Kiedy zostałem sam, moje myśli się rozpłynęły. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Pewnie wróciłbym do wioski, gdyby nie burza, która niespodziewanie się rozpętała. Znużony postanowiłem to przeczekać w jakiejś niewielkiej jaskini. Rozpaliłem ogień i nawet nie zauważyłem, gdy zasnąłem.
Następnego dnia obudził mnie czyjś nieświeży oddech, który zawisł nad moją twarzą. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem dzikiego psa, przyglądał mi się. Wstałem powoli, a pies rzucił się na mnie. Tyle że nie miał zamiaru mnie zagryźć, tylko wylizać na śmierć. Ze śmiechem ściągnąłem z siebie zwierzaka, nakarmiłem go. Nazwałem go Rooney. Potem zebrałem swoje rzeczy i ruszyliśmy w drogę.
Spacerowałem spokojnie po lesie, z burym psem plątającym się między nogami. I pewnie spacerowalibyśmy sobie w całkowitym spokoju, gdyby nie okrzyki jakiś mężczyzn. Domyśliłem się, że byli to ci sami żołnierze co wczoraj, nikt inny nie drze się tak w lesie. No chyba, że jakiś przygłup.
Z czystej, niezaspokojonej ciekawości, podążyłem za tymi okrzykami, oczywiście uważając, by mnie nie zauważono. Psa ukryłem w krzakach, a sam wspiąłem się na drzewo, żeby mieć lepszy widok. Znowu. I osiągnąłem zamierzony efekt. Z góry widziałem wszystko jak na dłoni. Ruda była otoczona przez bandę gości z mieczami. Hm. Ciekawe. Potem podszedł do nich ten dupek, którego dziewczyna wczoraj pobiła, a który dowodził bandą tych....Zresztą nieważne.
Dziewczyna miała wątpiącą minę, ale raczej nie przyznałaby, że się boi. Mężczyzna był jednak zadowolony z tego spotkania. Zaczynało się robić coraz ciekawiej. Ruda rozejrzała się wokół, szukając jakiegoś rozwiązania. Wkrótce potem jej wzrok spoczął na mnie. Jej oczy mówiły "pomóż mi". Westchnąłem z dezaprobatą i przeciągnąłem się jak kot, po czym zeskoczyłem z drzewa. Zmierzyłem żołnierzy chłodnym spojrzeniem, po czym przeniosłem wzrok na "tego strasznego".
- Rozwiążmy tę sprawę pokojowo- zaproponowałem, po czym jeden z żołnierzy zaatakował mnie od tyłu. Szybko sobie z nim poradziłem. Pozostali chcieli też się na mnie rzucić. Spojrzałem na dziewczynę i puściłem jej oko.
- Czas się zwijać- stwierdziłem i zagwizdałem. Roon zjawił się natychmiast i odwrócił uwagę mężczyzn. Pociągnąłem dziewczynę za rękę, wyrwałem wodze jednego konia i posadziłem na nim rudą.
- Jedź- poleciłem, uśmiechając się nonszalancko.- Jeszcze się spotkamy.
I klepnąłem konia w zad. Popędził galopem między drzewa. Wściekli żołnierze znów skierowali na mnie swoją uwagę. Rozbroiłem kilku z nich, ale było ich za dużo. Miałem problem. Na szczęście pod ręką znajdował się drugi koń. Szybko na niego wsiadłem i pocwałowałem w przeciwną stronę niż dziewczyna. Ścigali mnie przez jakiś czas, ale w końcu ich zgubiłem. Zmęczony, zatrzymałem się i puściłem konia wolno. Kilka minut później zjawił się Rooney. Uśmiechnąłem się na jego widok. Usiedliśmy pod starym dębem i ucięliśmy sobie drzemkę. Jakąś godzinę później wziąłem swoją torbę i ruszyliśmy w stronę rzeki. I zupełnym przypadkiem znalazłem tam rudą. Odpoczywała. Była ranna.
<Iskra?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz