Usiadłem okrakiem na kapłance i udami unieruchomiłem jej biodra.
- Sytuacja byłaby dużo przyjemniejsza, gdybyśmy oboje byli nadzy.. - palcami dotknąłem jej policzka. Eilistraee opuściła swoją dłoń na mój tors.
- Nie dotkniesz mnie. Nie jestem jedną z tych kobiet - oświadczyła.
- Nie muszę Cię dotykać. Nie chcę, nie potrzebuję tego. Myślisz, że odkąd tu jesteś marzę tylko o nocy z Tobą? Nie, kapłanko - zakpiłem. - Zazwyczaj nie zdzieram szat ze świętych.
- Gwałcisz - ton jej głosu świadczył o stwierdzeniu, nie o pytaniu. Pokręciłem z rozbawieniem głową.
- Tego też nie muszę robić. Gwałciciele paskudnie kończą - zamruczałem, nachylając się niżej nad kobietą. Dotknąłem ostrzem jej szyi. Szaleńcza satysfakcja w moim spojrzeniu niemal odbijała się w oczach Eilistraee. Przebiłem płytko jej delikatną skórę między obojczykami, a z jej rozchylonych ust wydobył się cichy jęk. Zacząłem powoli przesuwać nóż w mojej dłoni, tnąc w górę, idealnie na środku gardła kapłanki. Skończyłem na lini podbródka i z zadowoleniem przyjrzałem się swojemu dziełu.
- Nie powiem, że Ci w tym nie do twarzy, kapłanko - mruknąłem. Eilistraee poruszyła wargami, a rozcięcie zaczęło znikać.
- Lordzie, przeceniasz mnie - zatrzepotała rzęsami.
- Nie, nie przecieniam. Czy zobaczyłaś w moich oczach zaskoczenie? - spytałem.
- Nie. Widzę w nich jedynie zło, śmierć. Chaos, mój Lordzie - odparła. W milczeniu kolejny raz przystawiłem jej sztylet do ciała. Tym razem wybrałem prawą rękę.
- Mogłabym Cię teraz zabić - oznajmiła.
- Nie wątpię. Wiesz, co Ci powiem? Magia jest bronią tych, którzy boją się stanąć oko w oko ze śmiercią. Boją się ją pokonać, zobaczyć jaka jest piękna. Gdybym miał do wyboru śmierć lub uratowanie życia za pomocą magii, zawsze wybrałbym śmierć - wymamrotałem, koncentrując się na dłoni Eilistraee. Kobieta syknęła, gdy naciąłem ją po wewnętrznej strony, na samym środku. Gwałtownie wbiłem nóż, przebijając całą rękę. Na twarzy kapłanki pojawił się grymas bólu.
- Zobaczmy, czy sztuczka tym razem też się uda - powiedziałem i wyrwałem ostrze. Eilistraee zacisnęła mocno powieki, ale nic to nie dało. Z rany nadal obficie sączyła się krew. Kapłanka nie była w stanie użyć zaklęcia. Jej moc zdecydowanie się wyczerpała przy zmuszaniu mnie do padnięcia na podłogę i uzdrawianiu się.
- Najlepiej będzie, jeśli znajdziesz nadwornego medyka, kobieto. Każdy czasem opada z sił - uniosłem kąciki ust, wstałem i zostawiłem Eilistraee samą, leżącą na posadzce. Wróciłem do przepięknej sali, w której odbywała się uczta.
(...) Zwilżyłem wargi językiem, widząc jak Simeon, niespełna dziewiętnastoletni giermek Sir Jordana Hammeltona, zdejmuje koszulę, którą miał na sobie. Jego urocze, młodzieńcze ciało szpeciła jedynie długa, ciągnąca się wzdłuż żeber blizna. Przewróciłem chłopaka pod siebie.
- Piękna blizna.. - dotknąłem ją palcami. Bez wahania językiem przeciągnąłem po całej jej długości. Simeon zadrżał, jęcząc cicho.
- Jakie są Twoje blizny, Lordzie? Mogę zobaczyć? - spytał. Czułem jak wsuwa dłonie pod moją rozpiętą już lnianą koszulę. Chwyciłem go za włosy, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem, zachłannie, tak jak lubię.
- Dziś w nocy się na nie napatrzysz, nie martw się - wymruczałem, kolejny raz całując chłopca. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi, ale je zignorowałem. Dopiero za drugim razem podniosłem głowę, jednocześnie walcząc ze spodniami Simeona.
- Powiedziałem, by nikt mi nie przeszkadzał! - krzyknąłem, zirytowany. Drzwi od komnaty otworzyły się i do środka weszła Masilla, służąca Irisy.
- Lady Irisa kazała mi zwrócić Twój sztylet, Panie - pokłoniła się i spojrzała na Simeona, nie kryjąc swojego rozbawienia. Giermek zapewne za wszelką cenę próbował ukrywać swoje preferencje.
- Mój sztylet? - zeskoczyłem z łóżka i przyjąłem broń z jej rąk. - Nareszcie.
- To Twoja rodowa broń, Panie? - Simeon zapatrzył się w ostrze. Podałem mu go i zwróciłem się do Masilli.
- Nie przyłączysz się? - posłałem jej szelmowski uśmieszek, znowu siadając na biodrach Simeona. Masilla pokłoniła się ponownie i bez słowa wyszła, zostawiając nas samych.
- Wiele słyszałem o tym sztylecie, Panie. Podobno wyrobiono go ze stali i smoczych łusek, tysiące lat temu.
- Tak powiadają. Ja wiem tyle, że teraz, gdy mam go przy sobie, żadna, nawet najpotężniejsza magia nie jest w stanie mi zagrozić. Ludzie posługujący się czarami nie mogą go dotknąć, ani zastosować na nim zaklęcia, a i on sam broni mnie przed magią. To dzięki niemu nie zginąłem jeszcze z rąk magów, druidów, kapłanów.
- Musi kryć w sobie wielką noc - stwierdził chłopak. Zabrałem mu go i schowałem pod poduszkę.
- Każdy z nas ma w sobie wielką moc, Simeonie - wyszeptałem i pocałowałem go, a następnie brutalnie pchnąłem na plecy.
(Eilistraee? :P)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz