osłabioną i zrezygnowaną.
- To co robimy teraz?- spytała cicho. Spojrzałem na nią, po czym ruszyłem przed siebie.
- Chodź za mną- rzuciłem jeszcze.
Dziewczyna nie protestowała. Chwilę potem znaleźliśmy się w niewielkim domu. Zrzuciłem płaszcz i pobiegłem do kuchni. Iskra w tym czasie rozglądała się po pokoju.
- Mieszkasz tu? To wszystko twoje?- spytała, wskazując na sporą kolekcję książek i paru innych rzeczy.
- To taki punkt zatrzymania. Czasem spędzam tu noc czy dwie, gdy jestem w okolicy- odpowiedziałem, wychylając głowę zza drzwi.
Wróciłem do pokoju, niosąc tacę z dwoma pełnymi szklankami i talerzem ciastek.
- Powinnaś coś zjeść- stwierdziłem, siadając na obitej skórą kanapę. Rudowłosa usiadła obok mnie i wzięła kubek do rąk. Upiła mały łyk i zakrztusiła się.
- Co to jest? Smakuje jak błoto- mruknęła, odstawiając kubek. Zaśmiałem się.
- Wolisz nie wiedzieć.
- Will, to nie ma sensu. Takie udawanie, że wszystko jest w porządku- powiedziała nagle. Spojrzałem jej w oczy. Była zdeterminowana i ożywiona.- Chcę tam pójść, wyjść za mąż, a gdy zagrożenie minie zabić tego drania.
- Czekałem aż to powiesz. Myślałem, że zajmie ci to dłużej- stwierdziłem, uśmiechając się do niej. Wstałem i podszedłem do drewnianej szafy. Wyciągnąłem z niej sporą skrzynkę. Postawiłem ją na stole i jednym ruchem otworzyłem. W środku ukazała się broń różnego rodzaju: od krótkich mieczy, przez proce, po małe strzały z trucizną.
- Do wyboru, do koloru- dodałem, patrząc na jej minę.
<Iskra?>
Od Eilistraee C.D Caspaina
Matka leżała na sporym, pozłacanym łożu z atłasowymi baldachimami. Jej komnata i łaźnia były najpiękniejszymi pomieszczeniami w Domu. W pozostałych śmierdziało i były obskurne. W jednym, małym pokoiku tłoczyło się zazwyczaj kilkanaście dziewcząt. Większość spała na podłodze.
-Podobno konasz w agonii.-białowłosa napiła się wina z trzymanego w dłoni kielicha. W komnacie było niemalże biało od palonych tu świec i kadzidełek.-Strasznym cierpieniem musi być umieranie wśród dziwek.
-Mamy mało czasu.-odpowiedziała słabo leżąca na łożu kobieta.-Oszczędź sobie docinek drogie dziecko.
-Czego chcesz?-Eilistraee zmieniła ton głosu na cichszy ale nadal ostry.
-Ktoś musi przejąć to po mojej śmierci-wychrypiała-Jesteś jedyną godną, Eilistraee. Nie zostawiaj ich samych. Większość to jeszcze dziewczynki, chcesz widzieć je w burdelach?
-Jeśli wpiszesz mnie-zaczęła ze spokojem, gasząc opuszkami palców kadzidełko-Zabiję Ciebie, Twoje przełożone i cały Dom.
***
Był środek nocy, ona nie mogła spać. Myślała intensywnie. Nienawidziła Domu ale słowa Matki wzbudziły w niej skruchę. Potrafiła manipulować czyimiś uczuciami nawet na łożu śmierci. Wyjęła pergamin i pióro. Chciała napisać do niego list. Dotknęła papieru końcem pióra. Usłyszała czyjeś szybkie kroki, chwilę później w drzwiach jej komnaty stała oddychająca ciężko Janyce. Na jej młodej twarzy zamiast cynicznego uśmieszku malował się strach.
-Matka zmarła.-wydyszała i opadła na łóżko obok. Ręka Eilistraee zadrżała. Nie mogła napisać normalnej wiadomości. Musiała ograniczyć się do jednego zwrotu, ludzie są niezwykle ciekawscy a ona nie chciała robić sensacji. Coś co tylko on zrozumie.
-Jak szybko rozniesie się plotka o jej śmierci i o tym, że teraz ja zostanę Matką?-spytała cicho dziewczyny.
-O śmierci, królestwa dowiedzą się do następnej pełni.-odpowiedziała. Niecałe pięć dni.-O tym, że teraz Ty będziesz tu rządzić nie dowie się nikt spoza Domu, chyba, że któraś z kapłanek to rozpowie.
Napisała na pergaminie jeden, krótki zwrot. Plotki głoszą. Jest inteligentny. Gdy dowie się o śmierci, będzie wiedział, że teraz ona ma być Matką.
-Jeśli którakolwiek z nas-westchnęła ciężko podając adeptce list-Powie komukolwiek o mojej sytuacji, obetnijcie jej język. Ewentualnie sama to zrobię.
-Matka zmarła.-wydyszała i opadła na łóżko obok. Ręka Eilistraee zadrżała. Nie mogła napisać normalnej wiadomości. Musiała ograniczyć się do jednego zwrotu, ludzie są niezwykle ciekawscy a ona nie chciała robić sensacji. Coś co tylko on zrozumie.
-Jak szybko rozniesie się plotka o jej śmierci i o tym, że teraz ja zostanę Matką?-spytała cicho dziewczyny.
-O śmierci, królestwa dowiedzą się do następnej pełni.-odpowiedziała. Niecałe pięć dni.-O tym, że teraz Ty będziesz tu rządzić nie dowie się nikt spoza Domu, chyba, że któraś z kapłanek to rozpowie.
Napisała na pergaminie jeden, krótki zwrot. Plotki głoszą. Jest inteligentny. Gdy dowie się o śmierci, będzie wiedział, że teraz ona ma być Matką.
-Jeśli którakolwiek z nas-westchnęła ciężko podając adeptce list-Powie komukolwiek o mojej sytuacji, obetnijcie jej język. Ewentualnie sama to zrobię.
<Caspain? XD>
Od Caspaina C.D Eilistraee
Wyprostowałem się dumnie. W moich żyłach zagotowała się krew. Wyciągnąłem nóż z pochwy i podrzuciłem nim w ręce.
- Caspainie..
- Milcz, kobieto - przerwałem brutalnie. Enna instynktownie odsunęła się o krok ode mnie.
- Panie, naprawdę nie wiemy jak do tego doszło.. - strażnik nie dokończył. Nóż wbił się w jego szyję, rozcinając na miejscu tętnicę. Nikt się nie ruszył. Agonia mężczyzny trwała nie dłużej niż dwadzieścia sekund.
- Kto obejmował wartę? - spytałem. Moja twarz pozostawała beznamiętna.
- Ludzie podlegli Otarionowi - odezwał się Sir Bargeon Quinn, mój zaufany doradca. Człowiek przebiegły, inteligentny, niespełna trzydziestopięcioletni.
- Ile osób liczy ta podgrupa?
- Siedemnaście.
- Jaki stan? - nadal zadawałem pytania.
- Trzy kobiety, ośmiu mężczyzn, sześciu chłopców, jednak tej nocy zamek obstawiało tylko szesnaście osób.
- Z jakiej przyczyny? - spojrzałem na niego ostro. Bargeon wzdrygnął się i kontynuował:
- Jeden z chłopców zachorował. Nie był w stanie pracować tej nocy. Ze służby zwolnił go nadworny lekarz, Serguson - wyjawił. Skinąłem głową.
- Przyprowadźcie całą podgrupę, z wyjątkiem chorego chłopca. Oraz Otariona, oczywiście. Chłopcy zostaną wychłostani w zależności od wieku; najmłodsi dostaną trzy ciosy, najstarsi sześć. Na policzku każdej kobiety znajdzie się blizna. Na lewym policzku. Mężczyznom kowale wypalą znak nieposłuszeństwa na ramieniu. A Otarion.. Cóż, jego ukarzę sam - uśmiechnąłem się szaleńczo, wyobrażając sobie co zrobię z nieudolnym dowódcą. Enna splotła ze mną palce dłoni.
- Jej ucieczka wymaga takiej surowej kary? - spytała cicho. Spojrzałem brance prosto w oczy.
- Nikt nie ma prawa niepostrzeżenie zniknąć z mojej twierdzy. Nikt, rozumiesz? - wycedziłem. - A tym bardziej kapłanka o egzotycznym wyglądzie.
- Nie przywiązuj się - spuściła głowę i zabrała swoją rękę. Odprowadziłem ją wzrokiem.
- Przybędzie niedługo - wyrzuciłem z siebie. - Lenny go sprowadzi. Wytrzymaj jeszcze kilka dni.
- A Ty?! - podniosła głos. - Zostawiasz mnie tutaj, a sam jedziesz przywieźć z powrotem swoją kurwę?!
- A Ty niby kim jesteś, jeśli nie moją dziwką? - moje słowa odbiły się echem od ścian sali tronowej.
- Matką Twojego syna! - Enna zaczęła się bronić.
- To niczego nie zmienia. I tak jesteś tylko i wyłącznie kurwą - syknąłem. Wiedziałem, że sprawiam jej ból, ale nie przejmowałem się tym. Moje zdanie nie mogło być w żaden sposób podważane. Przez nikogo. Kobieta wybiegła z pomieszczenia.
- Zabierzcie stąd te ciało - skinąłem na służących. Usiadłem na swoim czarnym, okutym krwistoczerwonym atłasem tronie i podparłem ręką brodę. Obserwowałem jak dwóch młodych mężczyzn podnosi zabitego strażnika z posadzki, a stojąca obok nich kobieta czyści mój ukochany nóż. Gdy skończyła, położyła go na schodach i zabrała się do zdrapywania zaschłej już nieco krwi. Nie była pięknością. Była wręcz gruba i niezdarna. Mimo tego, potrzebowałem tego popołudnia dużego, kobiecego ciała. Obfitego, co najważniejsze.
- Jak Ci na imię? - spytałem, podnosząc się.
- Gerda, mój Panie - służka złożyła mi pokorny ukłon.
- Masz męża?
- Męża, dwóch synów oraz jedną córkę, Panie.
- Pod czyimi rozkazami znajduje się Twój mąż, Gerdo?
- Tomesha Iltario, Panie - nie podnosiła wzroku. Tomesh Iltario, pomyślałem, nie należy do tych, których szanuję najbardziej. Mógłbym go zastąpić każdym.
- Zostaw to - byłem już na tyle blisko, że mogłem jej dotknąć. Moje palce zatrzymały się na wysokości pulchnej szyi kobiety. Jej policzki pokryły się rumieńcami.
- Mój Panie, ja..
- Nikt się nie dowie - silnymi rękoma pociągnąłem ją w górę, stawiając na równe nocy. - Zapewniam, że żadna noc z Twoim mężem nie będzie się mogła równać z dzisiejszą.
(...) Krzyk służki zagłuszał uporczywe dobijanie się do moich drzwi. Pociągnąłem ją za włosy.
- Ciszej - zamruczałem kobiecie do ucha. Wyszedłem z niej, zostawiając ją pozbawioną drugiego spełnienia. Naciągnąłem spodnie i nie przejmując się zupełnie brakiem koszuli otworzyłem drzwi.
- Czego? - warknąłem, widząc szpakowatego zwiadowcę. Podał mi zwinięty pergamin.
- List od Lorda Bristana - nie odważył się zajrzeć do środka. - Zawiadamia, że kapłankę z Asshai widziano na pokładzie statku handlowego.
- Wyruszył za nią? - spytałem, przełamując pieczęć podległego Lorda.
- Wysłał swojego człowieka. Swojego specjalnego człowieka - podkreślił mężczyzna. - Dowie się, co jest przyczyną nagłej ucieczki kapłanki.
- I jak zawsze będzie bardzo skuteczna - uniosłem kąciki ust. Zatrzasnąłem drzwi i skierowałem spojrzenie na drżącą, pulchną kobietę na moim łożu. Jej obfite piersi podskakiwały przy każdym jej oddechu.
- Niech nikt nam nie przeszkadza - wymamrotałem.
(Christo? Gdzie Ty do cholery pojechałaś?!)
- Caspainie..
- Milcz, kobieto - przerwałem brutalnie. Enna instynktownie odsunęła się o krok ode mnie.
- Panie, naprawdę nie wiemy jak do tego doszło.. - strażnik nie dokończył. Nóż wbił się w jego szyję, rozcinając na miejscu tętnicę. Nikt się nie ruszył. Agonia mężczyzny trwała nie dłużej niż dwadzieścia sekund.
- Kto obejmował wartę? - spytałem. Moja twarz pozostawała beznamiętna.
- Ludzie podlegli Otarionowi - odezwał się Sir Bargeon Quinn, mój zaufany doradca. Człowiek przebiegły, inteligentny, niespełna trzydziestopięcioletni.
- Ile osób liczy ta podgrupa?
- Siedemnaście.
- Jaki stan? - nadal zadawałem pytania.
- Trzy kobiety, ośmiu mężczyzn, sześciu chłopców, jednak tej nocy zamek obstawiało tylko szesnaście osób.
- Z jakiej przyczyny? - spojrzałem na niego ostro. Bargeon wzdrygnął się i kontynuował:
- Jeden z chłopców zachorował. Nie był w stanie pracować tej nocy. Ze służby zwolnił go nadworny lekarz, Serguson - wyjawił. Skinąłem głową.
- Przyprowadźcie całą podgrupę, z wyjątkiem chorego chłopca. Oraz Otariona, oczywiście. Chłopcy zostaną wychłostani w zależności od wieku; najmłodsi dostaną trzy ciosy, najstarsi sześć. Na policzku każdej kobiety znajdzie się blizna. Na lewym policzku. Mężczyznom kowale wypalą znak nieposłuszeństwa na ramieniu. A Otarion.. Cóż, jego ukarzę sam - uśmiechnąłem się szaleńczo, wyobrażając sobie co zrobię z nieudolnym dowódcą. Enna splotła ze mną palce dłoni.
- Jej ucieczka wymaga takiej surowej kary? - spytała cicho. Spojrzałem brance prosto w oczy.
- Nikt nie ma prawa niepostrzeżenie zniknąć z mojej twierdzy. Nikt, rozumiesz? - wycedziłem. - A tym bardziej kapłanka o egzotycznym wyglądzie.
- Nie przywiązuj się - spuściła głowę i zabrała swoją rękę. Odprowadziłem ją wzrokiem.
- Przybędzie niedługo - wyrzuciłem z siebie. - Lenny go sprowadzi. Wytrzymaj jeszcze kilka dni.
- A Ty?! - podniosła głos. - Zostawiasz mnie tutaj, a sam jedziesz przywieźć z powrotem swoją kurwę?!
- A Ty niby kim jesteś, jeśli nie moją dziwką? - moje słowa odbiły się echem od ścian sali tronowej.
- Matką Twojego syna! - Enna zaczęła się bronić.
- To niczego nie zmienia. I tak jesteś tylko i wyłącznie kurwą - syknąłem. Wiedziałem, że sprawiam jej ból, ale nie przejmowałem się tym. Moje zdanie nie mogło być w żaden sposób podważane. Przez nikogo. Kobieta wybiegła z pomieszczenia.
- Zabierzcie stąd te ciało - skinąłem na służących. Usiadłem na swoim czarnym, okutym krwistoczerwonym atłasem tronie i podparłem ręką brodę. Obserwowałem jak dwóch młodych mężczyzn podnosi zabitego strażnika z posadzki, a stojąca obok nich kobieta czyści mój ukochany nóż. Gdy skończyła, położyła go na schodach i zabrała się do zdrapywania zaschłej już nieco krwi. Nie była pięknością. Była wręcz gruba i niezdarna. Mimo tego, potrzebowałem tego popołudnia dużego, kobiecego ciała. Obfitego, co najważniejsze.
- Jak Ci na imię? - spytałem, podnosząc się.
- Gerda, mój Panie - służka złożyła mi pokorny ukłon.
- Masz męża?
- Męża, dwóch synów oraz jedną córkę, Panie.
- Pod czyimi rozkazami znajduje się Twój mąż, Gerdo?
- Tomesha Iltario, Panie - nie podnosiła wzroku. Tomesh Iltario, pomyślałem, nie należy do tych, których szanuję najbardziej. Mógłbym go zastąpić każdym.
- Zostaw to - byłem już na tyle blisko, że mogłem jej dotknąć. Moje palce zatrzymały się na wysokości pulchnej szyi kobiety. Jej policzki pokryły się rumieńcami.
- Mój Panie, ja..
- Nikt się nie dowie - silnymi rękoma pociągnąłem ją w górę, stawiając na równe nocy. - Zapewniam, że żadna noc z Twoim mężem nie będzie się mogła równać z dzisiejszą.
(...) Krzyk służki zagłuszał uporczywe dobijanie się do moich drzwi. Pociągnąłem ją za włosy.
- Ciszej - zamruczałem kobiecie do ucha. Wyszedłem z niej, zostawiając ją pozbawioną drugiego spełnienia. Naciągnąłem spodnie i nie przejmując się zupełnie brakiem koszuli otworzyłem drzwi.
- Czego? - warknąłem, widząc szpakowatego zwiadowcę. Podał mi zwinięty pergamin.
- List od Lorda Bristana - nie odważył się zajrzeć do środka. - Zawiadamia, że kapłankę z Asshai widziano na pokładzie statku handlowego.
- Wyruszył za nią? - spytałem, przełamując pieczęć podległego Lorda.
- Wysłał swojego człowieka. Swojego specjalnego człowieka - podkreślił mężczyzna. - Dowie się, co jest przyczyną nagłej ucieczki kapłanki.
- I jak zawsze będzie bardzo skuteczna - uniosłem kąciki ust. Zatrzasnąłem drzwi i skierowałem spojrzenie na drżącą, pulchną kobietę na moim łożu. Jej obfite piersi podskakiwały przy każdym jej oddechu.
- Niech nikt nam nie przeszkadza - wymamrotałem.
(Christo? Gdzie Ty do cholery pojechałaś?!)
niedziela, 18 maja 2014
Od Alysanny C.D Felsarotha
-Motyle?-zbiegła szybko po schodach.-Uwielbiam motyle. Pokażesz je Panie także mnie?
-Z wielką chęcią, Lady.-podstarzały Lord uśmiechnął się do nich. Ruszyła za nim w stronę korytarza na końcu którego znajdowały się drzwi. Przeszli przez nie. Widok był niesamowity. Tysiące motyli ze wszystkich czterech królestw, łącznie z nazwami i opisami.
-Przepięknie.-powiedziała cicho wpatrując się w barwne skrzydła jednego z nich.
-Jesteś spokojna, Pani.-odezwał się nagle Lord. Skierowała wzrok na niego. Felsaroth także spojrzał nań zaciekawiony.
-Zawsze myślałem, że ludzie Południa mają w sobie temperament.-odparł zmieszany.-Wybacz jeśli Cię uraziłem, Milady.
-Nic się nie stało.-odpowiedziała ze spokojem chociaż z lekka zbiło ją to z tropu. Nigdy nie pokazywała części charakteru odziedziczonej po ojcu bo babka wpajała jej, że to nieetyczne i wulgarne.
-Z wielką chęcią, Lady.-podstarzały Lord uśmiechnął się do nich. Ruszyła za nim w stronę korytarza na końcu którego znajdowały się drzwi. Przeszli przez nie. Widok był niesamowity. Tysiące motyli ze wszystkich czterech królestw, łącznie z nazwami i opisami.
-Przepięknie.-powiedziała cicho wpatrując się w barwne skrzydła jednego z nich.
-Jesteś spokojna, Pani.-odezwał się nagle Lord. Skierowała wzrok na niego. Felsaroth także spojrzał nań zaciekawiony.
-Zawsze myślałem, że ludzie Południa mają w sobie temperament.-odparł zmieszany.-Wybacz jeśli Cię uraziłem, Milady.
-Nic się nie stało.-odpowiedziała ze spokojem chociaż z lekka zbiło ją to z tropu. Nigdy nie pokazywała części charakteru odziedziczonej po ojcu bo babka wpajała jej, że to nieetyczne i wulgarne.
***
Przypatrywała się Felsaroth'owi nauczającemu jakiegoś chłopca, zapewne syna albo wnuka Lorda, walki. Podeszła bliżej.
-Powinieneś nazwać ten miecz.-uśmiechnął się mężczyzna wskazując na dość małe, niegroźne ostrze.-Najlepsze miecze mają swoje imiona.
Chłopczyk potaknął i odbiegł.
-Imiona?-skrzywiła się nieznacznie.-Na Północy nikt nigdy nie nazywa kawałków stali.
-Rycerze, królewscy gwardziści, skrytobójcy.-odezwał się.-Na pewno to robią. Wszyscy dobrzy wojownicy nadają mieczom imiona.
-Wszystkie pizdy.-zacytowała swojego ojca, nawet tego nie zamierzając. Szybko zasłoniła dłonią usta ale nie żałowała tego.
-Wybacz mi mój nietakt Panie.-zaśmiała się cicho.
<Felek? XD>
-Wybacz mi mój nietakt Panie.-zaśmiała się cicho.
<Felek? XD>
Od Luny
Kolejny dzień i kolejne obowiązki. Nie ma ich zbyt dużo i są proste lecz nudne.
Niechętnie podniosłam się z łóżka. Ubrałam się i podeszłam do okna. Widok rozchodzący się na polanę za domem był cudowny. Tą piękną chwilę przerwało mi pukanie do drzwi przez które po chwili wszedł mój ojciec.
-Witaj- uśmiechnął się do mnie.
-Witaj tato.- odparłam. Nasze rozmowy toczyły zawsze się sztywno.-Cóż Cię sprowadza tutaj?
-Chciałem Cię odwiedzić i zapytać co u Ciebie.
-Wszystko w najlepszym porządku, a jak Twoje zdrowie?-spytałam z czystej kultury.
-Bardzo dobrze.
-To świetnie-ruszyłam w stronę szafy.- Wychodzę się przejść. Nie wiem o której wrócę.
Ojciec skinął głową i wyszedł. Chciałabym mieć z nim jakieś normalne kontakty lecz wiem, że to jest nie możliwe.
Ubrałam się w najzwyklejsze ubrania i wyszłam z mieszkania. Ruszyłam w głąb miasta. Weszłam do jednej z karczm. Przed wejściem zaciągając kaptur na głowę. Lubiłam czasami wyjść i zwyczajnie się czegoś napić.
Wybrałam miejsce w oddalonym od wejścia kącie sali. Siedziałam tak samotnie aż ktoś krzyknął coś w moim kierunku.
-Co tu robisz dziewczyno?
-Siedzę. A Ty ? - rzuciłam przez ramię.
Po czym usłyszałam kroki zbliżającej się osoby.
<Kto to był? >
Niechętnie podniosłam się z łóżka. Ubrałam się i podeszłam do okna. Widok rozchodzący się na polanę za domem był cudowny. Tą piękną chwilę przerwało mi pukanie do drzwi przez które po chwili wszedł mój ojciec.
-Witaj- uśmiechnął się do mnie.
-Witaj tato.- odparłam. Nasze rozmowy toczyły zawsze się sztywno.-Cóż Cię sprowadza tutaj?
-Chciałem Cię odwiedzić i zapytać co u Ciebie.
-Wszystko w najlepszym porządku, a jak Twoje zdrowie?-spytałam z czystej kultury.
-Bardzo dobrze.
-To świetnie-ruszyłam w stronę szafy.- Wychodzę się przejść. Nie wiem o której wrócę.
Ojciec skinął głową i wyszedł. Chciałabym mieć z nim jakieś normalne kontakty lecz wiem, że to jest nie możliwe.
Ubrałam się w najzwyklejsze ubrania i wyszłam z mieszkania. Ruszyłam w głąb miasta. Weszłam do jednej z karczm. Przed wejściem zaciągając kaptur na głowę. Lubiłam czasami wyjść i zwyczajnie się czegoś napić.
Wybrałam miejsce w oddalonym od wejścia kącie sali. Siedziałam tak samotnie aż ktoś krzyknął coś w moim kierunku.
-Co tu robisz dziewczyno?
-Siedzę. A Ty ? - rzuciłam przez ramię.
Po czym usłyszałam kroki zbliżającej się osoby.
<Kto to był? >
Od Iltrana c.d. Edhelrasa
Nie podobało mi się oblanie mnie lodowatą wodą, ani ubranie w ludzkie stroje, w ogóle nie podobała mi się zaistniała sytuacja. Ani mi się śniło służyć trupioblademu jegomościowi, który uważał mnie za jakiś przedmiot. Miałem ochotę użyć magii, ale nie nastał jeszcze na to czas. Pozwoliłem zatem zawlec się w stronę jego kwater i tam na niego czekałem.
Zostałem zatargany do ciemnego pokoju, który budził we mnie wstręt jeśli nie coś o wiele gorszego. Nie dość, że na podłodze wyścielane były futra zabitych zwierząt, to ze ścian patrzyły na mnie ich oczy, za sprawą sporej ilości wypchanych głów. Nie dość, że na polu panowała już noc, to okna przesłaniały ciemne kotary. Biurko, które stało przede mną, pod największym z nich, zawalone było ogromnymi stosami pergaminu. Na ich ustawione było kilka świec, a po pożółkłych kartach spływał stopiony wosk. Mrok jaki panował w pomieszczeniu w normalnych warunkach kazałby mi od razu je opuścić, teraz jednak musiałem czekać. Po prawej i lewej stronie pomieszczenia znajdowały się drzwi prowadzące do następnych, jakoś nie miałem ochoty tam zaglądać. Migotliwy ogień świec rzucał różnorakie cienie na ściany poryte prawie w całości regałami, które to znowu podtrzymywały opasłe tomiska. Jeśli miałbym stamtąd uciec to przez okno, albo drzwiami, ale najpierw musiałem wypowiedzieć odpowiednie zaklęcie i wymyślić sposób, dzięki któremu mógłbym spokojnie opuścić ten budynek. Wydać się to mogło niemożliwe, lecz z całą pewnością istniał jakiś sposób, wystarczyło tylko zdobyć odpowiednie informacje.
Wtem zaskrzypiały za moimi placami ciężki drewniane drzwi. Wyłonił się zza nich nie kto inny, jak człowiek, którego mógłbym znienawidzić tylko spoglądając mu w oczy. Odwróciłem się w jego stronę, a następnie skierowałem wzrok na regał obok. Słowa wypowiedziałem tak, że nie mógł ich dosłyszeć. Regał przewrócił się, tak szybko, że ledwo udało się mu przed nim uskoczyć, a to był dopiero początek.
<Edhelras?>
Zostałem zatargany do ciemnego pokoju, który budził we mnie wstręt jeśli nie coś o wiele gorszego. Nie dość, że na podłodze wyścielane były futra zabitych zwierząt, to ze ścian patrzyły na mnie ich oczy, za sprawą sporej ilości wypchanych głów. Nie dość, że na polu panowała już noc, to okna przesłaniały ciemne kotary. Biurko, które stało przede mną, pod największym z nich, zawalone było ogromnymi stosami pergaminu. Na ich ustawione było kilka świec, a po pożółkłych kartach spływał stopiony wosk. Mrok jaki panował w pomieszczeniu w normalnych warunkach kazałby mi od razu je opuścić, teraz jednak musiałem czekać. Po prawej i lewej stronie pomieszczenia znajdowały się drzwi prowadzące do następnych, jakoś nie miałem ochoty tam zaglądać. Migotliwy ogień świec rzucał różnorakie cienie na ściany poryte prawie w całości regałami, które to znowu podtrzymywały opasłe tomiska. Jeśli miałbym stamtąd uciec to przez okno, albo drzwiami, ale najpierw musiałem wypowiedzieć odpowiednie zaklęcie i wymyślić sposób, dzięki któremu mógłbym spokojnie opuścić ten budynek. Wydać się to mogło niemożliwe, lecz z całą pewnością istniał jakiś sposób, wystarczyło tylko zdobyć odpowiednie informacje.
Wtem zaskrzypiały za moimi placami ciężki drewniane drzwi. Wyłonił się zza nich nie kto inny, jak człowiek, którego mógłbym znienawidzić tylko spoglądając mu w oczy. Odwróciłem się w jego stronę, a następnie skierowałem wzrok na regał obok. Słowa wypowiedziałem tak, że nie mógł ich dosłyszeć. Regał przewrócił się, tak szybko, że ledwo udało się mu przed nim uskoczyć, a to był dopiero początek.
<Edhelras?>
środa, 14 maja 2014
Od Iskry c.d. Williama
Siedziałam na drewnianym krześle, gdy nagle do sali tronowej wbiegł ciemnowłosy. Między łzami lecącymi mi po twarzy widziałam jego oczy, które patrzyły nań złowrogo na dwóch mężczyzn. Widziałam w nich przebłyski złości. Ryko na widok młodzieńca przerwał w pół zdania. Jednak William podszedł do mnie i złapał mnie za rękę, dzięki czemu zrobiło mi się ciut lżej na sercu. Książę podniósł wzrok i spiorunował nim, nas obojga.
- Lady Iskro, dokończymy następnym razem kiedy się spotkamy - powiedział - A teraz straże, wyprowadźcie ich z zamku.
- Sami wyjdziemy! - wrzasnęłam.
Wstałam z krzesła i pociągnęłam ciemnowłosego za rękę. Prawą ręką trzymałam jego, zaś lewą dłonią wycierałam łzy. Biegliśmy ciemnymi korytarzami, które obwieszone były arabeskami oraz gobelinami. Czułam się okropnie. Kiedy wybiegliśmy z zamczyska. Wsiadłam na konia i patrzyłam na wprost. William podszedł do swojego siwego ogiera. Poklepał i stanął prosto.
- Co zażądał od Ciebie w zamian za nie krzywdzenie twojej rodziny? - spytał patrząc w oczy.
- Chce się ze mną ożenić - mruknęłam cicho, prawie dosłyszalnie.
William coś tam mruczał pod nosem przez chwilę, ale szybko się pozbierał i skoczył na ogiera. Złapałam rękoma za siodło, a on odwrócił się do mnie i powiedział:
- Będziemy jechać cwałem, radzę Ci więc złapać mnie w pasie.
Trudno tak złapać sobie ciemnowłosego za pas, gdyż to takie niestosowne, ale mówi się trudno.
- To gdzie zamierzasz jechać?
- Do miasta, muszę kupić suknię ślubną.
Ciemnowłosy chłopak uderzył stopami w podbrzusze konia i już cwałowaliśmy przez las w kierunku miasta.
* jakiś tam czas później, dojeżdżając do miasta*
Zza drzew wyłaniało się miasto. Wjechaliśmy do niego kamienną ścieżką. W okolicach rynku zauważyłam sklep z sukniami ślubnymi. Od razu posmutniałam. Nie chciałam za niego wychodzić, chciałabym wyjść za mąż za tego jedynego. Ponura weszłam do sklepu, a za mną William.
<William?>
- Lady Iskro, dokończymy następnym razem kiedy się spotkamy - powiedział - A teraz straże, wyprowadźcie ich z zamku.
- Sami wyjdziemy! - wrzasnęłam.
Wstałam z krzesła i pociągnęłam ciemnowłosego za rękę. Prawą ręką trzymałam jego, zaś lewą dłonią wycierałam łzy. Biegliśmy ciemnymi korytarzami, które obwieszone były arabeskami oraz gobelinami. Czułam się okropnie. Kiedy wybiegliśmy z zamczyska. Wsiadłam na konia i patrzyłam na wprost. William podszedł do swojego siwego ogiera. Poklepał i stanął prosto.
- Co zażądał od Ciebie w zamian za nie krzywdzenie twojej rodziny? - spytał patrząc w oczy.
- Chce się ze mną ożenić - mruknęłam cicho, prawie dosłyszalnie.
William coś tam mruczał pod nosem przez chwilę, ale szybko się pozbierał i skoczył na ogiera. Złapałam rękoma za siodło, a on odwrócił się do mnie i powiedział:
- Będziemy jechać cwałem, radzę Ci więc złapać mnie w pasie.
Trudno tak złapać sobie ciemnowłosego za pas, gdyż to takie niestosowne, ale mówi się trudno.
- To gdzie zamierzasz jechać?
- Do miasta, muszę kupić suknię ślubną.
Ciemnowłosy chłopak uderzył stopami w podbrzusze konia i już cwałowaliśmy przez las w kierunku miasta.
* jakiś tam czas później, dojeżdżając do miasta*
Zza drzew wyłaniało się miasto. Wjechaliśmy do niego kamienną ścieżką. W okolicach rynku zauważyłam sklep z sukniami ślubnymi. Od razu posmutniałam. Nie chciałam za niego wychodzić, chciałabym wyjść za mąż za tego jedynego. Ponura weszłam do sklepu, a za mną William.
<William?>
wtorek, 13 maja 2014
Od Eilistraee C.D Caspaina
Po uprzednim upewnieniu się, że Caspain odszedł wystarczająco daleko, wstała gwałtownie. Podniosła dziewczynkę, boleśnie wbijając jej paznokcie w ramię. Uderzyła ją w twarz.
-Przestań się ukrywać do cholery, Janyce!-warknęła. Zamiast dziecka na łożu momentalnie pojawiła się młoda dziewczyna o włosach i oczach w kolorze intensywnego lazuru. Była ona jedną z młodszych kapłanek, adeptek.
-Nie musiałaś bić.-syknęła rozcierając zaczerwieniony policzek Jej skóra była ciemna, tak jak skóra Eilistraee z tym, że ciemniejsza.-Jak się dowiedziałaś? Na targu nie zauważyłaś...
-Gdy spałaś otworzyłaś oczy.-uśmiechnęła się tryumfalnie białowłosa.-Tęczówki były lazurowe. Widzę, że nie wychodzi Ci zmiana twarzy, moje Ty zdolne dziecko.
-Musisz wrócić.-odpowiedziała Janyce nie przejmując się zbytnio uwagą.-Matka chce Cię zobaczyć.
-Ale ja nie chcę widzieć Matki.-mruknęła kapłanka.-Co może mi zrobić? Wysłać po mnie kolejne adeptki które zabiję klaśnięciem w dłonie?
Dziewczyna poruszyła się niespokojnie.
-Ona umiera, Eilistraee.-westchnęła cicho.-Musisz wrócić. Nikt nie jest godzien...
-Nawet tego nie sugeruj.-ucięła jej ostro.-Nie mam zamiaru rządzić burdelem którego ludzie nazywają Domem Dusz. Ciebie też prędzej czy później sprzedałaby, gdyby znów miała długi.
-Aż tak ktoś się tu trzyma?-uśmiechnęła się złośliwie młodsza z kobiet. Jej wzrok skierował się na zostawiony w komnacie nóż myśliwski Caspaina.-Rozumiem. Wielka Eilistraee, wskrzeszająca zmarłych kapłanka robi za dziwkę jakiegoś wysoko postawionego Lorda?
Białowłosa w ułamku sekundy chwyciła jej włosy i pociągnęła w swoją stronę. Przyłożyła jej twarz do rozżarzonego paleniska. Tak by ogień parzył ale nie robił krzywdy.
-Chcesz bym oszpeciła Twoją piękną buzię?-syknęła jej do ucha.-Szkoda. Raczej nikt nie kupi Cię ze zwęgloną twarzą.
Eilistraee puściła wyrywającą się adeptkę.
-Popłynę z Tobą.-odpowiedziała spokojnym, delikatnym tonem, jakby nic się nie stało.-Spróbujcie tylko trzymać mnie w tej klatce dłużej niż miesiąc a wybiję cały Dom.
Janyce potaknęła pospiesznie.
***
Mały, handlowy statek kołysał się delikatnie na falach. Spojrzała w stronę zamku na wzgórzu. Nie pożegnała się. Był zły - poza tym, nie chciała mu tego wszystkiego tłumaczyć. Dostatecznie dużo już wiedział.
-Wskrzesiłaś dziewczynkę?-spytała adeptki. Potaknęła.
-Wskrzesiłam, zniszczyłam pamięć i wmówiłam, że ktoś uratował ją i zostanie jedną z służących.-wyjaśniła szybko.
Im bardziej oddalali się od brzegu tym bardziej się bała. Matki i Caspaina. Nie wiedziała które z nich jest bardziej nieprzewidywalne.
<Caspain? XD>
-Wskrzesiłaś dziewczynkę?-spytała adeptki. Potaknęła.
-Wskrzesiłam, zniszczyłam pamięć i wmówiłam, że ktoś uratował ją i zostanie jedną z służących.-wyjaśniła szybko.
Im bardziej oddalali się od brzegu tym bardziej się bała. Matki i Caspaina. Nie wiedziała które z nich jest bardziej nieprzewidywalne.
<Caspain? XD>
Od Caspaina C.D Eilistraee
Westchnąłem ciężko, walcząc ze swoim zmęczeniem. Lenny potrafił wspaniale posługiwać się bronią. Mogliśmy ścierać się godzinami.
- Thesson nie jest przytułkiem dla przybłęd - mruknąłem. - Moja siostra jednak, ma wielkie serce. Napiszę do niej dziś wieczorem, rano posłaniec wyruszy na Wschód.
- Będę bardzo wdzięczna - Christa westchnęła i przeniosła spojrzenie na czarnowłosą dziewczynkę. Chwyciłem dzban z winem.
- Życzysz sobie, Eilistraee? - spytałem złośliwie.
- Nie nazywaj mnie tak - jęknęła kobieta. - Proszę. Caspainie, wiesz doskonale kim jestem.
- Jesteś kapłanką, która ratuje kilkuletnie dzieci - powiedziałem. Nie miałem pojęcia skąd pojawiła się we mnie ta nieoczekiwana złość na białowłosą. Christa poruszyła się niespokojnie, jakbym ją uderzył. Nalałem wina do jej pustego kielicha i wyszedłem z komnaty. Lenny' ego już na zamku nie było. Skierowałem się do sali tronowej.
- Nie powitasz mnie, mój Lordzie? - melodyjny, kobiecy głos dobiegał zza moich pleców. Na mojej twarzy momentalnie zagościł uśmiech. Odwróciłem się i ujrzałem ją. Opierała ręce na swoich krągłych biodrach, uśmiechała się zawadiacko. Ubrana w spodnie oraz dopasowaną do ciała, wiązaną na imponującym biuście koszulę, wyglądała zniewalająco.
- Enno - rozłożyłem szeroko ręce. Gdy biegła, jej kręcone, złociste włosy tworzyły wokół jej głowy aureolę. Wpadła mi w ramiona. Ścisnąłem jej pośladki i namiętnie pocałowałem kochankę.
- Nareszcie - wymamrotałem. Nie mogłem oderwać się od jej ust.
- Caspainie - roześmiała się, kładąc palec na moich wargach. - Jest już tutaj?
- Nie. Lenny dzisiaj po niego wyjechał. Za tydzień będzie z Tobą - zapewniłem.
- Plotka głosi, że sprowadziłeś ze sobą piękną kapłankę z Asshai.. Myślisz, że chętna jest poznać mnie bliżej?
- Wątpię, by interesowały ją Twoje wdzięki - powiedziałem z rozbawieniem w głosie. - Za to mnie..
- Nie - powstrzymała mnie. - Jestem Twoją kochanką, a nie branką.
- I jesteś najlepszą kochanką - pocałowałem ją.
(Christo? :P)
- Thesson nie jest przytułkiem dla przybłęd - mruknąłem. - Moja siostra jednak, ma wielkie serce. Napiszę do niej dziś wieczorem, rano posłaniec wyruszy na Wschód.
- Będę bardzo wdzięczna - Christa westchnęła i przeniosła spojrzenie na czarnowłosą dziewczynkę. Chwyciłem dzban z winem.
- Życzysz sobie, Eilistraee? - spytałem złośliwie.
- Nie nazywaj mnie tak - jęknęła kobieta. - Proszę. Caspainie, wiesz doskonale kim jestem.
- Jesteś kapłanką, która ratuje kilkuletnie dzieci - powiedziałem. Nie miałem pojęcia skąd pojawiła się we mnie ta nieoczekiwana złość na białowłosą. Christa poruszyła się niespokojnie, jakbym ją uderzył. Nalałem wina do jej pustego kielicha i wyszedłem z komnaty. Lenny' ego już na zamku nie było. Skierowałem się do sali tronowej.
- Nie powitasz mnie, mój Lordzie? - melodyjny, kobiecy głos dobiegał zza moich pleców. Na mojej twarzy momentalnie zagościł uśmiech. Odwróciłem się i ujrzałem ją. Opierała ręce na swoich krągłych biodrach, uśmiechała się zawadiacko. Ubrana w spodnie oraz dopasowaną do ciała, wiązaną na imponującym biuście koszulę, wyglądała zniewalająco.
- Enno - rozłożyłem szeroko ręce. Gdy biegła, jej kręcone, złociste włosy tworzyły wokół jej głowy aureolę. Wpadła mi w ramiona. Ścisnąłem jej pośladki i namiętnie pocałowałem kochankę.
- Nareszcie - wymamrotałem. Nie mogłem oderwać się od jej ust.
- Caspainie - roześmiała się, kładąc palec na moich wargach. - Jest już tutaj?
- Nie. Lenny dzisiaj po niego wyjechał. Za tydzień będzie z Tobą - zapewniłem.
- Plotka głosi, że sprowadziłeś ze sobą piękną kapłankę z Asshai.. Myślisz, że chętna jest poznać mnie bliżej?
- Wątpię, by interesowały ją Twoje wdzięki - powiedziałem z rozbawieniem w głosie. - Za to mnie..
- Nie - powstrzymała mnie. - Jestem Twoją kochanką, a nie branką.
- I jesteś najlepszą kochanką - pocałowałem ją.
(Christo? :P)
Od Irisy C.D Joraha
- Daj mi go teraz - wycedził Caspain. Na jego twarzy malowała się nienawiść. Zerknęłam niepewnie na Lorda Mormonta.
- Obawiam się, Lordzie Tourine, że nie spełnię Twojego życzenia - oznajmił Jorah. Rudowłosy młodzieniec poruszył się niespokojnie. Wstrzymałam oddech.
- Daj mi go ku*wa teraz - syknął. - Ten pierdolony zboczeniec chciał zgwałcić Twoją przyszłą żonę. Zerżnąłby ją jak zwykłą kurwę, gdyby mnie tam nie było, a Ty zamierzasz pozostawić to bez jakiejkolwiek kary? Jak śmiesz? Jak..
- Caspainie! - przerwałam mu zanim obrzucił wyzwiskami Sir Joraha. Wstałam ze swojego miejsca. - Proszę Cię, zamilcz.
- I mam pozwolić, by taka obelga nie została pomszczona? - Caspain niebezpiecznie zbliżał się w kierunku trzymanego przez strażników Porthera.
- Jestem pewna, że Sir Jorah podejmie rozsądną decyzję w tej kwestii. Spójrz na mnie - nieznacznie podniosłam głos. Musiałam za wszelką cenę powstrzymać brata od zrobienia czegoś wyjątkowo głupiego. Był w stanie wymordować wszystkich w tej sali, począwszy od Porthera, na samym Lordzie Hammshert kończąc. Caspain nie słuchał. Nie odrywał oczu od pleców pojmanego. Nie mogłam dłużej czekać. Już chciałam zbiec po schodach i wejść między swojego prześladowcę, a brata, gdy zatrzymał mnie Sir Jorah:
- Jeszcze dzisiejszego dnia podejmę decyzję odnośnie wyroku - powiedział. - Potrzebuję czasu, by naradzić się ze swoimi doradcami.
- Naradzić? - prychnął Caspain. - Obyś tylko nie naradzał zbyt długo, Silny Niedźwiedziu.
- Cas.. - urwałam, widząc jak szybkim, zdecydowanym krokiem opuszcza salę tronową. Westchnęłam i machnęłam niecierpliwie ręką.
- Wyjdźcie! Wszyscy - usiadłam ciężko na pięknie rzeźbionym, długowiecznym już tronie. Jedyną osobą, która przy mnie została, był Sir Jorah.
- Moja Pani, wybacz, że naraziłem Cię na takie wydarzenie. Czuję złość na samego siebie, że to mój własny najemnik tak okrutnie pohańbił święte prawa gościnności - palce mężczyzny dotknęły mojej ręki.
- Nie powinieneś mieć wyrzutów sumienia, Lordzie. To ja jestem Ci winna przeprosiny za zachowanie mojego brata. Postąpił bardzo impulsywnie. Zapomnij mu jego słowa.
- Czy to sprawi, że na Twojej twarzy ponownie pojawi się uśmiech, Księżno? - spytał. Mimowolnie uniosłam kąciki ust. - Rozumiem, że Caspain jest Twym bratem, Pani. Bliźnięta zawsze są sobie wyjątkowo bliskie. Miał prawo bronić Cię całym sobą.
- Dziękuję. Lordzie - oczami wskazałam na dłoń narzeczonego, która w dalszym ciągu spoczywała na mojej. Sir Mormont od razu zrozumiał aluzję. Wstał i pokłonił się.
- Udam się teraz w ustronne miejsce, aby przemyśleć moją decyzję. Powinnaś odpocząć, Pani - rzucił na pożegnanie i zostawił mnie samą. Dopiero gdy wyszedł, na moje policzki wstąpił rumieniec. Czułam, że ten związek ma jednak jakąś przyszłość przed sobą.
(Joraszku? :3)
- Obawiam się, Lordzie Tourine, że nie spełnię Twojego życzenia - oznajmił Jorah. Rudowłosy młodzieniec poruszył się niespokojnie. Wstrzymałam oddech.
- Daj mi go ku*wa teraz - syknął. - Ten pierdolony zboczeniec chciał zgwałcić Twoją przyszłą żonę. Zerżnąłby ją jak zwykłą kurwę, gdyby mnie tam nie było, a Ty zamierzasz pozostawić to bez jakiejkolwiek kary? Jak śmiesz? Jak..
- Caspainie! - przerwałam mu zanim obrzucił wyzwiskami Sir Joraha. Wstałam ze swojego miejsca. - Proszę Cię, zamilcz.
- I mam pozwolić, by taka obelga nie została pomszczona? - Caspain niebezpiecznie zbliżał się w kierunku trzymanego przez strażników Porthera.
- Jestem pewna, że Sir Jorah podejmie rozsądną decyzję w tej kwestii. Spójrz na mnie - nieznacznie podniosłam głos. Musiałam za wszelką cenę powstrzymać brata od zrobienia czegoś wyjątkowo głupiego. Był w stanie wymordować wszystkich w tej sali, począwszy od Porthera, na samym Lordzie Hammshert kończąc. Caspain nie słuchał. Nie odrywał oczu od pleców pojmanego. Nie mogłam dłużej czekać. Już chciałam zbiec po schodach i wejść między swojego prześladowcę, a brata, gdy zatrzymał mnie Sir Jorah:
- Jeszcze dzisiejszego dnia podejmę decyzję odnośnie wyroku - powiedział. - Potrzebuję czasu, by naradzić się ze swoimi doradcami.
- Naradzić? - prychnął Caspain. - Obyś tylko nie naradzał zbyt długo, Silny Niedźwiedziu.
- Cas.. - urwałam, widząc jak szybkim, zdecydowanym krokiem opuszcza salę tronową. Westchnęłam i machnęłam niecierpliwie ręką.
- Wyjdźcie! Wszyscy - usiadłam ciężko na pięknie rzeźbionym, długowiecznym już tronie. Jedyną osobą, która przy mnie została, był Sir Jorah.
- Moja Pani, wybacz, że naraziłem Cię na takie wydarzenie. Czuję złość na samego siebie, że to mój własny najemnik tak okrutnie pohańbił święte prawa gościnności - palce mężczyzny dotknęły mojej ręki.
- Nie powinieneś mieć wyrzutów sumienia, Lordzie. To ja jestem Ci winna przeprosiny za zachowanie mojego brata. Postąpił bardzo impulsywnie. Zapomnij mu jego słowa.
- Czy to sprawi, że na Twojej twarzy ponownie pojawi się uśmiech, Księżno? - spytał. Mimowolnie uniosłam kąciki ust. - Rozumiem, że Caspain jest Twym bratem, Pani. Bliźnięta zawsze są sobie wyjątkowo bliskie. Miał prawo bronić Cię całym sobą.
- Dziękuję. Lordzie - oczami wskazałam na dłoń narzeczonego, która w dalszym ciągu spoczywała na mojej. Sir Mormont od razu zrozumiał aluzję. Wstał i pokłonił się.
- Udam się teraz w ustronne miejsce, aby przemyśleć moją decyzję. Powinnaś odpocząć, Pani - rzucił na pożegnanie i zostawił mnie samą. Dopiero gdy wyszedł, na moje policzki wstąpił rumieniec. Czułam, że ten związek ma jednak jakąś przyszłość przed sobą.
(Joraszku? :3)
poniedziałek, 12 maja 2014
Od Edhelrasa c.d. Williama
Edhelras mrużąc oczy rozkoszował się przyjemną chwilą i
smakiem ciała Herondale’a. Drgnął, odsunął głowę od krocza mężczyzny i
zmarszczył niezadowolony czoło, gdy usłyszał pukanie do drzwi.
-Kurwa mać w dupę jebana- warknął, wstał i zarzucił na siebie niedbale szatę, przewiązując ją szerokim pasem w talii. Skinął na Williama, który naciągnął zdezorientowany spodnie. Gadzi Język podszedł do drzwi i otwarł je z niezadowolonym wyrazem twarzy. Dźwięk jego bosych stóp uderzających o chłodną posadzkę poniósł się po pomieszczeniu.
W progu stał młody, urodny, blondwłosy chłopak, który skłonił się nisko.
-Panie! Wiadomość od Pańskich sojuszników z Fort Thevarlon. Lord Zurbha przystał na Twoją propozycję – powiedział, kątem oka mierząc sylwetkę Valrisa i mężczyznę, który wyszedł z jego sypialni jakby nigdy nic. Przełknął lekko ślinę i odwrócił wzrok.
-Świetnie, Theodred-rzucił Pierwszy Doradca olewającym tonem.
-Theoron.-Poprawił go nieśmiało chłopak.
-Właśnie, właśnie. A teraz spadaj, jestem zajęty. Na wiadomość odpowiem trochę później. –I zamknął mu przed nosem drzwi.
Chłopak zmarszczył nieco czoło, obrócił się na pięcie i odszedł rzucając pod nosem słowo, które brzmiało ,,ciota”.
Edhelras odwrócił się ponownie do Williama i uśmiechnął lekko.
-Na czym skończyliśmy?-zapytał, idąc w jego kierunku. Na jego twarzy malowało się dzikie pożądanie.
-Kurwa mać w dupę jebana- warknął, wstał i zarzucił na siebie niedbale szatę, przewiązując ją szerokim pasem w talii. Skinął na Williama, który naciągnął zdezorientowany spodnie. Gadzi Język podszedł do drzwi i otwarł je z niezadowolonym wyrazem twarzy. Dźwięk jego bosych stóp uderzających o chłodną posadzkę poniósł się po pomieszczeniu.
W progu stał młody, urodny, blondwłosy chłopak, który skłonił się nisko.
-Panie! Wiadomość od Pańskich sojuszników z Fort Thevarlon. Lord Zurbha przystał na Twoją propozycję – powiedział, kątem oka mierząc sylwetkę Valrisa i mężczyznę, który wyszedł z jego sypialni jakby nigdy nic. Przełknął lekko ślinę i odwrócił wzrok.
-Świetnie, Theodred-rzucił Pierwszy Doradca olewającym tonem.
-Theoron.-Poprawił go nieśmiało chłopak.
-Właśnie, właśnie. A teraz spadaj, jestem zajęty. Na wiadomość odpowiem trochę później. –I zamknął mu przed nosem drzwi.
Chłopak zmarszczył nieco czoło, obrócił się na pięcie i odszedł rzucając pod nosem słowo, które brzmiało ,,ciota”.
Edhelras odwrócił się ponownie do Williama i uśmiechnął lekko.
-Na czym skończyliśmy?-zapytał, idąc w jego kierunku. Na jego twarzy malowało się dzikie pożądanie.
<Will? Now what? xD >
Od Avy c.d. Williama
- Nie prosiłam cię o pomoc - powiedziałam - Sam się bawisz w bohatera. - William się roześmiał.
- Ja się bawię w bohatera? Chyba raczej ty się bawisz. W zabawę polegającą na ciągłym przyciąganiu kłopotów. Mogłabyś okazać wdzięczność, gdyby nie ja, zapewne siedziałabyś w lochu, a nawet gdybyś uciekła, zapewne chciałabyś wrócić po ubrania. Zobaczyliby cię, skoczyłabyś do wody. Siedziałabyś teraz mokra pod jakimś drzewem. - mruknął. Wyglądało, jakby mówił to raczej do siebie, a nie do mnie. Przewróciłam zatem oczami i pojechałam kłusem.
*po godzinie jazdy*
- Gdzie tak w ogóle jedziemy? - usłyszałam.
- Potrzebuję forsy - powiedziałam, przechodząc do stępa. Usłyszałam za sobą westchnienie (pewnie specjalnie tak głośne, abym je usłyszała).
- I znowu będziesz chciała okraść karczmę, znów cię złapią, a ja znów będę musiał cię ratować? - zapytał. Odwróciłam się, aby spojrzeć mu w oczy.
- Dokładnie tak, skąd wiedziałeś? - uśmiechnęłam się złośliwie. William najwyraźniej zauważył mój sarkazm.
- Nie wolałabyś po prostu pójść gdzieś do baru i się porządnie napić? Ten twój schemat robi się nudny - mruknął.
- Dlaczego zamiast takich jak on nie spotykam bogatych głupców? - wyszeptałam do siebie. Will oczywiście to usłyszał.
- Skąd możesz wiedzieć, czy nie jestem bogaty? - zapytał złośliwie.
- Co z tego, że bogaty, jak nie głupi. Oddałbyś mi połowę majątku gdybym cię poprosiła? - zapytałam.
- Zależy jak byś poprosiła - znów szyderczy uśmieszek. Odwzajemniłam mu dokładnie tym samym.
- Jedźmy może do tego baru - mruknęłam pod nosem.
William dał mi znak, abym jechała za nim. Niechętnie zawróciłam konia i pojechałam za nim.
*po godzinie*
Przywiązaliśmy konie przy wejściu i weszliśmy. Od razu poczułam znajomy zapach. Od mojej ostatniej porządnej wizyty w barze minęło już parę miesięcy. Było nieciekawie. Oczywiście się upiłam, a na drugi dzień obudziłam się w łóżku z jakimś facetem. Tym razem muszę się pilnować.
Podeszliśmy do barku. Zaczęłam się przyglądać beczułkom stojącym jedna przy drugiej. Na każdej był napis z nazwą napitku. Z zamyślenia wyrwał mnie Will.
- Co chcesz? - zapytał. Naprzeciwko stał barman, który także wlepił we mnie oczy.
- Gin - powiedziałam krótko. Jest to mój zdecydowanie ulubiony alkohol.
Po chwili dostałam to, co zamówiłam. Napój był wyjątkowo dobry. Zaczęło się od jednego kieliszka...
<William?>
Od Williama C.D Iskry
Niechętnie przystałem na jej prośbę, ale chwilę potem już galopowaliśmy. Iskra siedziała, oparta o mnie, trzymała się mocno siodła, aż zbielały jej kostki. Okryłem więc jej ręce swoimi, próbując je choć trochę ogrzać. Jechaliśmy tak przed siebie aż w końcu dotarliśmy do zamku. Znajdował się na niewielkim wzgórzu, otoczonym ze wszystkich stron drzewami.
- Ciekawe miejsce- mruknąłem pod nosem, zsiadając z konia i pomagając zsiąść rudowłosej. Staliśmy przed wejściem do zamku. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie delikatnie.
- Lepiej będzie jeśli tu zostaniesz- powiedziała cicho, a ja skinąłem głową. Nie zamierzałem się sprzeczać, w końcu to jej sprawy.
- Poczekam tu na ciebie.
- Nie musisz. Naprawdę, dam sobie...
- Po prostu idź, a jak wrócisz, to ja tu będę- oznajmiłem, uśmiechając się nonszalancko. Iskra ścisnęła lekko moją rękę i pobiegła do zamku. Chwilę później zniknęła mi z oczu.
- Tak w sumie, to po co ja byłem w tym lesie?- mruknąłem sam do siebie, po czym wdrapałem się na drzewo rosnące nieopodal. Usiadłem wygodnie na drzewie i czekałem.
*jakiś czas później*
Iskra nie wróciła. Wiem, nie słynę z cierpliwości, ale każdy normalny człowiek już by się denerwował. Może miała rację? Może powinienem był odjechać od razu, a nie obiecywać, że zostanę. Nawet nie wiem, po co zostałem.
- Dobra, szlag mnie zaraz trafi- powiedziałem sam do siebie i zeskoczyłem z drzewa. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę bramy zamku. O dziwo, nie napotkałem żadnych strażników. Ale idę o zakład, że w środku jest ich pełno. Wszedłem bocznymi drzwiami i od razu wpadłem na dwóch z nich. Skutecznie ich unieszkodliwiłem, nie robiąc im większej krzywdy. Skądś pamiętałem ten zamek. Tylko skąd?
Pewnie szedłem przed siebie, mając zamiar trafić do sali tronowej. I tak właśnie się stało. Bez pukania otworzyłem duże, zdobione drzwi i wszedłem do środka. W pomieszczeniu, na wielkim fotelu siedział ów książę Ryk, a po jego obu stronach siedzieli różni mężczyźni. Dwóch z nich rozpoznałem. Widziałem ich w dzieciństwie i miałem nadzieję, że więcej się nie spotkamy. To były najgorsze momenty z mojego życia...
Iskra siedziała na drewnianym krześle, po jej twarzy płynęły łzy. Usłyszałem ostre słowa księcia:
- ...beze mnie nic nie osiągniesz. A w dodatku los twojej rodziny znacznie się pogorszy. Albo jeszcze gorzej? Co byś powiedziała, gdybym tak na przykład wziął twoją siostrę i trochę się pobawił...
Podniósł wzrok, a na mój widok urwał. Podszedłem bliżej i stanąłem dokładnie obok Iskry. Wziąłem ją delikatnie za rękę, chcąc dodać otuchy. Widziałem, że moje pojawienie się tutaj wywołało szmer wśród mężczyzn. Spojrzałem po ich twarzach, specjalnie omijając tamtych dwóch.
<Iskra?>
- Ciekawe miejsce- mruknąłem pod nosem, zsiadając z konia i pomagając zsiąść rudowłosej. Staliśmy przed wejściem do zamku. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie delikatnie.
- Lepiej będzie jeśli tu zostaniesz- powiedziała cicho, a ja skinąłem głową. Nie zamierzałem się sprzeczać, w końcu to jej sprawy.
- Poczekam tu na ciebie.
- Nie musisz. Naprawdę, dam sobie...
- Po prostu idź, a jak wrócisz, to ja tu będę- oznajmiłem, uśmiechając się nonszalancko. Iskra ścisnęła lekko moją rękę i pobiegła do zamku. Chwilę później zniknęła mi z oczu.
- Tak w sumie, to po co ja byłem w tym lesie?- mruknąłem sam do siebie, po czym wdrapałem się na drzewo rosnące nieopodal. Usiadłem wygodnie na drzewie i czekałem.
*jakiś czas później*
Iskra nie wróciła. Wiem, nie słynę z cierpliwości, ale każdy normalny człowiek już by się denerwował. Może miała rację? Może powinienem był odjechać od razu, a nie obiecywać, że zostanę. Nawet nie wiem, po co zostałem.
- Dobra, szlag mnie zaraz trafi- powiedziałem sam do siebie i zeskoczyłem z drzewa. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę bramy zamku. O dziwo, nie napotkałem żadnych strażników. Ale idę o zakład, że w środku jest ich pełno. Wszedłem bocznymi drzwiami i od razu wpadłem na dwóch z nich. Skutecznie ich unieszkodliwiłem, nie robiąc im większej krzywdy. Skądś pamiętałem ten zamek. Tylko skąd?
Pewnie szedłem przed siebie, mając zamiar trafić do sali tronowej. I tak właśnie się stało. Bez pukania otworzyłem duże, zdobione drzwi i wszedłem do środka. W pomieszczeniu, na wielkim fotelu siedział ów książę Ryk, a po jego obu stronach siedzieli różni mężczyźni. Dwóch z nich rozpoznałem. Widziałem ich w dzieciństwie i miałem nadzieję, że więcej się nie spotkamy. To były najgorsze momenty z mojego życia...
Iskra siedziała na drewnianym krześle, po jej twarzy płynęły łzy. Usłyszałem ostre słowa księcia:
- ...beze mnie nic nie osiągniesz. A w dodatku los twojej rodziny znacznie się pogorszy. Albo jeszcze gorzej? Co byś powiedziała, gdybym tak na przykład wziął twoją siostrę i trochę się pobawił...
Podniósł wzrok, a na mój widok urwał. Podszedłem bliżej i stanąłem dokładnie obok Iskry. Wziąłem ją delikatnie za rękę, chcąc dodać otuchy. Widziałem, że moje pojawienie się tutaj wywołało szmer wśród mężczyzn. Spojrzałem po ich twarzach, specjalnie omijając tamtych dwóch.
<Iskra?>
Od Edhelrasa c.d. Iltrana
Wysoki, blady mężczyzna zmierzył wzrokiem siedzącego pod ścianą więźnia. Zmarszczył lekko czoło, a potem zakrył nos i usta perfumowaną chustką.
-Muszę przyspieszyć osądy więźniów, bo ten smrod rozniesie się zaraz na całą posiadłość- skwitował, a potem przeniósł spojrzenie na maga. - A więc wciąż dopisuje Ci humor. Ten głupi, przebiegły uśmiech nie znika z Twojej twarzy. Dobrze więc. Wiesz, że za takie potraktowanie Doradcy Królewskiego powinieneś zostać co najmniej publicznie ośmieszony, a jakbym się postarał to i mógłbyś zawisnąć, ale dam Ci szansę. Będziesz mi służyć jako posługacz. Mam nadzieję, że wykorzystać mą litość i wspaniałomyślność. Jeśli nie… Cóż, zostanie mi tylko obciąć Twój plugawy jęzor. Może wtedy bardziej będziesz panować nad słowami i czarami. Zabrać go stąd i wyszorować. Nie chcę mieć sługi cuchnącego łajnem.
Skinął na dwóch swoich ludzi, którzy zaraz otwarli celę i wyprowadzili z niej maga, kierując się do wyjścia z lochów. Edhelras uśmiechnął się lekko pod nosem, omiótł gadzim wzrokiem pomieszczenie, a potem wrócił do swoich komnat ponownie przykładając do nosa śnieżnobiałą, perfumowaną chusteczkę.
<Iltran? Edek olśni Cię blaskiem swej chwały xD >
-Muszę przyspieszyć osądy więźniów, bo ten smrod rozniesie się zaraz na całą posiadłość- skwitował, a potem przeniósł spojrzenie na maga. - A więc wciąż dopisuje Ci humor. Ten głupi, przebiegły uśmiech nie znika z Twojej twarzy. Dobrze więc. Wiesz, że za takie potraktowanie Doradcy Królewskiego powinieneś zostać co najmniej publicznie ośmieszony, a jakbym się postarał to i mógłbyś zawisnąć, ale dam Ci szansę. Będziesz mi służyć jako posługacz. Mam nadzieję, że wykorzystać mą litość i wspaniałomyślność. Jeśli nie… Cóż, zostanie mi tylko obciąć Twój plugawy jęzor. Może wtedy bardziej będziesz panować nad słowami i czarami. Zabrać go stąd i wyszorować. Nie chcę mieć sługi cuchnącego łajnem.
Skinął na dwóch swoich ludzi, którzy zaraz otwarli celę i wyprowadzili z niej maga, kierując się do wyjścia z lochów. Edhelras uśmiechnął się lekko pod nosem, omiótł gadzim wzrokiem pomieszczenie, a potem wrócił do swoich komnat ponownie przykładając do nosa śnieżnobiałą, perfumowaną chusteczkę.
<Iltran? Edek olśni Cię blaskiem swej chwały xD >
Od Williama C.D Avy
- Trzy!- zawołałem, łapiąc dziewczynę za rękę i ciągnąc ją w dół. Spadaliśmy z wielką siłą, w dodatku zimny wiatr się z nami nie pieścił. Wreszcie wpadliśmy do wody, a okrzyki strażników zagłuszył szum wody. Wzrokiem odnalazłem Avę, która właśnie się zanurzała. Wziąłem więc głęboki oddech i zanurkowałem. Z pływaniem nigdy nie miałem problemów, tyle że morze było dziś wyjątkowo niespokojne. Pewnie dlatego było tu tak mało statków. Podpłynąłem do Avy, która w coś się zaplątała i miała problem ze złapaniem oddechu, bo fale co rusz ją zatapiały. Wziąłem ją pod pachy i pociągnąłem mocno. Za drugim razem "to coś" popuściło i powoli odpłynęliśmy. Cały czas rozglądałem się, ale wyglądało na to, że strażnicy postanowili pozwolić nam się utopić. A my zniszczyliśmy ich marzenia, umiejętnością pływania. Po jakimś czasie dotarliśmy wreszcie do brzegu. Pomogłem wyjść dziewczynie z morza, a ta od razu zaczęła kaszleć i wypluwać wodę. Sprawdziłem szybko czy nic jej nie jest, ale oprócz paru siniaków i rozcięcia na ramieniu, wszystko było w porządku.
- Trzymasz się jakoś?- spytała, a w jej oczach igrały złośliwe iskierki. Przeczesałem ręką mokre włosy, uśmiechając się krzywo.
- Nie było czego się trzymać. Ty mi uciekłaś- przypomniałem, podając jej rękę. Dziewczyna wstała, otrzepując spodnie, które były całe z piachu, ale to i tak nic nie dało. Wszystko się do niej kleiło, tak jak i do mnie.
- To co robimy?- przyglądała mi się tymi swoimi dużymi, niebieskimi oczami, a ja próbowałem wymyślić jakiś plan.
- Najpierw się przebierzemy- zarządziłem, ruszając brzegiem morza. Czerwonowłosa parsknęła śmiechem.
- Masz zamiar tak po prostu wejść do miasta, wziąć komuś ubrania i zniknąć?- zapytała, patrząc na mnie jak na idiotę. Zatrzymałem się i pokręciłem głową z politowaniem.
- Przypominam, że to ciebie ścigają, nie mnie. Mieszkam tu od lat, cudna istotko, a teraz będę się musiał ulotnić. Przynajmniej na jakiś czas. I są ludzie, którzy mi w tym pomogą- stwierdziłem i wznowiłem marsz. Ava z braku innego rozwiązania, dołączyła do mnie.
*pół godziny później*
- Dziękuję, Masui- powiedziałem, skłaniając lekko głowę, przed młodą, czarnowłosą dziewczyną. Mieszkała w domu, niedaleko mojego, razem z matką i młodszą siostrą. Bywałem u nich na obiadach, zawsze byłem mile widziany. No i miały u mnie pewien dług...A teraz mogły go spłacić. Masui nie zadawała zbędnych pytań, a Avę przedstawiłem jako moją dalszą kuzynkę-niemowę. Dzięki temu miałem gwarancję, że moja towarzyszka nie powie nic niewłaściwego. Czarnowłosa dała mi ubrania po swoim chłopaku, który był podobnej postury co ja, ale zginął w jakimś wypadku. Za to Ava dostała jej ubrania, które sama sobie wybrała. Poza tym, przygotowała nam jeszcze torbę z dodatkowymi ubraniami, a do tego jakieś jedzenie. Tłumaczyłem jej, że to niepotrzebne, ale nie przyjmowała odmowy.
- Williamie..- wyszeptała mi do ucha, przytulając mnie.- Uważajcie na siebie, dobrze?
- Obiecuję- odparłem, całując dziewczynę w czoło i uśmiechając się delikatnie.- Pozdrów ode mnie matkę.
I wyszliśmy. Na dworze czekały na nas dwa konie, do których przywiązane były torby z rzeczami, które mogłyby się przydać. Masui przyniosła je z mojego domu. Kiedy Masui zniknęła za drzwiami, Ava wsiadła na swojego konia, a ja poszedłem w jej ślady. Spojrzała na mnie dziwnie.
- Wcale nie prosiłam, żebyś jechał- mruknęła, ale tak, żebym usłyszał. Zaśmiałem się krótko.
- Wcale mnie to nie interesuje. Możesz mnie uważać za kogo tam sobie chcesz, ale nie po to ratowałem ci skórę, żebyś teraz wpakowała się w kłopoty- odparłem, patrząc jej prosto w oczy.
<Ava? A bo ja wiem? Grunt, że Ava nie zatłukła Willa>
- Trzymasz się jakoś?- spytała, a w jej oczach igrały złośliwe iskierki. Przeczesałem ręką mokre włosy, uśmiechając się krzywo.
- Nie było czego się trzymać. Ty mi uciekłaś- przypomniałem, podając jej rękę. Dziewczyna wstała, otrzepując spodnie, które były całe z piachu, ale to i tak nic nie dało. Wszystko się do niej kleiło, tak jak i do mnie.
- To co robimy?- przyglądała mi się tymi swoimi dużymi, niebieskimi oczami, a ja próbowałem wymyślić jakiś plan.
- Najpierw się przebierzemy- zarządziłem, ruszając brzegiem morza. Czerwonowłosa parsknęła śmiechem.
- Masz zamiar tak po prostu wejść do miasta, wziąć komuś ubrania i zniknąć?- zapytała, patrząc na mnie jak na idiotę. Zatrzymałem się i pokręciłem głową z politowaniem.
- Przypominam, że to ciebie ścigają, nie mnie. Mieszkam tu od lat, cudna istotko, a teraz będę się musiał ulotnić. Przynajmniej na jakiś czas. I są ludzie, którzy mi w tym pomogą- stwierdziłem i wznowiłem marsz. Ava z braku innego rozwiązania, dołączyła do mnie.
*pół godziny później*
- Dziękuję, Masui- powiedziałem, skłaniając lekko głowę, przed młodą, czarnowłosą dziewczyną. Mieszkała w domu, niedaleko mojego, razem z matką i młodszą siostrą. Bywałem u nich na obiadach, zawsze byłem mile widziany. No i miały u mnie pewien dług...A teraz mogły go spłacić. Masui nie zadawała zbędnych pytań, a Avę przedstawiłem jako moją dalszą kuzynkę-niemowę. Dzięki temu miałem gwarancję, że moja towarzyszka nie powie nic niewłaściwego. Czarnowłosa dała mi ubrania po swoim chłopaku, który był podobnej postury co ja, ale zginął w jakimś wypadku. Za to Ava dostała jej ubrania, które sama sobie wybrała. Poza tym, przygotowała nam jeszcze torbę z dodatkowymi ubraniami, a do tego jakieś jedzenie. Tłumaczyłem jej, że to niepotrzebne, ale nie przyjmowała odmowy.
- Williamie..- wyszeptała mi do ucha, przytulając mnie.- Uważajcie na siebie, dobrze?
- Obiecuję- odparłem, całując dziewczynę w czoło i uśmiechając się delikatnie.- Pozdrów ode mnie matkę.
I wyszliśmy. Na dworze czekały na nas dwa konie, do których przywiązane były torby z rzeczami, które mogłyby się przydać. Masui przyniosła je z mojego domu. Kiedy Masui zniknęła za drzwiami, Ava wsiadła na swojego konia, a ja poszedłem w jej ślady. Spojrzała na mnie dziwnie.
- Wcale nie prosiłam, żebyś jechał- mruknęła, ale tak, żebym usłyszał. Zaśmiałem się krótko.
- Wcale mnie to nie interesuje. Możesz mnie uważać za kogo tam sobie chcesz, ale nie po to ratowałem ci skórę, żebyś teraz wpakowała się w kłopoty- odparłem, patrząc jej prosto w oczy.
<Ava? A bo ja wiem? Grunt, że Ava nie zatłukła Willa>
Od Felsarotha c.d. Alysanny
Poczułem tylko dziwne ciepło, a potem chłód. Otwarłem oczy i chwyciłem za skórę, która nie wiadomo czemu zsunęła się ze mnie nagle. Napotkałem opór. Uniosłem się na ramionach, a potem otworzyłem szerzej oczy. Obok mnie, w moim łóżku leżała opatulona w skóry Alysanna. Kobieta w ciemnościach wydawała się biała jak mleko, a jej długie, złociste włosy opadały na jej gładkie, delikatne ramiona.
-Alysanna… -szepnąłem.
Kobieta obróciła się w moim kierunku, otwierając wielkie, piękne oczy.
-Nie mogłam spać. Zimno mi…-odpowiedziała ściszonym głosem.
Nie wiedziałem czy to, co mówi jest prawdą, ale skinąłem tylko lekko głową i uśmiechnąłem się ciepło. Przybliżyłem się do niej, otuliłem ją szczelnie futrem i objąłem ramieniem.
-Rozumiem. Może teraz będzie trochę lepiej-powiedziałem, a potem złożyłem na jej szyi delikatny, czuły pocałunek. –Śpij dobrze.
-Ty też, Felsaroth. –Na jej bladej buzi błysnął lekki uśmiech.
***
Obudził mnie cichy hałas gdzieś na dole posiadłości Lorda Samosha, u którego to właśnie przebywaliśmy. Sanna wciąż spała. Podniosłem się z łóżka, nakrywając ją ostrożnie futrem, a potem ubrałem się po cichu i wyszedłem z pokoju. Zszedłem szybko po schodach zastając na dole, w salonie Lorda, który wyzywał na nieudolnego posługacza, który właśnie rozbił dzban pełen wina. Młody chłopak wycierał pospiesznie podłogę słuchając obelg padających z ust brodatego, starszawego mężczyzny.
-Witaj, Lordzie-rzuciłem na powitanie, skinąwszy mu lekko głową.
-Książę.-Odwzajemnił się tym samym. –Gdy tylko Księżna wstanie zaczniemy śniadać. Moi nieudolnie posługacze właśnie zaczęli przygotowywać posiłek. A tym czasem proszę ze mną. Pokażę Ci, Panie, moją drogocenną kolekcję motyli z całego świata. Zaprawdę, jestem z niej niezmiernie dumny…
<Sanna?>
-Alysanna… -szepnąłem.
Kobieta obróciła się w moim kierunku, otwierając wielkie, piękne oczy.
-Nie mogłam spać. Zimno mi…-odpowiedziała ściszonym głosem.
Nie wiedziałem czy to, co mówi jest prawdą, ale skinąłem tylko lekko głową i uśmiechnąłem się ciepło. Przybliżyłem się do niej, otuliłem ją szczelnie futrem i objąłem ramieniem.
-Rozumiem. Może teraz będzie trochę lepiej-powiedziałem, a potem złożyłem na jej szyi delikatny, czuły pocałunek. –Śpij dobrze.
-Ty też, Felsaroth. –Na jej bladej buzi błysnął lekki uśmiech.
***
Obudził mnie cichy hałas gdzieś na dole posiadłości Lorda Samosha, u którego to właśnie przebywaliśmy. Sanna wciąż spała. Podniosłem się z łóżka, nakrywając ją ostrożnie futrem, a potem ubrałem się po cichu i wyszedłem z pokoju. Zszedłem szybko po schodach zastając na dole, w salonie Lorda, który wyzywał na nieudolnego posługacza, który właśnie rozbił dzban pełen wina. Młody chłopak wycierał pospiesznie podłogę słuchając obelg padających z ust brodatego, starszawego mężczyzny.
-Witaj, Lordzie-rzuciłem na powitanie, skinąwszy mu lekko głową.
-Książę.-Odwzajemnił się tym samym. –Gdy tylko Księżna wstanie zaczniemy śniadać. Moi nieudolnie posługacze właśnie zaczęli przygotowywać posiłek. A tym czasem proszę ze mną. Pokażę Ci, Panie, moją drogocenną kolekcję motyli z całego świata. Zaprawdę, jestem z niej niezmiernie dumny…
<Sanna?>
niedziela, 11 maja 2014
Od Iltrana
Zawlekli mnie do ciemnego i niespecjalnie suchego lochu, jednak takie już zwykły być lochy, przynajmniej wedle moich wiadomości o zwyczajach ludzi. Kiedy mnie zostawili byli wyraźnie zadowoleni, czemu się nie dziwiłem. Miałem przeczucie, że ktoś planuje jak wykonać swoją zemstę. Jedynym źródłem światła było niewielkie okienko pokryte kratą, choć i tak jego wielkość nie pozwoliłaby nikomu nawet na wsadzenia tam głowy. Oparłem głowę o kamienną ścianę i spojrzałem na strop. Mogłem tylko czekać.
Rozpatrywanie wszelkich możliwości ucieczki, które przynajmniej z mojego punktu widzenia były wcale nie takie mizerne, zajęło mi następną godzinę. Kimkolwiek byli towarzysze jak mu tam było… Edhelrasa, nie uznałem ich za szczególnie bystrych. Nie wiem, czy był to jakiś podstęp, czy też najprościej w świecie nie zrozumieli, że maga nie jest tak łatwo powstrzymać kratami.
Nie wiem czemu nie uciekłem, gdy tylko udało mi się ułożyć w głowie odpowiednie zaklęcie. Może byłem zbyt ciekaw tego co mają zamiar dalej ze mną zrobić, albo co równie prawdopodobne nie byłem pewien, czy mój plan zadziała. Tymczasem usłyszałem na korytarzu kroki. Z początku ciche, ledwie dosłyszalne, potem coraz głośniejsze, roznosiły się w powietrzu, by potem zostać powielonymi przez echo. W końcu dojrzałem nikłe światło pochodni. Do krat zbliżył się trupioblady mężczyzna, którego wizyty jak najbardziej się spodziewałem.
<Edhleras?>
Rozpatrywanie wszelkich możliwości ucieczki, które przynajmniej z mojego punktu widzenia były wcale nie takie mizerne, zajęło mi następną godzinę. Kimkolwiek byli towarzysze jak mu tam było… Edhelrasa, nie uznałem ich za szczególnie bystrych. Nie wiem, czy był to jakiś podstęp, czy też najprościej w świecie nie zrozumieli, że maga nie jest tak łatwo powstrzymać kratami.
Nie wiem czemu nie uciekłem, gdy tylko udało mi się ułożyć w głowie odpowiednie zaklęcie. Może byłem zbyt ciekaw tego co mają zamiar dalej ze mną zrobić, albo co równie prawdopodobne nie byłem pewien, czy mój plan zadziała. Tymczasem usłyszałem na korytarzu kroki. Z początku ciche, ledwie dosłyszalne, potem coraz głośniejsze, roznosiły się w powietrzu, by potem zostać powielonymi przez echo. W końcu dojrzałem nikłe światło pochodni. Do krat zbliżył się trupioblady mężczyzna, którego wizyty jak najbardziej się spodziewałem.
<Edhleras?>
Od Avy c.d. Williama
Jego gest wprawił mnie w lekkie zakłopotanie. Po chwili jednak odzyskałam pewność siebie.
- Musisz wiedzieć, że nie należę do tych panien, które od razu padną ci do stóp i się z tobą prześpią - wyjaśniłam , patrząc głęboko w oczy, które swoją barwą przypominają mi dym. Chciałam, aby moje słowa do niego dotarły.
- Wcale nie uważam, że taka jesteś. Nie znamy się długo, ale ukazujesz mi swój charakterek na każdym kroku. Jak ty się w ogóle nazywasz? - zapytał - Domyślam się, że wcale nie jesteś Caroline Lacey Castle. I na pewno nie masz 20 lat - dodał. Więc śledził mnie już od tamtego momentu?
Westchnęłam. Dobra, spróbuję być miła.
- Nie. Mam na imię Ava - mruknęłam. - I nie mam 20 lat, lecz 17. - mężczyzna gwizdnął przeciągle.
- No to młodziutka. Jestem o 9 lat starszy. - uśmiechnął się. Chyba też próbuje być miły. I też mu średnio wychodzi.
- A jak się nazywasz? - zapytałam.
- William Alexander Herondale. A ty nie masz nazwiska? - zapytał.
- Nie, po prostu Ava - rzuciłam mu srogie spojrzenie, dając znak, że nie powinien drążyć tego tematu. Nagle coś sobie przypomniałam - Zostawiłam ubrania w porcie - mruknęłam i odwróciłam się.
- Możemy udać się na targ i kupić nowe. Tamte są już pewnie wilgotne i brudne - powiedział.
- Nie - powiedziałam stanowczo. Nie będę żerować na cudzej forsie.
Przyspieszyłam kroku.
*godzinę później*
Zaczęłam wypatrywać krzaka, pod którym zostawiłam odzienie. Ta kiecka była niewygodna. Gdy go ujrzałam zrobiłam krok w kierunku krzewu. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu, pociągnęła mnie gwałtownie w tył.
- Oszalałaś?! Jak tam pójdziesz to od razu cię rozpoznają - był to nikt inny jak pan genialny, czyli... William?
William bez słowa poszedł po moje rzeczy. Zaczęłam rozglądać się dookoła. Na jednym ze słupów wisiały listy gończe. Znalazłam na jednym z nich oczywiście moją podobiznę. Szybko podbiegłam tam i zrobiłam małą przeróbkę...
Już miałam się wycofać, gdy nagle usłyszałam krzyk.
- To ona! Ta bandytka! Łapcie ją! - usłyszałam okrzyk jakiejś kobiety. Zaczęło mnie gonić około 5 mężczyzn, a ja oczywiście nie miałam pieprzonego sztyletu. Więc muszę biec.
Biegłam wzdłuż uliczki prowadzącej na jakiś most. Nagle usłyszałam, jak ktoś mnie woła. Odwróciłam się i ujrzałam Willa z zawiniątkiem w ręku. Rzucił mi oba sztylety.
Pokonanie ich zajęło chwilę. Lecz po chwili z prawej i lewej strony biegły całe oddziały. Staliśmy na moście.
- Musimy skoczyć - powiedział. Chciałam zaprzeczyć, ale wiedziałam, że nie ma czasu na dyskusje.
Spojrzałam w dół i ujrzałam niespokojne morze. Fale były ogromne, a woda zapewne lodowata.
- Na trzy skaczemy - powiedział. Skinęłam krótko głową. - 1... 2...
Wzięłam głęboki oddech
- 3!
<Will? O co miałabym być zła? >
- Musisz wiedzieć, że nie należę do tych panien, które od razu padną ci do stóp i się z tobą prześpią - wyjaśniłam , patrząc głęboko w oczy, które swoją barwą przypominają mi dym. Chciałam, aby moje słowa do niego dotarły.
- Wcale nie uważam, że taka jesteś. Nie znamy się długo, ale ukazujesz mi swój charakterek na każdym kroku. Jak ty się w ogóle nazywasz? - zapytał - Domyślam się, że wcale nie jesteś Caroline Lacey Castle. I na pewno nie masz 20 lat - dodał. Więc śledził mnie już od tamtego momentu?
Westchnęłam. Dobra, spróbuję być miła.
- Nie. Mam na imię Ava - mruknęłam. - I nie mam 20 lat, lecz 17. - mężczyzna gwizdnął przeciągle.
- No to młodziutka. Jestem o 9 lat starszy. - uśmiechnął się. Chyba też próbuje być miły. I też mu średnio wychodzi.
- A jak się nazywasz? - zapytałam.
- William Alexander Herondale. A ty nie masz nazwiska? - zapytał.
- Nie, po prostu Ava - rzuciłam mu srogie spojrzenie, dając znak, że nie powinien drążyć tego tematu. Nagle coś sobie przypomniałam - Zostawiłam ubrania w porcie - mruknęłam i odwróciłam się.
- Możemy udać się na targ i kupić nowe. Tamte są już pewnie wilgotne i brudne - powiedział.
- Nie - powiedziałam stanowczo. Nie będę żerować na cudzej forsie.
Przyspieszyłam kroku.
*godzinę później*
Zaczęłam wypatrywać krzaka, pod którym zostawiłam odzienie. Ta kiecka była niewygodna. Gdy go ujrzałam zrobiłam krok w kierunku krzewu. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu, pociągnęła mnie gwałtownie w tył.
- Oszalałaś?! Jak tam pójdziesz to od razu cię rozpoznają - był to nikt inny jak pan genialny, czyli... William?
William bez słowa poszedł po moje rzeczy. Zaczęłam rozglądać się dookoła. Na jednym ze słupów wisiały listy gończe. Znalazłam na jednym z nich oczywiście moją podobiznę. Szybko podbiegłam tam i zrobiłam małą przeróbkę...
Już miałam się wycofać, gdy nagle usłyszałam krzyk.
- To ona! Ta bandytka! Łapcie ją! - usłyszałam okrzyk jakiejś kobiety. Zaczęło mnie gonić około 5 mężczyzn, a ja oczywiście nie miałam pieprzonego sztyletu. Więc muszę biec.
Biegłam wzdłuż uliczki prowadzącej na jakiś most. Nagle usłyszałam, jak ktoś mnie woła. Odwróciłam się i ujrzałam Willa z zawiniątkiem w ręku. Rzucił mi oba sztylety.
Pokonanie ich zajęło chwilę. Lecz po chwili z prawej i lewej strony biegły całe oddziały. Staliśmy na moście.
- Musimy skoczyć - powiedział. Chciałam zaprzeczyć, ale wiedziałam, że nie ma czasu na dyskusje.
Spojrzałam w dół i ujrzałam niespokojne morze. Fale były ogromne, a woda zapewne lodowata.
- Na trzy skaczemy - powiedział. Skinęłam krótko głową. - 1... 2...
Wzięłam głęboki oddech
- 3!
<Will? O co miałabym być zła? >
Od Iskry do Williama
Ciemnowłosy młodzieniec podszedł do swojej torby, która była zawieszona u boku konia. Wyjął z niej naczynie gliniane i podszedł do mnie. Usiadł i otworzył ją, a w środku znajdowały się rośliny. Wlał do niej wody a następnie wymieszał. Substancja zrobiła się koloru zielonkawo żółtego. Następnie wyciągnął ręce wraz z kubkiem w moim kierunku i powiedział:
- Wypij to, poczujesz się lepiej.
Wzięłam od niego naczynie. Jeszcze raz spoglądnęłam wzrokiem na niego i przechyliłam wywar, by napić się. Kiedy rozlewał mi się w żołądku poczułam zimno ale po chwili zniknęło. Wytarłam usta wierzchem dłoni choć wiedziałam, że na dziewczynę to nie przystoi. Wstałam i ruszyłam do rzeki by wypłukać kubek. Uklękłam na kolanach i zanurzyłam go. Woda obmyła go. Wyciągnęłam go z wody i wytarłam o swoje spodnie. Podbiegłam do ciemnowłosego i podałam mu czysty kubek.
- Dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś - oznajmiłam mu - Na imię mi Iskra.
- Nie ma za co - uśmiechnął się i podał rękę - William
Uścisnęłam ją, a następnie wstałam i przetrzepałam ubrania. William także wstał. Podszedł do siwego ogiera i pogłaskał go. Wszystkie rzeczy spakował do swojej skórzanej torby.
- Czy mógłbyś podwieźć mnie do zamku księcia Ryka?
- Po co?
- Potrzebuję załatwić z nim jedną sprawę.
- Yyy no jasne, wsiadaj - powiedział.
Wskoczyłam na siodło i złapałam się siodła. William też wsiadł i włożył nogi w strzemiona. Ruszyliśmy kłusem, a już po chwili pędziliśmy galopem. W torbie zauważyłam coś małego i chyba ze słoneczkami, ale nie przejmowałam się tym.
<Will?>
- Wypij to, poczujesz się lepiej.
Wzięłam od niego naczynie. Jeszcze raz spoglądnęłam wzrokiem na niego i przechyliłam wywar, by napić się. Kiedy rozlewał mi się w żołądku poczułam zimno ale po chwili zniknęło. Wytarłam usta wierzchem dłoni choć wiedziałam, że na dziewczynę to nie przystoi. Wstałam i ruszyłam do rzeki by wypłukać kubek. Uklękłam na kolanach i zanurzyłam go. Woda obmyła go. Wyciągnęłam go z wody i wytarłam o swoje spodnie. Podbiegłam do ciemnowłosego i podałam mu czysty kubek.
- Dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś - oznajmiłam mu - Na imię mi Iskra.
- Nie ma za co - uśmiechnął się i podał rękę - William
Uścisnęłam ją, a następnie wstałam i przetrzepałam ubrania. William także wstał. Podszedł do siwego ogiera i pogłaskał go. Wszystkie rzeczy spakował do swojej skórzanej torby.
- Czy mógłbyś podwieźć mnie do zamku księcia Ryka?
- Po co?
- Potrzebuję załatwić z nim jedną sprawę.
- Yyy no jasne, wsiadaj - powiedział.
Wskoczyłam na siodło i złapałam się siodła. William też wsiadł i włożył nogi w strzemiona. Ruszyliśmy kłusem, a już po chwili pędziliśmy galopem. W torbie zauważyłam coś małego i chyba ze słoneczkami, ale nie przejmowałam się tym.
<Will?>
sobota, 10 maja 2014
Od Joraha C.D Irisy
- Jesteś idiotą. Skończonym idiotą – warknął Jorah, posyłając Portherowi spojrzenie, pod którym nawet największy wojownik skuliłby się niczym mały chłopiec.
Porther jednak nie był wielkim wojownikiem. Nie można było nawet nazwać go rycerzem. Prędzej zasługiwałby na miano początkującego najemnika. Początkującego, lecz bardzo uzdolnionego.
Mormont nie do końca wiedział, czym zajmował się ten mężczyzna nim pojawił się w Hammshert, zziębnięty, w byle łachmanach, lecz z dumnie uniesioną głową. Nie dopadł mu swego nazwiska, gdy prosił o przyjęcie do armii. Przedstawił się jedynie jako Porther. I choć początkowo Lord widział w nim jedynie zwykłego włóczęgę bez grosza przy duszy, to jednak szybko przekonał się, iż umiejętności, jakie posiadał przybłęda, należały do rzadkich, a co za tym idzie – wyjątkowo cennych. Nie minęło kilka miesięcy, a Porther z pozycji podrzędnego szpiega w armii Północy awansował na jednego z najbardziej zaufanych strażników Joraha. Nie brak mu też było intelektu; umysł miał lotny i nieraz służył Lordowi pomocą w sprawach strategicznych.
Teraz stał dumnie wyprostowany, nie okazując cienia skruchy. Lord Mormont zacisnął zęby, wbijając w niego wściekłe spojrzenie. Stojący pod ścianą Caspain poruszył się lekko, ale nie zareagował. Najwyraźniej wolał poczekać na stosowny moment.
- Powinienem cię wychłostać za to, czego się dopuściłeś – głos Joraha przypominał syk i ociekał jadem, gdy Lord stanął twarzą w twarz ze swym podwładnym. – I tylko przez szacunek, jaki żywię wobec twoich umiejętności i doświadczenia, wciąż jeszcze tego nie zrobiłem. Wiedz jednak, że następnym razem, gdy dowiem się o czymś takim, z przyjemnością oddam cię w ręce lorda Caspaina.
<Iriso, Caspainie? Niezbyt to imponujące, wiem :c >
Porther jednak nie był wielkim wojownikiem. Nie można było nawet nazwać go rycerzem. Prędzej zasługiwałby na miano początkującego najemnika. Początkującego, lecz bardzo uzdolnionego.
Mormont nie do końca wiedział, czym zajmował się ten mężczyzna nim pojawił się w Hammshert, zziębnięty, w byle łachmanach, lecz z dumnie uniesioną głową. Nie dopadł mu swego nazwiska, gdy prosił o przyjęcie do armii. Przedstawił się jedynie jako Porther. I choć początkowo Lord widział w nim jedynie zwykłego włóczęgę bez grosza przy duszy, to jednak szybko przekonał się, iż umiejętności, jakie posiadał przybłęda, należały do rzadkich, a co za tym idzie – wyjątkowo cennych. Nie minęło kilka miesięcy, a Porther z pozycji podrzędnego szpiega w armii Północy awansował na jednego z najbardziej zaufanych strażników Joraha. Nie brak mu też było intelektu; umysł miał lotny i nieraz służył Lordowi pomocą w sprawach strategicznych.
Teraz stał dumnie wyprostowany, nie okazując cienia skruchy. Lord Mormont zacisnął zęby, wbijając w niego wściekłe spojrzenie. Stojący pod ścianą Caspain poruszył się lekko, ale nie zareagował. Najwyraźniej wolał poczekać na stosowny moment.
- Powinienem cię wychłostać za to, czego się dopuściłeś – głos Joraha przypominał syk i ociekał jadem, gdy Lord stanął twarzą w twarz ze swym podwładnym. – I tylko przez szacunek, jaki żywię wobec twoich umiejętności i doświadczenia, wciąż jeszcze tego nie zrobiłem. Wiedz jednak, że następnym razem, gdy dowiem się o czymś takim, z przyjemnością oddam cię w ręce lorda Caspaina.
<Iriso, Caspainie? Niezbyt to imponujące, wiem :c >
piątek, 9 maja 2014
Od Williama C.D Edherlasa
Doradca Księżnej nie spieszył się, drażnił się z Herondale'm, wiedząc, że ten pragnie więcej. Powoli więc pieścił językiem genitalia mężczyzny, dotykając jednocześnie drugą ręką jego jędrnych pośladków. Nie widząc sprzeciwu ze strony Herondale'a nabrał szybkiego tempa, rozkoszując się chwilą. Płynnym ruchem przyłożył język do podbrzusza mężczyzny i lizał brzuch, a potem przesuwał go coraz wyżej aż dotarł do ust. William poczuł słonawy smak własnego potu. Począł rozbierać Valrisa, który w tym samym momencie zaczął rozpinać guziki cienkiej koszuli informatora. Odkrywanie każdego centymetra ciała dawało im dużo przyjemności, więc dozowali doznanie świadomie. Kiedy Edhelras został w samej bieliźnie i powoli zsuwał koszulę z ramion Herondale'a, młody mężczyzna przyglądał mu się z uwagą. Jednak zaraz skupienie zostało rozproszone namiętnym pocałunkiem. William spróbował przejąć inicjatywę i w inteligentny sposób przeniósł zabawę do drugiego pokoju, który był sypialnią, na duże łoże doradcy. Zaczął przeczesywać zgrabnymi palcami ciemne włosy Edherlasa, potem przejechał nimi po jego bladej twarzy, aż w końcu zatrzymał się na ustach. Popchnął go lekko do pozycji leżącej. Pochylił się nad nim i delikatnie otoczył swoimi pełnymi, miękkimi wargami w pieszczotliwym pocałunku. Był delikatny i jednocześnie namiętny. Zakończył pocałunek, położył rękę na jego szyi i przyciskając swoje czoło do jego, spojrzał głęboko w szare oczy, szeroko się uśmiechając. Valris ścisnął jego ramię, potem biceps. Ręce Willa spoczywały na jego talii. Mieli wrażenie, jakby telepatycznie przekazywali sobie swoje pragnienia. William nawet nie zauważył momentu, w którym to doradca siedział na krawędzi łóżka z rozchylonymi nogami, a on klęczał przed nim i zaspokajał pragnienia ich obu. I pewnie trwałoby to dużo dłużej, gdyby nie pukanie do drzwi.
<Edherlas? Wybacz i w ogóle>
Od Cassandry C.D Iltrana
Przyglądałam się czynnościom, jakie wykonywał młody druid. Wydawały mi się dziwnie znajome, ale wątpię, bym sama mogła coś takiego zrobić. Zawsze ciekawiło mnie zachowanie takich jak on. Większość ludzi, których znałam, uznaje ich za dziwaków i oszustów, ale jednak...
- Posiadasz może jakiś sprecyzowany cel podróży?- zapytał Iltran, wyrywając mnie tym samym z zamyślenia.
- Chciałam wrócić w rodzinne strony, poukładać pewne sprawy- powiedziałam wymijająco. Jechałam na Południe, bo od jakiegoś czasu dręczyło mnie złe przeczucie. Sama nie wiem czemu. Po prostu.. coś było nie tak.
- To, jeśli mogę spytać, czemu zostałaś w lesie?- dodał.
Nie odpowiedziałam, tylko podeszłam do niego i dotknęłam drzewa w podobny sposób jak on. Przejechałam palcami po chropowatej korze, przymykając oczy. Wiem, że druid nie przepada za ludźmi, czuję to. W sumie, nie dziwię mu się. Przychodzą tu i niszczą wszystko wokół. Nikt nie ma do tego prawa.
- Pewnie z tego samego powodu, z którego ty wolisz lasy od miast- odparłam po chwili i spojrzałam na niego niepewnie.- Czy mógłbyś mi pokazać..no..to co zrobiłeś przed chwilą? Czy ja..
Iltran spojrzał na mnie dziwnie, więc zaraz zmieniłam ton.
- Zresztą, nie ważnie. Ja.. po prostu zignoruj.
Staliśmy w milczeniu. To był głupi pomysł. Powinnam po prostu się odwrócić i odjechać w swoją stronę. Ale nie chciałam tego robić. Było mi tu dobrze. I miałam towarzystwo kogoś, dla kogo nie liczyły się pieniądze tylko coś zupełnie innego. Kątem oka zerknęłam na druida. Stał z założonymi rękami, pogrążony w swoich myślach. Po raz pierwszy mogłam mu się przyjrzeć. Miał intensywnie, zielone oczy i rdzawe włosy, z kręcącymi się delikatnie końcówkami. Kości policzkowe były wyraźnie zarysowane. Naprawdę musiał być oddany swojemu powołaniu. Widziałam to w jego żywym, inteligentnym spojrzeniu, które właśnie skierowało się na moją twarz.
<Iltran?>
- Posiadasz może jakiś sprecyzowany cel podróży?- zapytał Iltran, wyrywając mnie tym samym z zamyślenia.
- Chciałam wrócić w rodzinne strony, poukładać pewne sprawy- powiedziałam wymijająco. Jechałam na Południe, bo od jakiegoś czasu dręczyło mnie złe przeczucie. Sama nie wiem czemu. Po prostu.. coś było nie tak.
- To, jeśli mogę spytać, czemu zostałaś w lesie?- dodał.
Nie odpowiedziałam, tylko podeszłam do niego i dotknęłam drzewa w podobny sposób jak on. Przejechałam palcami po chropowatej korze, przymykając oczy. Wiem, że druid nie przepada za ludźmi, czuję to. W sumie, nie dziwię mu się. Przychodzą tu i niszczą wszystko wokół. Nikt nie ma do tego prawa.
- Pewnie z tego samego powodu, z którego ty wolisz lasy od miast- odparłam po chwili i spojrzałam na niego niepewnie.- Czy mógłbyś mi pokazać..no..to co zrobiłeś przed chwilą? Czy ja..
Iltran spojrzał na mnie dziwnie, więc zaraz zmieniłam ton.
- Zresztą, nie ważnie. Ja.. po prostu zignoruj.
Staliśmy w milczeniu. To był głupi pomysł. Powinnam po prostu się odwrócić i odjechać w swoją stronę. Ale nie chciałam tego robić. Było mi tu dobrze. I miałam towarzystwo kogoś, dla kogo nie liczyły się pieniądze tylko coś zupełnie innego. Kątem oka zerknęłam na druida. Stał z założonymi rękami, pogrążony w swoich myślach. Po raz pierwszy mogłam mu się przyjrzeć. Miał intensywnie, zielone oczy i rdzawe włosy, z kręcącymi się delikatnie końcówkami. Kości policzkowe były wyraźnie zarysowane. Naprawdę musiał być oddany swojemu powołaniu. Widziałam to w jego żywym, inteligentnym spojrzeniu, które właśnie skierowało się na moją twarz.
<Iltran?>
Od Eilistraee C.D Caspaina
Bez celu spacerowała po wnętrzu zamku. Nie miała zbyt dużo do roboty. Rana na nodze całkowicie zniknęła, została tylko mała blizna.
Kazała przygotować sobie konia.
***
Przeciskała się między ludźmi. Miasto nie zbyt piękne ale niewątpliwie budziło podziw - strażników można było spotkać wszędzie. Potężne mury chroniły je przed atakami z zewnątrz. W towarzystwie dwóch żołnierzy ruszyła w stronę głównego placu.
-Dam sobie radę.-westchnęła z zażenowaniem.-Zostańcie tutaj.
Warzywa, broń, zwierzęta. Podniosła wzrok znad jednego ze straganów. Ktoś targował się w nieznanym dla niej, wschodnim dialekcie. Zobaczyła ludzi w łańcuchach, z oznaczeniami na szyjach. Niewolnicy.
Podeszła bliżej. Młodzi mężczyźni, kobiety, dzieci.
Jej spojrzenie przykuła na oko dziesięcioletnia dziewczynka. Miała sięgające ramion kruczoczarne włosy, ciemną karnację i błękitne oczy.
-Jak masz na imię?-spytała w staro północnym języku kucając przy dziecku. Wyglądała na pochodzącą z jednego z dzikich plemion zamieszkujących Północ. Przypominała jej przeszłość. Własną przeszłość. Jeśli nie weźmie jej teraz, trafi do burdelu. Dzieci nie są pożądanym towarem i zazwyczaj nikt ich nie kupuje.
-Anabde.-odpowiedziała cicho. Kapłanka westchnęła ciężko. Ktoś szturchnął ją w ramię.
-Ona nie jest za darmo.-handlarz skrzywił się. Najwyraźniej znał język ludzi Północy. Białowłosa kobieta rzuciła w jego stronę sakiewkę ze złotem i odeszła prowadząc za rękę dziecko. Pomogła jej wsiąść na konia.
***
-Kto to?-usłyszała głos Caspaina. Stał w progu, wyraźnie zmęczony. Jego wzrok skierowany był na śpiącą przy Eilistraee dziewczynkę. Kobieta ze spokojem piła wino. Uśmiechnęła się na jego widok.
-Ana.-odparła spokojnie.-To brzmi okropnie ale kupiłam ją. Nie wiedziałam, że prowadzi się tutaj handel ludźmi.
-Wszędzie prowadzi się handel ludźmi.-mruknął.-Co masz zamiar z nią zrobić?
-Mogę oddać ją na dwór Twojej siostry, oczywiście, jeśli się zgadzasz. Jest bardzo mądra. Wystarczy nauczyć ją czytać i pisać.-pogładziła dziecko po włosach.
<Caspain? :3>
Od Alysanny C.D Felsaroth'a
-Mam zamiar negocjować z Lordem Mormontem o Północ.-odparła z uśmiechem.
-Negocjować o królestwo? Wiesz ile on za nie zażąda? Nie wyobrażasz sobie. Negocjacjami nie zdobędziesz nawet wsi.-westchnął ciężko.
-Więc wezmę to co do mnie należy za pomocą ognia i krwi.-ton jej głosu diametralnie się zmienił.
-Na czele armii której nie masz?-spytał z ironią.-Nie dasz rady. Poza tym, Jorah Mormont przebywa teraz na Wschodzie.
Odwróciła się w jego stronę. Jej źrenice były zwężone ale oprócz gniewu czuła smutek. Miała nadzieję, że pomoże jej odzyskać dom. Chociaż część Północy.
Opanowała się i ruszyła przed siebie. Zniknęła między budynkami stolicy niegdyś potężnego imperium. Nie znajdzie jej, bynajmniej niezbyt szybko. Znała to miasto lepiej niż jakiekolwiek inne miejsce.
-Negocjować o królestwo? Wiesz ile on za nie zażąda? Nie wyobrażasz sobie. Negocjacjami nie zdobędziesz nawet wsi.-westchnął ciężko.
-Więc wezmę to co do mnie należy za pomocą ognia i krwi.-ton jej głosu diametralnie się zmienił.
-Na czele armii której nie masz?-spytał z ironią.-Nie dasz rady. Poza tym, Jorah Mormont przebywa teraz na Wschodzie.
Odwróciła się w jego stronę. Jej źrenice były zwężone ale oprócz gniewu czuła smutek. Miała nadzieję, że pomoże jej odzyskać dom. Chociaż część Północy.
Opanowała się i ruszyła przed siebie. Zniknęła między budynkami stolicy niegdyś potężnego imperium. Nie znajdzie jej, bynajmniej niezbyt szybko. Znała to miasto lepiej niż jakiekolwiek inne miejsce.
***
Włóczyła się po rynkach i cudzych ogrodach. Północ była jedynym, unikatowym miejscem gdzie błękitne róże rosły nawet dziko. Rosły niemalże wszędzie. Ich intensywny zapach unosił się w letnim powietrzu.
Z kwiatami wplecionymi we włosy skierowała się na plażę. Okręty łagodnie kołysały się na lazurowej wodzie. Okręty pod banderą z niedźwiedziem.
-Gdzie byłaś?-ktoś chwycił ją za rękę i odwrócił w swoją stronę.
-Niedaleko.-odpowiedziała ze spokojem.-Niepotrzebnie się denerwujesz, Lordzie.
***
Przez całą drogę nie odzywali się do siebie. Nawet po tym jak zatrzymali się w posiadłości jakiegoś zaprzyjaźnionego Jorsenom Lorda.
-Dobranoc.-powiedziała cicho gdy znaleźli się na piętrze.
-Dobranoc.-rzucił krótko i zniknął za mahoniowymi drzwiami.
***
Padający na zewnątrz ulewny deszcz nie dawał jej spać. Poza tym, było jej zimno. Nienawidziła tego uczucia. Nieważne jak szczelnie okrywałaby się futrami, i tak odczuwała chłód.
Podniosła się. Opuściła nogi na, oczywiście lodowatą, posadzkę. Bezszelestnie przemknęła do pokoju Felsaroth'a. Usiadła na jego łożu. Odsunęła go delikatnie i położyła się w miejscu gdzie przez chwilą leżał. Zwinęła się okrywając szczelnie wilczym futrem. Jest z Północy, należy jej się chociaż odrobina ciepła. On może równie dobrze spać na podłodze, pewnie nie zrobi to dla niego zbyt dużej różnicy.
<nie dziękuj Felek XD>
<nie dziękuj Felek XD>
Od Williama C.D Iskry
Ułożyłem rudowłosą delikatnie na ziemi, kładąc jej pod głowę zwinięty w kulkę materiał. Kilka minut później spała mocno. Uśmiechnąłem się. Uroczy widok. Z zamyślenia wyrwało mnie szczekanie psa. Spojrzałem na Rooneya, który obwąchiwał moją torbę.
- Przykro mi stary, nie ma tam zbyt wiele- przyznałem i spojrzałem na rudą. No tak, ona pewnie nie jadła za wiele. Pomyślałem chwilę, po czym wziąłem torbę i zarzuciłem ją sobie na ramię.
- Ty tu zostań i pilnuj jej- poleciłem psu i odwróciłem się w konia kierunku.- Wątpię, żeby się obudziła przed moim powrotem.
Wsiadłem na ogiera i popędziłem w stronę miasta.
*** jakiś czas później ***
Konia przywiązałem do drzewa na skraju lasu i udałem się na stragany, tam zawsze można było kupić coś dobrego. Podszedłem do jednego ze stoisk i uśmiechnąłem się do starszej kobiety. Ta od razu się rozpromieniła.
- Witaj, młody człowieku. Czego szukasz?- spytała, wskazując na różne przedmioty wokół niej. Były tam głównie zioła i przyprawy, ale znalazło się tam też kilka innych rzeczy.
- Poproszę liście szałwii lekarskiej, kłącze imbiru oraz naczynie, w którym mógłbym przygotować napar, jeśli jest taka możliwość- powiedziałem. Kobieta od razu zaczęła pakować przedmioty, a moją uwagę przykuła skórzana bransoletka z czarnych rzemyków z małymi słoneczkami. Od razu skojarzyła mi się z rudą..
- Mogę ją panu dać za darmo- usłyszałem. Przeniosłem wzrok na życzliwą kobietę.
- Jestem bardzo wdzięczny, ale nie mógłbym...- zacząłem, ale handlarka machnęła na mnie ręką i podała mi ją. Zapłaciłem więc za pozostałe towary, podziękowałem i ruszyłem dalej, na stragan z mięsem. Kupiłem dwa duże zające i parę kości dla Roona. Kiedy miałem już wszystko, ruszyłem w drogę powrotną. Gdy wreszcie wróciłem nad rzekę, rudowłosa podnosiła się powoli, przecierając oczy. Rooney leżał obok niej, z głową na jej nogach. Zsiadłem z konia i podszedłem do nich.
- Widzę, że już wstałaś- powiedziałem lekko.
- Długo spałam?- spytała. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo ona już skierowała wzrok na konia obłożonego dodatkową torbą.- Gdzie byłeś?
- Miałem pozwolić, żebyś umarła z głodu?
<Iskra?>
- Przykro mi stary, nie ma tam zbyt wiele- przyznałem i spojrzałem na rudą. No tak, ona pewnie nie jadła za wiele. Pomyślałem chwilę, po czym wziąłem torbę i zarzuciłem ją sobie na ramię.
- Ty tu zostań i pilnuj jej- poleciłem psu i odwróciłem się w konia kierunku.- Wątpię, żeby się obudziła przed moim powrotem.
Wsiadłem na ogiera i popędziłem w stronę miasta.
*** jakiś czas później ***
Konia przywiązałem do drzewa na skraju lasu i udałem się na stragany, tam zawsze można było kupić coś dobrego. Podszedłem do jednego ze stoisk i uśmiechnąłem się do starszej kobiety. Ta od razu się rozpromieniła.
- Witaj, młody człowieku. Czego szukasz?- spytała, wskazując na różne przedmioty wokół niej. Były tam głównie zioła i przyprawy, ale znalazło się tam też kilka innych rzeczy.
- Poproszę liście szałwii lekarskiej, kłącze imbiru oraz naczynie, w którym mógłbym przygotować napar, jeśli jest taka możliwość- powiedziałem. Kobieta od razu zaczęła pakować przedmioty, a moją uwagę przykuła skórzana bransoletka z czarnych rzemyków z małymi słoneczkami. Od razu skojarzyła mi się z rudą..
- Mogę ją panu dać za darmo- usłyszałem. Przeniosłem wzrok na życzliwą kobietę.
- Jestem bardzo wdzięczny, ale nie mógłbym...- zacząłem, ale handlarka machnęła na mnie ręką i podała mi ją. Zapłaciłem więc za pozostałe towary, podziękowałem i ruszyłem dalej, na stragan z mięsem. Kupiłem dwa duże zające i parę kości dla Roona. Kiedy miałem już wszystko, ruszyłem w drogę powrotną. Gdy wreszcie wróciłem nad rzekę, rudowłosa podnosiła się powoli, przecierając oczy. Rooney leżał obok niej, z głową na jej nogach. Zsiadłem z konia i podszedłem do nich.
- Widzę, że już wstałaś- powiedziałem lekko.
- Długo spałam?- spytała. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo ona już skierowała wzrok na konia obłożonego dodatkową torbą.- Gdzie byłeś?
- Miałem pozwolić, żebyś umarła z głodu?
<Iskra?>
Od Williama C.D Avy
- Tak to sobie tłumacz- rzuciłem, otwierając drzwi celi. Czerwonowłosa zmierzyła mnie spojrzeniem.- Idziemy?
Bez słowa mnie minęła i ruszyła przed siebie. Pokręciłem głową z rezygnacją. Zero elegancji i instynktu samozachowawczego.
- Skąd się tu właściwie wziąłeś?- spytała, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Wiatr wiał silnie i ciało dziewczyny przeszedł dreszcz. Znajdowaliśmy się niedaleko portu, a nieosłonięta przestrzeń sprawiała, że żywioł bez problemu zakradał się do nieosłoniętych miejsc. Westchnąłem i ściągnąłem z siebie ciepły płaszcz po czym zarzuciłem go dziewczynie na ramiona.
- Co ty do cholery robisz?- warknęła, a ja wzruszyłem ramionami. W cienkiej koszuli ruszyłem przed siebie, nie zważając na wilgoć w powietrzu. W tej chwili miałem wielką ochotę się napić. I to czegoś mocnego.
No ale niestety, gdy byłem kilka metrów od knajpy urocza istotka zatarasowała mi drogę.
- Masz zamiar w ogóle ze mną rozmawiać?- zapytała, przyglądając mi się. Założyła okrycie, ale płaszcz był trochę za duży. Czułem jak kąciki ust unoszą mi się w uśmiechu. Czerwonowłosa popatrzyła na mnie ze złością.- Co się cieszysz?
- Nie masz czegoś do roboty? Nie wiem, pobicie jakiegoś faceta, upolowanie kota, odwiedzenie rodziny i spędzenie czasu na wspólnym..- mruknąłem, a dziewczyna mnie spoliczkowała. Po czym odwróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie. Na boga! Za jakie grzechy ja ją spotkałem?
W końcu doszło do mnie, że powinienem ją dogonić. Nie było to zbyt łatwe, bo już dawno znikła mi z oczu. Jednak szczęście mi dopisało. Znalazłem ją na skraju lasu. Siedziała pod drzewem, ze spuszczoną głową. Podszedłem do niej bezszelestnie i przykucnąłem przy niej. Podniosła głowę i spojrzała na mnie ze złością.
- Spieprzaj- mruknęła.
- Nie można wymazać z pamięci wszystkiego, co sprawia ból- zauważyłem. Czerwonowłosa zaśmiała się gorzko.
- Gdybyś był w połowie tak zabawny, za jakiego się uważasz, byłbyś dwa razy bardziej zabawny niż jesteś.
- W tym momencie nie chciałem być zabawny. Po prostu..chciałem być miły- powiedziałem cicho, po czym usiadłem obok niej, tak że stykaliśmy się ramionami. Zacząłem się przyglądać chmurom. Po chwili zauważyłem jedną...- Patrz! Stara baba w spódnicy na fotelu z kotem na kolanach..
- Słuchaj...- wyszeptała nagle dziewczyna. Spojrzałem na nią i delikatnie odgarnąłem niesforny kosmyk z jej twarzy. Zrozumiałem, że to nie był dobry pomysł i chciałem zabrać rękę, ale ona mnie za nią złapała.
- Przepraszam...- zacząłem. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła.
- Nie rób tego więcej- mruknęła tylko i popatrzyła w inną stronę.
<Ava? Mam nadzieję, że nie jesteś zła>
Bez słowa mnie minęła i ruszyła przed siebie. Pokręciłem głową z rezygnacją. Zero elegancji i instynktu samozachowawczego.
- Skąd się tu właściwie wziąłeś?- spytała, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Wiatr wiał silnie i ciało dziewczyny przeszedł dreszcz. Znajdowaliśmy się niedaleko portu, a nieosłonięta przestrzeń sprawiała, że żywioł bez problemu zakradał się do nieosłoniętych miejsc. Westchnąłem i ściągnąłem z siebie ciepły płaszcz po czym zarzuciłem go dziewczynie na ramiona.
- Co ty do cholery robisz?- warknęła, a ja wzruszyłem ramionami. W cienkiej koszuli ruszyłem przed siebie, nie zważając na wilgoć w powietrzu. W tej chwili miałem wielką ochotę się napić. I to czegoś mocnego.
No ale niestety, gdy byłem kilka metrów od knajpy urocza istotka zatarasowała mi drogę.
- Masz zamiar w ogóle ze mną rozmawiać?- zapytała, przyglądając mi się. Założyła okrycie, ale płaszcz był trochę za duży. Czułem jak kąciki ust unoszą mi się w uśmiechu. Czerwonowłosa popatrzyła na mnie ze złością.- Co się cieszysz?
- Nie masz czegoś do roboty? Nie wiem, pobicie jakiegoś faceta, upolowanie kota, odwiedzenie rodziny i spędzenie czasu na wspólnym..- mruknąłem, a dziewczyna mnie spoliczkowała. Po czym odwróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie. Na boga! Za jakie grzechy ja ją spotkałem?
W końcu doszło do mnie, że powinienem ją dogonić. Nie było to zbyt łatwe, bo już dawno znikła mi z oczu. Jednak szczęście mi dopisało. Znalazłem ją na skraju lasu. Siedziała pod drzewem, ze spuszczoną głową. Podszedłem do niej bezszelestnie i przykucnąłem przy niej. Podniosła głowę i spojrzała na mnie ze złością.
- Spieprzaj- mruknęła.
- Nie można wymazać z pamięci wszystkiego, co sprawia ból- zauważyłem. Czerwonowłosa zaśmiała się gorzko.
- Gdybyś był w połowie tak zabawny, za jakiego się uważasz, byłbyś dwa razy bardziej zabawny niż jesteś.
- W tym momencie nie chciałem być zabawny. Po prostu..chciałem być miły- powiedziałem cicho, po czym usiadłem obok niej, tak że stykaliśmy się ramionami. Zacząłem się przyglądać chmurom. Po chwili zauważyłem jedną...- Patrz! Stara baba w spódnicy na fotelu z kotem na kolanach..
- Słuchaj...- wyszeptała nagle dziewczyna. Spojrzałem na nią i delikatnie odgarnąłem niesforny kosmyk z jej twarzy. Zrozumiałem, że to nie był dobry pomysł i chciałem zabrać rękę, ale ona mnie za nią złapała.
- Przepraszam...- zacząłem. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła.
- Nie rób tego więcej- mruknęła tylko i popatrzyła w inną stronę.
<Ava? Mam nadzieję, że nie jesteś zła>
wtorek, 6 maja 2014
Od Caspaina C.D Eilistraee
Chwyciłem Christę za podbródek i pocałowałem ją w czoło. Kobieta spuściła wzrok, zawstydzona moim zachowaniem.
- Ja jestem chodzącą emocją. Nie zauważyłaś? - szepnąłem jej do ucha, nieznacznie muskając jego koniuszek językiem. Christa zadrżała, czując mój subtelny, a zarazem bardzo nieprzyzwoity dotyk. Wyprostowałem się nagle i wyszedłem z komnaty, zostawiając białowłosą samą. Moja sypialnia była przestronna, jednak brakowało jej przepychu, w jakim obracała się moja siostra. Tourine od lat było księstwem militarnym i tak też przedstawiał się mój zamek. Jako ozdoby służyły miecze, kusze, łuki, zbroje, skóry zwierząt, zarówno zwierzęce, jak i ludzkie kości. Koszula, którą miałem na sobie, była biała i niewygodna. Zmieniłem ją na czarną, przylegającą do skóry, bym mógł łatwiej poruszać się z bronią w ręku. Wiązałem akurat ciężkie, okute gdzieniegdzie żelazem buty, gdy do mojej komnaty wszedł Lenny Dorhan, jeden z moich najlepszych wojowników, a także najbliższych przyjaciół. Zaledwie dwudziestoletni, niewiele niższy ode mnie chłopiec o włosach w odcieniu zboża i ciemnych, granatowych oczach, uśmiechał się nieznacznie. Był piękny. Nawet ja z trudem opierałem się jego wdziękom.
- Wzywałeś mnie, Panie - szybki ruch głową zastąpił pokłon. Podniosłem się.
- Tak - odparłem. - Pojedziesz po niego. Chcę, by za tydzień już biegał po tych korytarzach. Wyruszysz dziś wieczorem.
- Caspainie - Lenny chwycił mnie za rękę. Spojrzałem mu prosto w te niesamowite oczy. - Od kiedy to prowadzasz po swoich komnatach kapłanki?
- Od kiedy brakuje mi Twojego ciała w mym łożu - zażartowałem. Lenny skwitował moje słowa uśmiechem. Zeszliśmy wspólnie na dziedziniec, gdzie czekały na nas konie. Wsiadłem na swojego nieposłusznego ogiera. Century zarżał, ryjąc kopytem w ziemi. Poklepałem go po szyi. Dodałem solidnie łydki, a kasztan skoczył do przodu. Klacz Lenny' ego musiała wysilić się, by go dogonić. Nie jechaliśmy daleko. Koszary znajdowały się blisko zamku i zajmowały rozległe, połączone z obszarem miasta terytorium. Na miejscu oddałem konia w ręce stajennych.
- Dobrzy są - powiedziałem, opierając ręce na biodrach. Mój wzrok zatrzymał się na grupie kilkunastoletnich chłopców, którzy trenowali strzelanie z łuku pod okiem jednego z mistrzów.
- Masz rację. Wyrośnie z nich armia Nieskalanych - zaśmiał się Lenny.
- Nie. Oni będą lepsi od Nieskalanych. Zobaczysz - zapewniłem go i wziąłem do ręki miecz, który podawał mi jeden z giermków. Naciąłem delikatnie skórę, by sprawdzić jego ostrość.
- Zamierzasz walczyć? - spytał niebieskooki młodzieniec. Dobył dwóch, krótkich mieczy.
- I zamierzam Cię pokonać - w moich oczach pojawił się dziki, zwierzęcy błysk.
(Christo?)
- Ja jestem chodzącą emocją. Nie zauważyłaś? - szepnąłem jej do ucha, nieznacznie muskając jego koniuszek językiem. Christa zadrżała, czując mój subtelny, a zarazem bardzo nieprzyzwoity dotyk. Wyprostowałem się nagle i wyszedłem z komnaty, zostawiając białowłosą samą. Moja sypialnia była przestronna, jednak brakowało jej przepychu, w jakim obracała się moja siostra. Tourine od lat było księstwem militarnym i tak też przedstawiał się mój zamek. Jako ozdoby służyły miecze, kusze, łuki, zbroje, skóry zwierząt, zarówno zwierzęce, jak i ludzkie kości. Koszula, którą miałem na sobie, była biała i niewygodna. Zmieniłem ją na czarną, przylegającą do skóry, bym mógł łatwiej poruszać się z bronią w ręku. Wiązałem akurat ciężkie, okute gdzieniegdzie żelazem buty, gdy do mojej komnaty wszedł Lenny Dorhan, jeden z moich najlepszych wojowników, a także najbliższych przyjaciół. Zaledwie dwudziestoletni, niewiele niższy ode mnie chłopiec o włosach w odcieniu zboża i ciemnych, granatowych oczach, uśmiechał się nieznacznie. Był piękny. Nawet ja z trudem opierałem się jego wdziękom.
- Wzywałeś mnie, Panie - szybki ruch głową zastąpił pokłon. Podniosłem się.
- Tak - odparłem. - Pojedziesz po niego. Chcę, by za tydzień już biegał po tych korytarzach. Wyruszysz dziś wieczorem.
- Caspainie - Lenny chwycił mnie za rękę. Spojrzałem mu prosto w te niesamowite oczy. - Od kiedy to prowadzasz po swoich komnatach kapłanki?
- Od kiedy brakuje mi Twojego ciała w mym łożu - zażartowałem. Lenny skwitował moje słowa uśmiechem. Zeszliśmy wspólnie na dziedziniec, gdzie czekały na nas konie. Wsiadłem na swojego nieposłusznego ogiera. Century zarżał, ryjąc kopytem w ziemi. Poklepałem go po szyi. Dodałem solidnie łydki, a kasztan skoczył do przodu. Klacz Lenny' ego musiała wysilić się, by go dogonić. Nie jechaliśmy daleko. Koszary znajdowały się blisko zamku i zajmowały rozległe, połączone z obszarem miasta terytorium. Na miejscu oddałem konia w ręce stajennych.
- Dobrzy są - powiedziałem, opierając ręce na biodrach. Mój wzrok zatrzymał się na grupie kilkunastoletnich chłopców, którzy trenowali strzelanie z łuku pod okiem jednego z mistrzów.
- Masz rację. Wyrośnie z nich armia Nieskalanych - zaśmiał się Lenny.
- Nie. Oni będą lepsi od Nieskalanych. Zobaczysz - zapewniłem go i wziąłem do ręki miecz, który podawał mi jeden z giermków. Naciąłem delikatnie skórę, by sprawdzić jego ostrość.
- Zamierzasz walczyć? - spytał niebieskooki młodzieniec. Dobył dwóch, krótkich mieczy.
- I zamierzam Cię pokonać - w moich oczach pojawił się dziki, zwierzęcy błysk.
(Christo?)
poniedziałek, 5 maja 2014
Od Iskry do Williama
Nieznajomy pomógł wsiąść mi na konia. Złapałam lewą rękę uzdę, gdyż prawą miałam ranną - żołnierz Ryka zadał mi cios sztyletem - a on klepnął konia w zad po czym konik pocwałował. Siedziałam tylko raz w siodle i kiwałam się. Kiedy odjechałam wystarczająco daleko chcąc zsiąść z konia upadłam ale momentalnie się podniosłam. Miałam nadzieję, że nieznajomego jeszcze spotkam, jednak na razie urwałam sobie kawałek materiału z rękawa i zrobiłam sobie z niego prowizoryczny opatrunek.
Kilka metrów obok mnie płynął strumyczek, złapałam więc konia za kantar i przyprowadziłam go by napoić go wodą. Następnie przywiązałam konia do drzewa, a sama poszłam poszukać drewna na opał. Kiedy przyszłam z powrotem do obozowiska, rzuciłam gałązki i rozpaliłam ognisko. Następnie - niestety głodna - położyłam się spać obok konia. Śnił mi się koszmar.
[Nad rankiem....]
Otworzyłam najpierw prawe, a później lewe oko i przeciągnęłam się. Spojrzałam na prawą rękę, niestety wciąż krwawiła ale mniej. Podeszłam do ogiera i odwiązałam go, zaprowadziłam do strumyka by się napił. Kiedy skończył wsiadłam - z trudem - i ruszyłam z nurtem wody. Po kilkugodzinnej jeździe postanowiłam ochłonąć i klapnęłam na obolałej po jeździe na oklep pupie. Nagle zauważyłam jego.
Szedł w moim kierunku. Pewnie mnie już zauważył - pomyślałam. Kiedy podszedł wstałam.
- Dziękuję Ci bardzo za pomoc - powiedziałam podając mu prawą rękę.
- Nie ma za co - uśmiechnął się - ratuję damy w opresji - kiedy zaczął wyciągać w kierunku mojej ręki dłoń spostrzegł ranę.
- Jesteś ranna?
Szybko cofnęłam rękę i schowałam za plecami.
- Taka tam ranka - powiedziałam niepewnie.
- Hmm to pokaż - rzekł obracając mnie by zobaczyć ją.
- Po co jeśli to MAŁA ranka? - spytałam.
- To jeśli to MAŁA ranka to czego się tak boisz? - spytał mnie.
Niespodziewanie złapał moją rękę i odsunął kawałek materiału. Pod nim można było ujrzeć płynącą krew, która nie chciała zakrzepnąć.
- I to jest niby mała ranka?!? Ona jest duża, a do tego krew Ci nie krzepnie-powiedział
- Wiem, od dzieciństwa cierpię na Hemofilię - powiedziałam.
- Och - mruknął
Puścił moją rękę i podszedł do swojej torby, wyciągnął czysty bandaż i jakąś roślinę. Po czym podszedł do mnie i ściągnął materiał, następnie wziął mnie za rękę i doprowadził so strumienia. Włożyłam rękę, a zimna woda obmyła ranę. Następnie podniosłam ją do góry, a nieznajomy obwiązał ją bandażem uciskowym. Następnie urwał pączek z rośliny i podał mi ją. Wsadziłam do ust, a po chwili zrobiłam się śpiąca.
<Will? >
Od Argony do Eony
Szybko pobiegłam do centrum podziemnego półświatka, do domu Mistrza Podziemi. Otrzymałam od niego rozkaz powiadamiać go o wszystkich postępach w eksperymencie. Postęp był. Była również nowa dziewczyna w dzielnicy. No i przecież wypełniłam zlecenie.
Do celu podróży dobiegłam szybko, zatrzymałam się przed zaopatrzonymi w szable łotrzykami, będącymi przybocznymi Mistrza.
- O Argona! I jak szczęście dopisało? - z uśmiechem zapytała jeden z nich
- Taa... to było nawet za łatwe - mruknęłam - Muszę złożyć raport eMP'owi.
- Nie ma go - odezwał się drugi
- Jak to nie ma? - spojrzałam na mężczyzn z niepokojem - Coś się stało?
Pierwszy strażnik konspiracyjnie pochylił się w moim kierunku.
- Mówią - szepnął - że wezwał go do siebie sam Sir Jorah Mormont...
- A z jakiej to przyczyny? - czułam rosnące podniecenie, ale moja twarz pozostała kamienna
- Mówią, że... - mężczyzna rozejrzał się przesadnie dookoła - że książę pragnie by eMPe rozkazała nam wspomóc jego wojska...
- Co?! - warknęłam zwężając oczy w wąskie szparki
- Ja tylko powtarzam co mówią wszyscy... Myślisz, że Mistrz by się zgodził?
- Nie wiem... - zamyśliłam się chwilę - On jest nieobliczalny... a myślałam, że go znam... W takim razie nic tu po mnie. Wrócę jutro. Jakby pytał to jestem u Eskulapa.
Całą drogę powrotną głowiłam się nad zasłyszanymi wieściami. Co zrobi Mistrz? Czy się zgodzi? A jeśli nie, to czy zostanie stracony? Nie mogłam znaleźć odpowiedzi i pozostawało tylko czekać.
Gdy weszłam do "mieszkania przylaboratoryjnego", jak je nazywał Eskulap, zastałam tam nie staruszka, a dziewczynę siedzącą przy stole. Widać nie miała ochoty jeszcze iść spać.
Bez zbędnego przywitania ruszyłam do kuchni, by zaparzyć sobie kawy z resztki ziaren jakie mi zostały.
(Ehh... teraz mam wyrzuty sumienia, że cię upomniałam... jestem kretynem... Eona?)
Do celu podróży dobiegłam szybko, zatrzymałam się przed zaopatrzonymi w szable łotrzykami, będącymi przybocznymi Mistrza.
- O Argona! I jak szczęście dopisało? - z uśmiechem zapytała jeden z nich
- Taa... to było nawet za łatwe - mruknęłam - Muszę złożyć raport eMP'owi.
- Nie ma go - odezwał się drugi
- Jak to nie ma? - spojrzałam na mężczyzn z niepokojem - Coś się stało?
Pierwszy strażnik konspiracyjnie pochylił się w moim kierunku.
- Mówią - szepnął - że wezwał go do siebie sam Sir Jorah Mormont...
- A z jakiej to przyczyny? - czułam rosnące podniecenie, ale moja twarz pozostała kamienna
- Mówią, że... - mężczyzna rozejrzał się przesadnie dookoła - że książę pragnie by eMPe rozkazała nam wspomóc jego wojska...
- Co?! - warknęłam zwężając oczy w wąskie szparki
- Ja tylko powtarzam co mówią wszyscy... Myślisz, że Mistrz by się zgodził?
- Nie wiem... - zamyśliłam się chwilę - On jest nieobliczalny... a myślałam, że go znam... W takim razie nic tu po mnie. Wrócę jutro. Jakby pytał to jestem u Eskulapa.
Całą drogę powrotną głowiłam się nad zasłyszanymi wieściami. Co zrobi Mistrz? Czy się zgodzi? A jeśli nie, to czy zostanie stracony? Nie mogłam znaleźć odpowiedzi i pozostawało tylko czekać.
Gdy weszłam do "mieszkania przylaboratoryjnego", jak je nazywał Eskulap, zastałam tam nie staruszka, a dziewczynę siedzącą przy stole. Widać nie miała ochoty jeszcze iść spać.
Bez zbędnego przywitania ruszyłam do kuchni, by zaparzyć sobie kawy z resztki ziaren jakie mi zostały.
(Ehh... teraz mam wyrzuty sumienia, że cię upomniałam... jestem kretynem... Eona?)
Od Iltrana c.d. Cassandry
–Powiem tak –odparłem na jej słowa –nie zależnie dokąd bym się udał zawsze czuję się dobrze w towarzystwie roślin. Są spokojniejsze od innych istot i cierpliwe.
Staliśmy nad strumieniem o krystalicznie czystej wodzie. Sama polana pogrążona była w półcieniu. Wokoło rosły dęby i kilka smukłych brzóz. Te drzewa też lubiłem. Nie wiem, czy podobała mi się w nich biała kora, czy też jasnozielone drobne liście, a może kształt owych liści, jednak nie ma to większego znaczenia. Na niebie ukazał się jastrząb. Spokojnie szybował po nieboskłonie, a gdzieś z leśnej ciszy doszło mych uszu ćwierkanie ptaków. Ogółem zapowiadał się całkiem przyjemny dzień, chyba że ludzie postanowią zepsuć go polowaniem, czy inną niebywale ważną dla nich rzeczą.
Podszedłem do jednego z drzew i przyłożyłem rękę do jego kory. Kiedyś nauczono mnie jak wsłuchać się w las, a nawet po latach wędrówek nie zapomniałem tej lekcji. Mogłem wyczuć wiele. Niezależnie, czy chodziło o wielkie mrowiska, czy o sarnę przeżuwającą trawę. Cały las stanowił jedność, a ja byłem jego częścią.
Znów spojrzałem na dziewczynę trochę zdziwioną moim zachowaniem. Ludzie w większości przypadków nas nie rozumieją. Dla nich roślina i zwierzę są niczym. Nikt z nas nie przyzna im racji, nawet jeśli uznają nas za dziwaków sprawujących dziwne obrzędy przy kamiennych kręgach i na leśnych polanach. My natomiast nigdy nie zrozumiemy ich przywiązania do dzieł swoich rąk, dlatego też dziewczyna zaintrygowała mnie. Może nie znałem wielu ludzi dokładnie, ale nie pamiętam bym spotkał kogoś kto wchodząc do lasu nie zaczyna go niszczyć i nie darzy żadnym szacunkiem.
–Posiadasz może jakiś sprecyzowany cel podróży? –zapytałem.
<Cassandra?>
Staliśmy nad strumieniem o krystalicznie czystej wodzie. Sama polana pogrążona była w półcieniu. Wokoło rosły dęby i kilka smukłych brzóz. Te drzewa też lubiłem. Nie wiem, czy podobała mi się w nich biała kora, czy też jasnozielone drobne liście, a może kształt owych liści, jednak nie ma to większego znaczenia. Na niebie ukazał się jastrząb. Spokojnie szybował po nieboskłonie, a gdzieś z leśnej ciszy doszło mych uszu ćwierkanie ptaków. Ogółem zapowiadał się całkiem przyjemny dzień, chyba że ludzie postanowią zepsuć go polowaniem, czy inną niebywale ważną dla nich rzeczą.
Podszedłem do jednego z drzew i przyłożyłem rękę do jego kory. Kiedyś nauczono mnie jak wsłuchać się w las, a nawet po latach wędrówek nie zapomniałem tej lekcji. Mogłem wyczuć wiele. Niezależnie, czy chodziło o wielkie mrowiska, czy o sarnę przeżuwającą trawę. Cały las stanowił jedność, a ja byłem jego częścią.
Znów spojrzałem na dziewczynę trochę zdziwioną moim zachowaniem. Ludzie w większości przypadków nas nie rozumieją. Dla nich roślina i zwierzę są niczym. Nikt z nas nie przyzna im racji, nawet jeśli uznają nas za dziwaków sprawujących dziwne obrzędy przy kamiennych kręgach i na leśnych polanach. My natomiast nigdy nie zrozumiemy ich przywiązania do dzieł swoich rąk, dlatego też dziewczyna zaintrygowała mnie. Może nie znałem wielu ludzi dokładnie, ale nie pamiętam bym spotkał kogoś kto wchodząc do lasu nie zaczyna go niszczyć i nie darzy żadnym szacunkiem.
–Posiadasz może jakiś sprecyzowany cel podróży? –zapytałem.
<Cassandra?>
niedziela, 4 maja 2014
Od Eilistraee C.D Caspaina
Podniosła się z trudem. Mimo zakazu Caspaina odwinęła bandaż na udzie. Jęknęła cicho widząc pozostałości rany.
-Widzę, że już Ci lepiej.-pojawił się obok niej. Odskoczyła przestraszona. Pojawiał się właściwie znikąd, wychodził z cienia gdy spodziewała się tego najmniej.
-Tak.-odparła z łagodnym uśmiechem.
-Spakuję Twoje rzeczy. Jutro rano wyjeżdżamy do Tourine.-mruknął.
-Widzę, że już Ci lepiej.-pojawił się obok niej. Odskoczyła przestraszona. Pojawiał się właściwie znikąd, wychodził z cienia gdy spodziewała się tego najmniej.
-Tak.-odparła z łagodnym uśmiechem.
-Spakuję Twoje rzeczy. Jutro rano wyjeżdżamy do Tourine.-mruknął.
***
-Będziemy jechać na jednym koniu?-skrzywiła się.
-Tak.-odparł szorstko.-Chyba, że wolisz za mną biec.
Przewróciła oczami. Z jego pomocą wsiadła na konia bokiem. Caspain odbił się od ziemi i zręcznie wsiadł na wierzchowca. Ruszyli szybko. Oparła głowę na jego ramieniu. Nie zareagował.
Jechali w całkowitej ciszy.
-Twoja siostra-zaczęła nagle.-Wychodzi za Lorda Mormonta, prawda? Nie boisz się, Caspainie?
-Nie.-odpowiedział ostro.-A powinienem? Jeśli ją skrzywdzi, poderżnę mu gardło.
-Nie wiem, czy powinieneś.-westchnęła.-Wygląda na rozważnego, mądrego człowieka. Pochodzę z Południa. To normalne, że mu nie ufam.
-Nie chciałabyś tam wrócić?-spytał ni stąd ni zowąd.
-Marzę o tym.-odparła zgodnie z prawdą.-Ale nie mogę. Czasami śni mi się jego niepodległość.
***
Ku jej wyraźniej uldze, dojechali na miejsce. Zamek w Tourine był równie potężny co ten Eress'vea. Posiadał także równie piękne i ukwiecone ogrody.
-Wspaniałe miejsce.-uśmiechnęła się do niego. Zeskoczył z konia i pomógł jej zejść. Rana bolała jeszcze, mimo, że pozostał po niej już mały ślad.
-Wspaniałe miejsce.-uśmiechnęła się do niego. Zeskoczył z konia i pomógł jej zejść. Rana bolała jeszcze, mimo, że pozostał po niej już mały ślad.
***
Caspain siedział na honorowym miejscu przy stole, ostrząc nóż. Siedziała obok niego popijając wino. Gigantyczna sala była pusta. Wstała powoli. Zaczęła oglądać bliznę na udzie wzdychając przy tym raz po raz. Rysa na jej porcelanowej, nieskażonej dotąd niczym skórze.
-Lepiej mieć małą bliznę niż nie mieć nogi.-warknął nie odrywając wzroku od ostrza. Potaknęła. Podeszła do dębowych drzwi.
-Będę w swojej komnacie.-rzuciła i wyszła na korytarz zdobiony przeróżnymi freskami.
***
Rozczesywała włosy siedząc przed lustrem. Białe pasma delikatnie opadały na plecy. Czasem zastanawiała się jak wyglądała jej matka. Czy była do niej podobna? Być może to właśnie po niej posiada białe kaskady włosów i przenikliwe spojrzenie fioletowych oczu.
Bezszelestnie wszedł do środka. Intrygowało ją w jaki sposób to robi. Ukrywał się w najmniejszym cieniu i chodził niczym kot.
Nie odezwała się. Caspain także milczał.
Ujął w palce biały kosmyk. Pogładził dłonią jej włosy. W odbiciu lustra widziała, że się uśmiecha.
Odwróciła się w jego stronę. Nie zdążywszy cofnąć ręki, dotknął jej policzka. Szybko oderwał dłoń i równie szybko odwrócił wzrok. Uśmiechnęła się.
-Nie okazujesz żadnych emocji?-spytała cicho patrząc mu w oczy.
<Caspain? To nie ja, to moja Schauma XD>
Od Avy C.D Williama
Podeszłam do lustra nie pewna, co w nim zobaczę. Ku mojemu zaskoczeniu sukienka była niezła, a nawet bardziej, lecz i tak nie przepadałam za czymś takim. Ciemnowłosy spojrzał na mnie, jakby oczekiwał mojego zdania.
- Może być - mruknęłam. Nie zamierzałam się silić na jakiekolwiek pochwały i podziękowania.
*10 minut później*
Staliśmy przed karczmą.
- Dalej sobie poradzę - powiedziałam, gestem ręki odganiając towarzysza. Nie chcę, aby mi pomagał.
Usiadłam przy barze, a po chwili pojawił się niski, zezowaty chłopak. On ma mnie obsłużyć?!
- Chcę porozmawiać z właścicielem, panem... - zerknęłam na menu, było tam jakieś nazwisko... - ... Archibald'em? - powiedziałam. Służący skinął głową i wyszedł. W tym czasie zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu. Zaniepokoiła mnie jedna z elegantek, ta brązowowłosa. Wyglądała znajomo, chyba gdzieś ją widziałam. Gdy ta zauważyła, że jej się przyglądam, nerwowo odwróciła głowę w przeciwnym kierunku, po czym wyszeptała coś do siedzącego obok mężczyzny. Człowiek wstał i wyszedł.
- Chciała milady ze mną mówić? - gwałtownie się odwróciłam. Zmierzyłam właściciela wzrokiem i westchnęłam. Facet wyglądał okropnie. Mimo wszystko prościej byłoby mi go uwieść gdyby był choć trochę przystojny.
- Tak, milordzie - zaczęłam rozmyślać nad wymówką - Chciałam z panem mówić, gdyż... chciałam poznać właściciela tego lokalu oraz się z nim napić - uśmiechnęłam się zalotnie.
- Jak sobie panienka życzy - mężczyzna się rozpromienił. I połknął haczyk.
Zerknęłam na miejsce, na którym siedziała znajoma kobieta. Było puste. Wtedy drzwi gwałtownie się otworzyły. Do budynku wkroczyli trzej uzbrojeni mężczyźni, ze straży. W tamtej chwili zrozumiałam, kim była tamta kobieta. Przypomniałam sobie sytuację sprzed miesiąca, kiedy to napadłam na podobny lokal. Brązowowłosa pełniła rolę zakładniczki, musiała mnie zapamiętać.
- Caroline Lacey Castle, jesteś aresztowana! - jeden z nich zawołał moje fałszywe nazwisko. Wiedziałam, że żadne usprawiedliwienie na nic się nie zda. Gwałtownie wstała. Chole.ra, nie wzięłam sztyletów! Szybkim ruchem obezwładniłam siedzącego obok mężczyznę, a z jego kieszeni wyjęłam... scyzoryk, cudownie.
Przeskoczyłam przez blat i otworzyłam najbliższe drzwi. Kuchnia.
- Proszę pani, tutaj nie wolno wcho... - kobieta nie dokończyła, została odepchnięta na bok. Ku mojemu szczęściu były tam tylne drzwi. Wybiegłam na dwór, dosiadłam pierwszego lepszego konia. Z napadu nic nie wyszło. No cóż, najwyżej sprzedam tego ogiera.
- Stać! - usłyszałam. Usłyszałam głos przed sobą. Z drzewa zeskoczył żołnierz, zrzucając mnie z konia. chwilę się z nim siłowałam, lecz siła nie była moim atutem. Po chwili pojawiła się reszta...
*godzinę później*
Obudziłam się w wilgotnej, cuchnącej celi, obok której tradycyjnie spał strażnik. Klucz jednak nie był zawieszony na szyi, gdzie z łatwością mogłabym go dosięgnąć, lecz wisiał na haku, wbitym w ścianę. Około 10 stóp od celi. Zaczęłam rozglądać się za okienkiem. Znalazłam je, było 3 metry nad moją głową i miało wymiary około pół metra na każdym boku. Jeśli będę chciała je "powiększyć", na pewno obudzę strażnika. Ale nie zaszkodzi spróbować.
Zaczęłam się wspinać po odstających cegłówkach. Już byłam przy okienku...
Usłyszałam cichy okrzyk, świst, a potem odgłos przebijanego ciała. Spojrzałam w tamtym kierunku. Stała tam zakapturzona postać, tuż obok martwego strażnika. Gdy zdjęła kaptur, od razu wiedziałam kto to. Oczywiście pan genialny.
- Masz już u mnie wielki dług. Za sukienkę i za to, że teraz cię ratuję - na jego twarzy pojawił się ten złośliwy uśmiech.
- Poradziłabym sobie bez twojej pomocy - mruknęłam i zeskoczyłam na ziemię.
<William?>
- Może być - mruknęłam. Nie zamierzałam się silić na jakiekolwiek pochwały i podziękowania.
*10 minut później*
Staliśmy przed karczmą.
- Dalej sobie poradzę - powiedziałam, gestem ręki odganiając towarzysza. Nie chcę, aby mi pomagał.
Usiadłam przy barze, a po chwili pojawił się niski, zezowaty chłopak. On ma mnie obsłużyć?!
- Chcę porozmawiać z właścicielem, panem... - zerknęłam na menu, było tam jakieś nazwisko... - ... Archibald'em? - powiedziałam. Służący skinął głową i wyszedł. W tym czasie zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu. Zaniepokoiła mnie jedna z elegantek, ta brązowowłosa. Wyglądała znajomo, chyba gdzieś ją widziałam. Gdy ta zauważyła, że jej się przyglądam, nerwowo odwróciła głowę w przeciwnym kierunku, po czym wyszeptała coś do siedzącego obok mężczyzny. Człowiek wstał i wyszedł.
- Chciała milady ze mną mówić? - gwałtownie się odwróciłam. Zmierzyłam właściciela wzrokiem i westchnęłam. Facet wyglądał okropnie. Mimo wszystko prościej byłoby mi go uwieść gdyby był choć trochę przystojny.
- Tak, milordzie - zaczęłam rozmyślać nad wymówką - Chciałam z panem mówić, gdyż... chciałam poznać właściciela tego lokalu oraz się z nim napić - uśmiechnęłam się zalotnie.
- Jak sobie panienka życzy - mężczyzna się rozpromienił. I połknął haczyk.
Zerknęłam na miejsce, na którym siedziała znajoma kobieta. Było puste. Wtedy drzwi gwałtownie się otworzyły. Do budynku wkroczyli trzej uzbrojeni mężczyźni, ze straży. W tamtej chwili zrozumiałam, kim była tamta kobieta. Przypomniałam sobie sytuację sprzed miesiąca, kiedy to napadłam na podobny lokal. Brązowowłosa pełniła rolę zakładniczki, musiała mnie zapamiętać.
- Caroline Lacey Castle, jesteś aresztowana! - jeden z nich zawołał moje fałszywe nazwisko. Wiedziałam, że żadne usprawiedliwienie na nic się nie zda. Gwałtownie wstała. Chole.ra, nie wzięłam sztyletów! Szybkim ruchem obezwładniłam siedzącego obok mężczyznę, a z jego kieszeni wyjęłam... scyzoryk, cudownie.
Przeskoczyłam przez blat i otworzyłam najbliższe drzwi. Kuchnia.
- Proszę pani, tutaj nie wolno wcho... - kobieta nie dokończyła, została odepchnięta na bok. Ku mojemu szczęściu były tam tylne drzwi. Wybiegłam na dwór, dosiadłam pierwszego lepszego konia. Z napadu nic nie wyszło. No cóż, najwyżej sprzedam tego ogiera.
- Stać! - usłyszałam. Usłyszałam głos przed sobą. Z drzewa zeskoczył żołnierz, zrzucając mnie z konia. chwilę się z nim siłowałam, lecz siła nie była moim atutem. Po chwili pojawiła się reszta...
*godzinę później*
Obudziłam się w wilgotnej, cuchnącej celi, obok której tradycyjnie spał strażnik. Klucz jednak nie był zawieszony na szyi, gdzie z łatwością mogłabym go dosięgnąć, lecz wisiał na haku, wbitym w ścianę. Około 10 stóp od celi. Zaczęłam rozglądać się za okienkiem. Znalazłam je, było 3 metry nad moją głową i miało wymiary około pół metra na każdym boku. Jeśli będę chciała je "powiększyć", na pewno obudzę strażnika. Ale nie zaszkodzi spróbować.
Zaczęłam się wspinać po odstających cegłówkach. Już byłam przy okienku...
Usłyszałam cichy okrzyk, świst, a potem odgłos przebijanego ciała. Spojrzałam w tamtym kierunku. Stała tam zakapturzona postać, tuż obok martwego strażnika. Gdy zdjęła kaptur, od razu wiedziałam kto to. Oczywiście pan genialny.
- Masz już u mnie wielki dług. Za sukienkę i za to, że teraz cię ratuję - na jego twarzy pojawił się ten złośliwy uśmiech.
- Poradziłabym sobie bez twojej pomocy - mruknęłam i zeskoczyłam na ziemię.
<William?>
Od Caspaina C.D Eilistraee
Podniosłem wzrok znad ostrza. Momentalnie zauważyłem, że coś jest nie tak. Na wysokości uda suknia Christy była poplamiona krwią. Podniosłem materiał.
- Kto to opatrywał? - wymamrotałem. Rana wyglądała paskudnie. Chwyciłem za rękojeść noża. - Może zaboleć.
- Cas.. - krzyk zagłuszył wypowiadanie mojego imienia. Dwukrotnie pogłębiłem ranę, pozbywając się zakażonego mięsa. Krew trysnęła.
- Nie mdlej - potrząsnąłem nią. Ściągnąłem z siebie koszulę, rozrywając ją na trzy części. Mocno związałem jedną z nich powyżej nacięcia, by powstrzymać napływ krwi.
- Christa, do cholery - warknąłem, uderzając ją w pośladek. Kochanka majaczyła w moich rękach, traciła przytomność. Nie mogłem pozwolić jej zasnąć. Wyciągnąłem z szuflady maść, którą od dziecka zaleczałem rany cięte. Obficie nałożyłem jej na ciało Christy. Kobieta zasyczała z bólu.
- Jeszcze trochę - wziąłem do ręki zapaloną świecę. W głębi ducha dziękowałem za to, że białowłosa nie widzi tego, co zamierzam zrobić. Bez namysłu przystawiłem ogień do otwartej rany. Komnata wypełniła się krzykiem.
(...) Obserwowałem śpiącą Christę. Wykonałem bardzo ryzykowny krok. Zdarzało się, że ludzie umierali mi na rękach, gdy w ten sposób pozbywałem się zakażenia. Christa będzie miała w tym miejscu bliznę, ale będzie chodzić o dwóch nogach. To uznałem za ważniejsze od śladów na ciele. Doskonale wiedziałem, jak potężny ból odczuła. Niejednokrotnie sam musiałem na sobie przeprowadzać takie zabiegi. Christa poruszyła się.
- Witaj w świecie żywych - usiadłem obok niej. Jej twarz wykrzywiła się w nieprzyjemnym grymasie. - Tak, wiem. Ale to było konieczne.
- Co mi zrobiłeś? - wyszeptała. Nie była w stanie się podnieść.
- Uratowałem Ci życie. A przynajmniej nogę - mruknąłem, unosząc kąciki ust w niepokornym uśmieszku.
- Dziękuję - powiedziała po chwili. - Za wszystko.
Milczałem. Dziękowanie, proszenie.. Zupełnie obce dla mnie czynności. Christa zamknęła oczy, oddychając miarowo. Nie dziwiłem jej się. Potrzebowała snu, by się zregenerować. Zostawiłem ją samą, przykrytą grubym, szmaragdowym kocem. Udałem się do sali tronowej. Irisa stała przy oknie i rozmawiała cicho ze swoim doradcą, Lordem Marinusem Forgety.
- Iriso - podszedłem do nich. Księżna Wschodu momentalnie odprawiła Lorda.
- Co z nią? - spytała bez ogródek.
- Musiałem operować - oznajmiłem beznamiętnie. - Nic jej nie będzie.
- Wiesz już kto to był? - dopytywała.
- Najemnicy. A zarządzał nimi dezerter z mojej armii - wycedziłem.
- Przyszedłeś po nią. Czyżby zależało Ci na kapłance? - przeszyła mnie wzrokiem.
- Na kapłance? Gdyby chodziło o kapłankę, to sam rzuciłbym ją na pożarcie ogarom. Ale jej prawdziwa tożsamość.. Powiedzmy, że lubię powtarzać rzeczy, które mi się spodobają - na moich wargach zatańczył szalony uśmieszek.
- Jesteś chorym na umyśle człowiekiem, Caspainie - sucho oświadczyła Irisa.
- A Ty bezskutecznie z tym walczysz od chwili, w której próbowałem Cię zamordować, jeszcze w łonie naszej ukochanej matki - podsumowałem. - I pomyśleć, że mogłaś mnie zabić jeszcze jako nienarodzone dziecko.
- Nie mów tak. Wcale nie próbowałeś mnie zabić. Ty..
- Owinąłem wokół Ciebie pępowinę tak, że omal się nie udusiłaś. Wcale nie próbowałem Cię zabić - przerwałem jej. - Spójrz prawdzie w oczy. Nie uda Ci się mnie zmienić. Jutro z samego rana wyjeżdżam do Tourine. Biorę tylko konia i Christę.
- Zostaw mnie - Irisa odwróciła głowę. Nie odezwałem się już ani słowem. Musiałem przygotować się na podróż.
(Christo?)
- Kto to opatrywał? - wymamrotałem. Rana wyglądała paskudnie. Chwyciłem za rękojeść noża. - Może zaboleć.
- Cas.. - krzyk zagłuszył wypowiadanie mojego imienia. Dwukrotnie pogłębiłem ranę, pozbywając się zakażonego mięsa. Krew trysnęła.
- Nie mdlej - potrząsnąłem nią. Ściągnąłem z siebie koszulę, rozrywając ją na trzy części. Mocno związałem jedną z nich powyżej nacięcia, by powstrzymać napływ krwi.
- Christa, do cholery - warknąłem, uderzając ją w pośladek. Kochanka majaczyła w moich rękach, traciła przytomność. Nie mogłem pozwolić jej zasnąć. Wyciągnąłem z szuflady maść, którą od dziecka zaleczałem rany cięte. Obficie nałożyłem jej na ciało Christy. Kobieta zasyczała z bólu.
- Jeszcze trochę - wziąłem do ręki zapaloną świecę. W głębi ducha dziękowałem za to, że białowłosa nie widzi tego, co zamierzam zrobić. Bez namysłu przystawiłem ogień do otwartej rany. Komnata wypełniła się krzykiem.
(...) Obserwowałem śpiącą Christę. Wykonałem bardzo ryzykowny krok. Zdarzało się, że ludzie umierali mi na rękach, gdy w ten sposób pozbywałem się zakażenia. Christa będzie miała w tym miejscu bliznę, ale będzie chodzić o dwóch nogach. To uznałem za ważniejsze od śladów na ciele. Doskonale wiedziałem, jak potężny ból odczuła. Niejednokrotnie sam musiałem na sobie przeprowadzać takie zabiegi. Christa poruszyła się.
- Witaj w świecie żywych - usiadłem obok niej. Jej twarz wykrzywiła się w nieprzyjemnym grymasie. - Tak, wiem. Ale to było konieczne.
- Co mi zrobiłeś? - wyszeptała. Nie była w stanie się podnieść.
- Uratowałem Ci życie. A przynajmniej nogę - mruknąłem, unosząc kąciki ust w niepokornym uśmieszku.
- Dziękuję - powiedziała po chwili. - Za wszystko.
Milczałem. Dziękowanie, proszenie.. Zupełnie obce dla mnie czynności. Christa zamknęła oczy, oddychając miarowo. Nie dziwiłem jej się. Potrzebowała snu, by się zregenerować. Zostawiłem ją samą, przykrytą grubym, szmaragdowym kocem. Udałem się do sali tronowej. Irisa stała przy oknie i rozmawiała cicho ze swoim doradcą, Lordem Marinusem Forgety.
- Iriso - podszedłem do nich. Księżna Wschodu momentalnie odprawiła Lorda.
- Co z nią? - spytała bez ogródek.
- Musiałem operować - oznajmiłem beznamiętnie. - Nic jej nie będzie.
- Wiesz już kto to był? - dopytywała.
- Najemnicy. A zarządzał nimi dezerter z mojej armii - wycedziłem.
- Przyszedłeś po nią. Czyżby zależało Ci na kapłance? - przeszyła mnie wzrokiem.
- Na kapłance? Gdyby chodziło o kapłankę, to sam rzuciłbym ją na pożarcie ogarom. Ale jej prawdziwa tożsamość.. Powiedzmy, że lubię powtarzać rzeczy, które mi się spodobają - na moich wargach zatańczył szalony uśmieszek.
- Jesteś chorym na umyśle człowiekiem, Caspainie - sucho oświadczyła Irisa.
- A Ty bezskutecznie z tym walczysz od chwili, w której próbowałem Cię zamordować, jeszcze w łonie naszej ukochanej matki - podsumowałem. - I pomyśleć, że mogłaś mnie zabić jeszcze jako nienarodzone dziecko.
- Nie mów tak. Wcale nie próbowałeś mnie zabić. Ty..
- Owinąłem wokół Ciebie pępowinę tak, że omal się nie udusiłaś. Wcale nie próbowałem Cię zabić - przerwałem jej. - Spójrz prawdzie w oczy. Nie uda Ci się mnie zmienić. Jutro z samego rana wyjeżdżam do Tourine. Biorę tylko konia i Christę.
- Zostaw mnie - Irisa odwróciła głowę. Nie odezwałem się już ani słowem. Musiałem przygotować się na podróż.
(Christo?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

