wtorek, 22 kwietnia 2014

Od Joraha

Ściany komnaty Joraha jak zawsze były zimne.
Lodowaty wicher zawodził wśród murów Hemmshert, wył w szczelinach między kamieniami głośniej niż stado wilkorów na tym zimnym, nieprzystępnym pustkowiu. Silniejszy podmuch otworzył okiennice, wpuszczając do środka mroźne powietrze. Lord Mormont niechętnie wstał i przemierzywszy pomieszczenie stanął w oknie. Zmierzył wzrokiem ponurą krainę na zewnątrz, jej zalesione równiny, ciągnące się aż do podnóża odległych gór. Jej ponure wzniesienia, bielące się na tle szarego od ciężkich chmur nieba. Nie tak odległe jak pasma górskie, których poszarpane kształty majaczyły w oddali, niemal zlewając się z nierównym horyzontem, ale wciąż zbyt dalekie, zbyt wrogie i obce, by myśleć o nich przyjaźnie.
Mężczyzna zacisnął powieki, pozwalając, by lodowaty wiatr szarpał jego ubranie.
Oto nasze królestwo, Jorahu – rzekł mu kiedyś ojciec, wyprowadzając syna na szczyt muru otaczającego miasto. Zatoczył ręką szeroki łuk, obejmując tym gestem wszystko to, co miał na myśli; wszystkie pagórki, rzeki, doliny i lasy, wszystkie zamarznięte pola i jeziora, którymi władał. – Przyjrzyj mu się, synu, przyjrzyj mu się dobrze, i zapamiętaj ten widok. Niechaj zajmie miejsce w twym sercu jako najserdeczniejszy obraz, do którego będziesz wracał pamięcią ilekroć zatęsknisz kiedyś za domem. Naucz się kochać to zimne, nieprzystępne królestwo, którym nasz ród włada od wieków. Naucz się kochać je tak, jak kocham je ja i wszyscy nasi poddani. Kochaj je, bo pewnego dnia to na ciebie spadnie obowiązek władania tą zimną ziemią. Kochaj ją i żyj w zgodzie z dewizą naszego rodu. Czy pamiętasz ją, synu?
Czy pamiętasz ją, synu? – w umyśle Joraha wybrzmiało echo dawnych słów. – Czy pamiętasz?
Płatki śniegu bieliły rzednące włosy Lorda Mormonta, gdy ten zamykał drewniane okiennice.
- Tu nasze miejsce, ojcze – odezwał się, jakby wierzył, że tymi słowami sprowadzi Jeora z powrotem do domu. - Pamiętam.

***

Pukanie zbudziło Joraha ze snu. Ledwo jednak usiadł na swym posłaniu, ciężkie, dębowe drzwi otworzyły się i do środka wpadła drobna, blada dziewczyna z kołczanem przewieszonym przez plecy i łukiem w dłoni. Do pasa przytroczony miała miecz, a jej kruczoczarne włosy były w takim nieładzie, że sprawiała wrażenie, jakby i ją dopiero co ściągnięto z łóżka.
- Wuju! - wykrzyknęła, przebiegając przez pokój. Za nią do komnaty wpadł strażnik.
- Panie, przepraszam - zaczął tłumaczyć się gęsto. - Mówiłem jej, że nie chcesz, by ci przeszkadzano, ale ona nie zwracała na to uwagi. Nie chciała słyszeć o tym, że nie masz czasu...
Lord uśmiechnął się lekko.
- Już dobrze, Martelu - uspokoił strażnika, z jękiem podnosząc się ze swego twardego posłania. - W porządku. Jesteśmy... - tu zerknął na dziewczynę. - rodziną. Czyż nie, Rahelo?
Ta pokiwała energicznie głową. Jorah zaśmiał się cicho, gestem nakazując strażnikowi zostawić ich samych. Gdy tylko za Martelem zamknęły się drzwi, wskazał dziewczynie miejsce przy niedużym stole. Przysiadła niepewnie na brzegu jednego z krzeseł z czarnego drewna, jak ptak w każdej chwili gotów odlecieć.
- A więc - mężczyzna usiadł naprzeciw i pochylił się w jej stronę. - Mów, co się dzieje, dziecko.
- To delegacja, wuju - mówiła do niego "wuju", mimo iż na dobrą sprawę wcale nie byli ze sobą spokrewnieni. - Rano przyleciał kruk. Ma przybyć dziedzic tronu Królestwa Zachodu.
Jorah skinął głową w milczeniu. Dziedzic tronu? Ostatnio widział go gdy ten był jeszcze chłopcem, ale wieści o chorobie jego ojca doszły nawet do Hammshert. Jorah westchnął. Pamiętał dobrze swoją wizytę w Eress'vea, którą złożył Ivarowi i jego pięknej żonie tuż przed tym, jak jego ojciec, Jeor, najechał Południe...
Wiele się od tamtego czasu zmieniło.
- Dobrze - odezwał się po chwili ciszy, wstając. - Dziękuję ci, Rahelo. Kto trzymał wartę na murze gdy przyleciał kruk?
- Ramly, wuju - dziewczyna uśmiechnęła się złośliwie. - Przez tydzień nie wyjdzie z domu jeśli dowie się, że byłam tu przed nim.
Mężczyzna zaśmiał się serdecznie, kładąc jej dłoń na ramieniu i prowadząc do drzwi.
- Dowie się, bądź spokojna - odparł. - A teraz pozwól mi przygotować wszystko na przyjazd gościa. Nie co dzień mamy szansę gościć na Północy tak wielką osobistość.

***

Książę Felsaroth miał przybyć za trzy dni pod pretekstem odnowienia więzów łączących niegdyś ich ojców. Jorah nie był pewien, jaki jest prawdziwy cel jego podróży, ale nie sądził, by wynikło z tego coś dobrego.
Główny dziedziniec Hammshert był placem o rozmiarach nieprzystosowanych do przyjmowania książęcego orszaku. Ze wszystkich stron osłonięty zabudowaniami i wysokim kamiennym murem, które chroniły go przed lodowatym wiatrem, sprawiał wrażenie upchniętego w skrawek wolnej przestrzeni, tam, gdzie powinno znajdować się coś innego. Na ogół pusty, dziś tętnił życiem - wszyscy pragnęli przygotować się jak najlepiej na przyjazd księcia, pokazać z jak najlepszej strony.
Jorah odwrócił wzrok od placu na zewnątrz i znów skupił się na kuchmistrzu, Jorynie, paplającym trzy po trzy i proponującym coraz to nowe dania na ucztę powitalną. Lord Mormont wcale nie miał ochoty wybierać żarcia, ale nie miał też specjalnie większego wyboru.
- A może dzik, panie? - gadał dalej pulchny kucharz. - Dzik w miodzie i żurawinie, tak, to coś, czego młody książę na pewno nigdy nie próbował na Zachodzie...
- Niech więc będzie dzik - westchnął rycerz. Był zmęczony i jedyne, czego teraz pragnął, to móc odpocząć. Joryn znów począł paplać, zupełnie nie zwracając uwagi na nieszczęśliwą minę swego pana.
Po chwili sir Jorah nie wytrzymał. Wstał i ruszył w stronę wyjścia, nie obdarzając kuchmistrza słowem wyjaśnienia.
- Panie! - zawołał ten. - A dania?
- Ufam ci, Jorynie - odparł Lord, zatrzymując się w progu. - Przygotujcie to, co uznacie za stosowne. Północ nie jest wybredna. Im szybciej młody książę się o tym przekona, tym lepiej.
Śnieg wirował w swym odwiecznym tańcu, porywany do niego przez zimny północny wiatr. Jego lodowaty oddech wpadający przez otwartą bramę, niczym żywa istota, dmuchnął rycerzowi prosto w twarz gdy tylko ten wyszedł z ciepłego wnętrza na kamienny dziedziniec. Mężczyzna otulił się szczelniej futrem, wciskając głowę między ramiona, i ruszył szybkim krokiem przez plac. Pogoda była coraz gorsza, mrozy coraz dłuższe i ostrzejsze. Wkrótce słońce skryje się za ciężkimi chmurami, a śnieg odetnie trakty prowadzące do Hammshert od reszty świata. Nie było co do tego wątpliwości. Nadejście srogiej zimy to tylko kwestia jednego, może dwóch miesięcy.
Sir Jorah uchylił ciężkie wrota i wślizgnął się do środka, strzepując z siebie płatki śniegu. Ciepło głównego holu było przyjemnym kontrastem dla chłodu panującego na zewnątrz. Rycerz ściągnął grube, skórzane rękawice i ruszył korytarzem w stronę głównej sali.
Nie uszedł jednak dziesięciu kroków, a obok niego jak spod ziemi pojawiła się znajoma sylwetka.
- Panie - dziewczyna skłoniła się lekko. Lord Mormont odpowiedział skinieniem głowy.
- Co cię do mnie sprowadza, Cassandro? - spytał, przystając. Jego wzrok przez chwilę nerwowo błądził po rzeźbionych drzwiach do głównej sali. Mężczyzna wiedział, że czeka go za nimi jedynie parę bitych godzin siedzenia na niewygodnym, twardym tronie i rozwiązywania problemów poddanych z pomocą doradcy. Zdecydowanie wolał odciągnąć te chwile, a rozmowa z uzdrowicielką, która jakiś czas temu przybyła na Północ, wydawała się dobrym sposobem.

<Panienko Cassandro? :3>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz