niedziela, 4 maja 2014

Od Avy C.D Williama

Podeszłam do lustra nie pewna, co w nim zobaczę. Ku mojemu zaskoczeniu sukienka była niezła, a nawet bardziej, lecz i tak nie przepadałam za czymś takim. Ciemnowłosy spojrzał na mnie, jakby oczekiwał mojego zdania.
- Może być - mruknęłam. Nie zamierzałam się silić na jakiekolwiek pochwały i podziękowania.

*10 minut później*

Staliśmy przed karczmą.
- Dalej sobie poradzę - powiedziałam, gestem ręki odganiając towarzysza. Nie chcę, aby mi pomagał.
Usiadłam przy barze, a po chwili pojawił się niski, zezowaty chłopak. On ma mnie obsłużyć?!
- Chcę porozmawiać z właścicielem, panem... - zerknęłam na menu, było tam jakieś nazwisko... - ... Archibald'em? - powiedziałam. Służący skinął głową i wyszedł. W tym czasie zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu. Zaniepokoiła mnie jedna z elegantek, ta brązowowłosa. Wyglądała znajomo, chyba gdzieś ją widziałam. Gdy ta zauważyła, że jej się przyglądam, nerwowo odwróciła głowę w przeciwnym kierunku, po czym wyszeptała coś do siedzącego obok mężczyzny. Człowiek wstał i wyszedł.
- Chciała milady ze mną mówić? - gwałtownie się odwróciłam. Zmierzyłam właściciela wzrokiem i westchnęłam. Facet wyglądał okropnie. Mimo wszystko prościej byłoby mi go uwieść gdyby był choć trochę przystojny.
- Tak, milordzie - zaczęłam rozmyślać nad wymówką - Chciałam z panem mówić, gdyż... chciałam poznać właściciela tego lokalu oraz się z nim napić - uśmiechnęłam się zalotnie.
- Jak sobie panienka życzy - mężczyzna się rozpromienił. I połknął haczyk.
Zerknęłam na miejsce, na którym siedziała znajoma kobieta. Było puste. Wtedy drzwi gwałtownie się otworzyły. Do budynku wkroczyli trzej uzbrojeni mężczyźni, ze straży. W tamtej chwili zrozumiałam, kim była tamta kobieta. Przypomniałam sobie sytuację sprzed miesiąca, kiedy to napadłam na podobny lokal. Brązowowłosa pełniła rolę zakładniczki, musiała mnie zapamiętać.
- Caroline Lacey Castle, jesteś aresztowana! - jeden z nich zawołał moje fałszywe nazwisko. Wiedziałam, że żadne usprawiedliwienie na nic się nie zda. Gwałtownie wstała. Chole.ra, nie wzięłam sztyletów! Szybkim ruchem obezwładniłam siedzącego obok mężczyznę, a z jego kieszeni wyjęłam... scyzoryk, cudownie.
Przeskoczyłam przez blat i otworzyłam najbliższe drzwi. Kuchnia.
- Proszę pani, tutaj nie wolno wcho... - kobieta nie dokończyła, została odepchnięta na bok. Ku mojemu szczęściu były tam tylne drzwi. Wybiegłam na dwór, dosiadłam pierwszego lepszego konia. Z napadu nic nie wyszło. No cóż, najwyżej sprzedam tego ogiera.
- Stać! - usłyszałam. Usłyszałam głos przed sobą. Z drzewa zeskoczył żołnierz, zrzucając mnie z konia. chwilę się z nim siłowałam, lecz siła nie była moim atutem. Po chwili pojawiła się reszta...

*godzinę później*

Obudziłam się w wilgotnej, cuchnącej celi, obok której tradycyjnie spał strażnik. Klucz jednak nie był zawieszony na szyi, gdzie z łatwością mogłabym go dosięgnąć, lecz wisiał na haku, wbitym w ścianę. Około 10 stóp od celi. Zaczęłam rozglądać się za okienkiem. Znalazłam je, było 3 metry nad moją głową i miało wymiary około pół metra na każdym boku. Jeśli będę chciała je "powiększyć", na pewno obudzę strażnika. Ale nie zaszkodzi spróbować.
Zaczęłam się wspinać po odstających cegłówkach. Już byłam przy okienku...
Usłyszałam cichy okrzyk, świst, a potem odgłos przebijanego ciała. Spojrzałam w tamtym kierunku. Stała tam zakapturzona postać, tuż obok martwego strażnika. Gdy zdjęła kaptur, od razu wiedziałam kto to. Oczywiście pan genialny.
- Masz już u mnie wielki dług. Za sukienkę i za to, że teraz cię ratuję - na jego twarzy pojawił się ten złośliwy uśmiech.
- Poradziłabym sobie bez twojej pomocy - mruknęłam i zeskoczyłam na ziemię.

<William?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz