Zaczynam bawić się krępującymi mnie więzami. Gdybym chciał, mógłbym rozwiązać je w kilka minut. Ale na razie nie chcę. Ten mężczyzna, jak mu było... Petyr. Tak, Petyr. Dziwnie na mnie patrzy. Jakby miał ochotę rzucić mi się do gardła. Chyba wolę go nie prowokować.
Zamiast tego podnoszę wzrok i patrzę śmiało na stojącą przede mną młodą kobietę, uśmiechając się uśmiechem kogoś chorego na głowę.
- A jeśli się nie zgodzę? - odchylam się, kładąc na plecach, i podnoszę zwiazane ręce wysoko nad głowę, jakbym chciał wszystkim je pokazać. Przez okno naprzeciw mnie sączy się trochę słonecznego blasku. Patrzę na sznur pod światło, niby oceniając go.
Kobieta wzdycha cicho. Natychmiast zerkam na nią, uśmiech nie znika z mojej twarzy.
- Jestem najlepszy w swoim fachu - mówię, całkiem szczerze. - Jeśli ktoś ma ją znaleźć, to tylko ja. A mnie nie kupisz za parę sakiewek złota. Cóż miałbym z nimi począć? Zakopać? Przepić? Wydać na dziwki? - urywam na chwilę, rozkoszując się niezrozumieniem na jej twarzy. Wybucham śmiechem, na jego dźwięk nawet uzbrojony mężczyzna kryjący się w cieniu wzdraga się nieznacznie. Rzucam mu wymowne spojrzenie. Wiem, że tam jesteś. Nie musisz się już ukrywać.
- Nie jesteś bogata - kiedy znów zwracam się do Antaryonki, przez mój głos przebija pogarda. - Nie masz niczego, na czym mogłoby mi zależeć. Czemu miałbym dla ciebie pracować? Nazwisko rodowe to nie wszystko. A w dzisiejszych czasach twoje nic nie znaczy. Nic, słyszysz? Jesteś nikim!
Przydupas kobiety przyskakuje do mnie. Nie wiem, kiedy w jego dłoni znalazł się sztylet, ale widziałem jego błysk w blasku świecy. Czuję chłodne ostrze na nieogolonym policzku.
- Milej - warczy mężczyzna. - Bo twoja śliczna buźka nie będzie już taka śliczna.
- Mam już dwie piękne szramy, przyjacielu - odgryzam się. - Trzecia mi niepotrzebna. Zabieraj swoją zabawkę, bo nie dobijecie ze mną żadnego targu.
Petyr przez chwilę waha się, ale na znak swej pani niechętnie odejmuje sztylet od mojej twarzy i cofa się o krok. Wciąż jednak świdruje mnie wściekłym wzrokiem, a ja wiem, że jeśli zostanę z nim sam na sam, to nie skończy się to dla mnie najlepiej. Przenoszę wzrok na Antaryonkę.
- To jak? - tym razem ja zadaję to pytanie, zakładając ręce za głowę i uśmiechając się szeroko. Naprawdę świetnie się tu bawię. - Targujemy się?
- Czego chcesz? - warczy kobieta. Znów śmieję się nieprzyjemnie. Od tego wszystkiego zaschło mi w gardle, a mój głos zrobił się chrapliwy. Chrapliwszy niż zwykle.
- Czegoś, co jest cenne w dzisiejszych czasach - odpowiadam z rozbawieniem. - Informacji. A także konia, paru błyskotek i całkowitej wolności osobistej - to mówiąc, rzucam kobiecie pod nogi sznur, który jeszcze chwilę temu krępował mi ręce.
<Annoro? To taki typ, nic nie poradzisz :P>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz