Wyprostowałem się dumnie. W moich żyłach zagotowała się krew. Wyciągnąłem nóż z pochwy i podrzuciłem nim w ręce.
- Caspainie..
- Milcz, kobieto - przerwałem brutalnie. Enna instynktownie odsunęła się o krok ode mnie.
- Panie, naprawdę nie wiemy jak do tego doszło.. - strażnik nie dokończył. Nóż wbił się w jego szyję, rozcinając na miejscu tętnicę. Nikt się nie ruszył. Agonia mężczyzny trwała nie dłużej niż dwadzieścia sekund.
- Kto obejmował wartę? - spytałem. Moja twarz pozostawała beznamiętna.
- Ludzie podlegli Otarionowi - odezwał się Sir Bargeon Quinn, mój zaufany doradca. Człowiek przebiegły, inteligentny, niespełna trzydziestopięcioletni.
- Ile osób liczy ta podgrupa?
- Siedemnaście.
- Jaki stan? - nadal zadawałem pytania.
- Trzy kobiety, ośmiu mężczyzn, sześciu chłopców, jednak tej nocy zamek obstawiało tylko szesnaście osób.
- Z jakiej przyczyny? - spojrzałem na niego ostro. Bargeon wzdrygnął się i kontynuował:
- Jeden z chłopców zachorował. Nie był w stanie pracować tej nocy. Ze służby zwolnił go nadworny lekarz, Serguson - wyjawił. Skinąłem głową.
- Przyprowadźcie całą podgrupę, z wyjątkiem chorego chłopca. Oraz Otariona, oczywiście. Chłopcy zostaną wychłostani w zależności od wieku; najmłodsi dostaną trzy ciosy, najstarsi sześć. Na policzku każdej kobiety znajdzie się blizna. Na lewym policzku. Mężczyznom kowale wypalą znak nieposłuszeństwa na ramieniu. A Otarion.. Cóż, jego ukarzę sam - uśmiechnąłem się szaleńczo, wyobrażając sobie co zrobię z nieudolnym dowódcą. Enna splotła ze mną palce dłoni.
- Jej ucieczka wymaga takiej surowej kary? - spytała cicho. Spojrzałem brance prosto w oczy.
- Nikt nie ma prawa niepostrzeżenie zniknąć z mojej twierdzy. Nikt, rozumiesz? - wycedziłem. - A tym bardziej kapłanka o egzotycznym wyglądzie.
- Nie przywiązuj się - spuściła głowę i zabrała swoją rękę. Odprowadziłem ją wzrokiem.
- Przybędzie niedługo - wyrzuciłem z siebie. - Lenny go sprowadzi. Wytrzymaj jeszcze kilka dni.
- A Ty?! - podniosła głos. - Zostawiasz mnie tutaj, a sam jedziesz przywieźć z powrotem swoją kurwę?!
- A Ty niby kim jesteś, jeśli nie moją dziwką? - moje słowa odbiły się echem od ścian sali tronowej.
- Matką Twojego syna! - Enna zaczęła się bronić.
- To niczego nie zmienia. I tak jesteś tylko i wyłącznie kurwą - syknąłem. Wiedziałem, że sprawiam jej ból, ale nie przejmowałem się tym. Moje zdanie nie mogło być w żaden sposób podważane. Przez nikogo. Kobieta wybiegła z pomieszczenia.
- Zabierzcie stąd te ciało - skinąłem na służących. Usiadłem na swoim czarnym, okutym krwistoczerwonym atłasem tronie i podparłem ręką brodę. Obserwowałem jak dwóch młodych mężczyzn podnosi zabitego strażnika z posadzki, a stojąca obok nich kobieta czyści mój ukochany nóż. Gdy skończyła, położyła go na schodach i zabrała się do zdrapywania zaschłej już nieco krwi. Nie była pięknością. Była wręcz gruba i niezdarna. Mimo tego, potrzebowałem tego popołudnia dużego, kobiecego ciała. Obfitego, co najważniejsze.
- Jak Ci na imię? - spytałem, podnosząc się.
- Gerda, mój Panie - służka złożyła mi pokorny ukłon.
- Masz męża?
- Męża, dwóch synów oraz jedną córkę, Panie.
- Pod czyimi rozkazami znajduje się Twój mąż, Gerdo?
- Tomesha Iltario, Panie - nie podnosiła wzroku. Tomesh Iltario, pomyślałem, nie należy do tych, których szanuję najbardziej. Mógłbym go zastąpić każdym.
- Zostaw to - byłem już na tyle blisko, że mogłem jej dotknąć. Moje palce zatrzymały się na wysokości pulchnej szyi kobiety. Jej policzki pokryły się rumieńcami.
- Mój Panie, ja..
- Nikt się nie dowie - silnymi rękoma pociągnąłem ją w górę, stawiając na równe nocy. - Zapewniam, że żadna noc z Twoim mężem nie będzie się mogła równać z dzisiejszą.
(...) Krzyk służki zagłuszał uporczywe dobijanie się do moich drzwi. Pociągnąłem ją za włosy.
- Ciszej - zamruczałem kobiecie do ucha. Wyszedłem z niej, zostawiając ją pozbawioną drugiego spełnienia. Naciągnąłem spodnie i nie przejmując się zupełnie brakiem koszuli otworzyłem drzwi.
- Czego? - warknąłem, widząc szpakowatego zwiadowcę. Podał mi zwinięty pergamin.
- List od Lorda Bristana - nie odważył się zajrzeć do środka. - Zawiadamia, że kapłankę z Asshai widziano na pokładzie statku handlowego.
- Wyruszył za nią? - spytałem, przełamując pieczęć podległego Lorda.
- Wysłał swojego człowieka. Swojego specjalnego człowieka - podkreślił mężczyzna. - Dowie się, co jest przyczyną nagłej ucieczki kapłanki.
- I jak zawsze będzie bardzo skuteczna - uniosłem kąciki ust. Zatrzasnąłem drzwi i skierowałem spojrzenie na drżącą, pulchną kobietę na moim łożu. Jej obfite piersi podskakiwały przy każdym jej oddechu.
- Niech nikt nam nie przeszkadza - wymamrotałem.
(Christo? Gdzie Ty do cholery pojechałaś?!)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz