- Jesteś idiotą. Skończonym idiotą – warknął Jorah, posyłając Portherowi spojrzenie, pod którym nawet największy wojownik skuliłby się niczym mały chłopiec.
Porther jednak nie był wielkim wojownikiem. Nie można było nawet nazwać go rycerzem. Prędzej zasługiwałby na miano początkującego najemnika. Początkującego, lecz bardzo uzdolnionego.
Mormont nie do końca wiedział, czym zajmował się ten mężczyzna nim pojawił się w Hammshert, zziębnięty, w byle łachmanach, lecz z dumnie uniesioną głową. Nie dopadł mu swego nazwiska, gdy prosił o przyjęcie do armii. Przedstawił się jedynie jako Porther. I choć początkowo Lord widział w nim jedynie zwykłego włóczęgę bez grosza przy duszy, to jednak szybko przekonał się, iż umiejętności, jakie posiadał przybłęda, należały do rzadkich, a co za tym idzie – wyjątkowo cennych. Nie minęło kilka miesięcy, a Porther z pozycji podrzędnego szpiega w armii Północy awansował na jednego z najbardziej zaufanych strażników Joraha. Nie brak mu też było intelektu; umysł miał lotny i nieraz służył Lordowi pomocą w sprawach strategicznych.
Teraz stał dumnie wyprostowany, nie okazując cienia skruchy. Lord Mormont zacisnął zęby, wbijając w niego wściekłe spojrzenie. Stojący pod ścianą Caspain poruszył się lekko, ale nie zareagował. Najwyraźniej wolał poczekać na stosowny moment.
- Powinienem cię wychłostać za to, czego się dopuściłeś – głos Joraha przypominał syk i ociekał jadem, gdy Lord stanął twarzą w twarz ze swym podwładnym. – I tylko przez szacunek, jaki żywię wobec twoich umiejętności i doświadczenia, wciąż jeszcze tego nie zrobiłem. Wiedz jednak, że następnym razem, gdy dowiem się o czymś takim, z przyjemnością oddam cię w ręce lorda Caspaina.
<Iriso, Caspainie? Niezbyt to imponujące, wiem :c >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz