Sir Jorah zajął miejsce, które mu wskazano. Stół obrad był długi, ciężki, o wypolerowanym blacie i nogach rzeźbionych na kształt lisich łap. U jego szczytu, na podwyższeniu, stał misternie zdobiony tron władców Wschodu. Ciemne drewno było powycierane w pewnych miejscach przez stulecia użytkowania, ale siedzisko i tak wyglądało na o niebo wygodniejsze od tego w Sali Tronowej w Hammshert.
Świt obszedł całe pomieszczenie, dokładnie obwąchując nieliczne stojące w nim przedmioty i ciekawsko zaglądając w każdy kąt. Kiedy w końcu znudziło mu się myszkowanie, przysiadł na kamiennej posadzce przy krześle swego pana, wpatrując się ciekawie we wszystkich obecnych po kolei. Po chwili jednak utkwił wzrok w Caspainie, zajmującym miejsce po przeciwnej stronie stołu, między Lady Lorienne, a młodym mężczyzną, którego Lord Mormont kojarzył z jednej z walk, jakie stoczył podczas wojny domowej na Północy.
Wilkor zmrużył ostrzegawczo swe złote ślepia, wbijając wrogie spojrzenie w rudowłosego młodzieńca, a z jego gardła dobył się cichy, ostrzegawczy pomruk. Rycerz poklepał go uspokajająco po czarnym jak noc łbie. Zwierze natychmiast ucichło, choć wciąż mierzyło Caspaina nieprzychylnym wzrokiem.
Jorah słyszał już niejedno o Krwawym Cieniu, i, szczerze powiedziawszy, nie wszystko z tego mu się podobało. Szanował młodzieńca, jako przyszłego szwagra i odważnego wojownika, nie uważał jednak, by cechująca go brawura i impulsywność mogły jakkolwiek pomóc mu w walce. I choć cenił sobie dobrych szermierzy, to z tym chłopcem dobre stosunki pragnął zachować jedynie przez wzgląd na jego siostrę i matkę, a także swego rodzaju militarną potęgę, jaką były włości rudowłosego. Wyczuwał w nim coś, co go niepokoiło, a teraz zdawało się alarmować także Świt. Wilkor, choć młody, znał się na ludziach o wiele lepiej od niejednego doświadczonego przez życie człowieka. Lord ufał mu bardziej niż wszystkim swoim doradcom razem wziętym. Jeśli zwierzę nie ufało jego przyszłemu szwagrowi, to on też nie zamierzał.
Przynajmniej na razie.
- Nasz skarbiec nie pęka w szwach, ale, proszę mi wierzyć, sfinansowanie wesela w najmniejszym stopniu nie narazi Hammshert na bankructwo.
Lady Lorienne otworzyła usta, by się sprzeciwić, Jorah jednak gestem poprosił ją o ciszę.
- Wschód ucierpiał podczas ostatniej wojny – dodał z przyjaznym uśmiechem. – I choć nie wątpię, iż Lady Irisa jest osobą zaradną i gospodarną, to nie chciałbym wymagać aż tak wiele. To dość kosztowna uroczystość, jak zapewne przekonałaś się, pani, jakiś czas temu.
Kobieta skinęła głowa, zerkając w stronę córki. Lady Thesson zdawała się jednak bardziej zajęta cichą dyskusją z jednym ze swych doradców, by zwrócić na to uwagę.
Rycerz uśmiechnął się lekko, przyglądając Księżnej Wschodu. Musiał przyznać, że była kobietą niespotykanej urody, o smukłej sylwetce i pięknym uśmiechu. Najbardziej jednak fascynowały go jej oczy – duże, błyszczące, o odcieniu, który jak dotąd widział jedynie u swej ciotki, Maege. Jego własne były ciemniejsze, niemal granatowe, odziedziczone po ojcu. Już w dzieciństwie wydawały mu się nudne. A oczy Irisy… Mógłby patrzeć w nie całymi godzinami.
Po kolejnym kwadransie rozmowy zostało ustalone, że rodzina panny młodej pokryje połowę kosztów zbliżającej się ceremonii. Następne dziesięć minut i zebrani poczęli opuszczać salę jedno po drugim. Wzmożony ruch zbudził Świt, drzemiącego w kącie pomieszczenia. Wilkor uniósł łeb, wstał i przeciągnął się. Chwilę później już truchtał u boku pana, zmierzającego do wyjścia w towarzystwie Lady Lorienne.
<Iriso? :3>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz