Podniosłem wzrok znad ostrza. Momentalnie zauważyłem, że coś jest nie tak. Na wysokości uda suknia Christy była poplamiona krwią. Podniosłem materiał.
- Kto to opatrywał? - wymamrotałem. Rana wyglądała paskudnie. Chwyciłem za rękojeść noża. - Może zaboleć.
- Cas.. - krzyk zagłuszył wypowiadanie mojego imienia. Dwukrotnie pogłębiłem ranę, pozbywając się zakażonego mięsa. Krew trysnęła.
- Nie mdlej - potrząsnąłem nią. Ściągnąłem z siebie koszulę, rozrywając ją na trzy części. Mocno związałem jedną z nich powyżej nacięcia, by powstrzymać napływ krwi.
- Christa, do cholery - warknąłem, uderzając ją w pośladek. Kochanka majaczyła w moich rękach, traciła przytomność. Nie mogłem pozwolić jej zasnąć. Wyciągnąłem z szuflady maść, którą od dziecka zaleczałem rany cięte. Obficie nałożyłem jej na ciało Christy. Kobieta zasyczała z bólu.
- Jeszcze trochę - wziąłem do ręki zapaloną świecę. W głębi ducha dziękowałem za to, że białowłosa nie widzi tego, co zamierzam zrobić. Bez namysłu przystawiłem ogień do otwartej rany. Komnata wypełniła się krzykiem.
(...) Obserwowałem śpiącą Christę. Wykonałem bardzo ryzykowny krok. Zdarzało się, że ludzie umierali mi na rękach, gdy w ten sposób pozbywałem się zakażenia. Christa będzie miała w tym miejscu bliznę, ale będzie chodzić o dwóch nogach. To uznałem za ważniejsze od śladów na ciele. Doskonale wiedziałem, jak potężny ból odczuła. Niejednokrotnie sam musiałem na sobie przeprowadzać takie zabiegi. Christa poruszyła się.
- Witaj w świecie żywych - usiadłem obok niej. Jej twarz wykrzywiła się w nieprzyjemnym grymasie. - Tak, wiem. Ale to było konieczne.
- Co mi zrobiłeś? - wyszeptała. Nie była w stanie się podnieść.
- Uratowałem Ci życie. A przynajmniej nogę - mruknąłem, unosząc kąciki ust w niepokornym uśmieszku.
- Dziękuję - powiedziała po chwili. - Za wszystko.
Milczałem. Dziękowanie, proszenie.. Zupełnie obce dla mnie czynności. Christa zamknęła oczy, oddychając miarowo. Nie dziwiłem jej się. Potrzebowała snu, by się zregenerować. Zostawiłem ją samą, przykrytą grubym, szmaragdowym kocem. Udałem się do sali tronowej. Irisa stała przy oknie i rozmawiała cicho ze swoim doradcą, Lordem Marinusem Forgety.
- Iriso - podszedłem do nich. Księżna Wschodu momentalnie odprawiła Lorda.
- Co z nią? - spytała bez ogródek.
- Musiałem operować - oznajmiłem beznamiętnie. - Nic jej nie będzie.
- Wiesz już kto to był? - dopytywała.
- Najemnicy. A zarządzał nimi dezerter z mojej armii - wycedziłem.
- Przyszedłeś po nią. Czyżby zależało Ci na kapłance? - przeszyła mnie wzrokiem.
- Na kapłance? Gdyby chodziło o kapłankę, to sam rzuciłbym ją na pożarcie ogarom. Ale jej prawdziwa tożsamość.. Powiedzmy, że lubię powtarzać rzeczy, które mi się spodobają - na moich wargach zatańczył szalony uśmieszek.
- Jesteś chorym na umyśle człowiekiem, Caspainie - sucho oświadczyła Irisa.
- A Ty bezskutecznie z tym walczysz od chwili, w której próbowałem Cię zamordować, jeszcze w łonie naszej ukochanej matki - podsumowałem. - I pomyśleć, że mogłaś mnie zabić jeszcze jako nienarodzone dziecko.
- Nie mów tak. Wcale nie próbowałeś mnie zabić. Ty..
- Owinąłem wokół Ciebie pępowinę tak, że omal się nie udusiłaś. Wcale nie próbowałem Cię zabić - przerwałem jej. - Spójrz prawdzie w oczy. Nie uda Ci się mnie zmienić. Jutro z samego rana wyjeżdżam do Tourine. Biorę tylko konia i Christę.
- Zostaw mnie - Irisa odwróciła głowę. Nie odezwałem się już ani słowem. Musiałem przygotować się na podróż.
(Christo?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz