środa, 30 kwietnia 2014

Od Williama C.D Iskry

Kiedy zostałem sam, moje myśli się rozpłynęły. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Pewnie wróciłbym do wioski, gdyby nie burza, która niespodziewanie się rozpętała. Znużony postanowiłem to przeczekać w jakiejś niewielkiej jaskini. Rozpaliłem ogień i nawet nie zauważyłem, gdy zasnąłem.
Następnego dnia obudził mnie czyjś nieświeży oddech, który zawisł nad moją twarzą. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem dzikiego psa, przyglądał mi się. Wstałem powoli, a pies rzucił się na mnie. Tyle że nie miał zamiaru mnie zagryźć, tylko wylizać na śmierć. Ze śmiechem ściągnąłem z siebie zwierzaka, nakarmiłem go. Nazwałem go Rooney. Potem zebrałem swoje rzeczy i ruszyliśmy w drogę.
Spacerowałem spokojnie po lesie, z burym psem plątającym się między nogami. I pewnie spacerowalibyśmy sobie w całkowitym spokoju, gdyby nie okrzyki jakiś mężczyzn. Domyśliłem się, że byli to ci sami żołnierze co wczoraj, nikt inny nie drze się tak w lesie. No chyba, że jakiś przygłup.
Z czystej, niezaspokojonej ciekawości, podążyłem za tymi okrzykami, oczywiście uważając, by mnie nie zauważono. Psa ukryłem w krzakach, a sam wspiąłem się na drzewo, żeby mieć lepszy widok. Znowu. I osiągnąłem zamierzony efekt. Z góry widziałem wszystko jak na dłoni. Ruda była otoczona przez bandę gości z mieczami. Hm. Ciekawe. Potem podszedł do nich ten dupek, którego dziewczyna wczoraj pobiła, a który dowodził bandą tych....Zresztą nieważne.
Dziewczyna miała wątpiącą minę, ale raczej nie przyznałaby, że się boi. Mężczyzna był jednak zadowolony z tego spotkania. Zaczynało się robić coraz ciekawiej. Ruda rozejrzała się wokół, szukając jakiegoś rozwiązania. Wkrótce potem jej wzrok spoczął na mnie. Jej oczy mówiły "pomóż mi". Westchnąłem z dezaprobatą i przeciągnąłem się jak kot, po czym zeskoczyłem z drzewa. Zmierzyłem żołnierzy chłodnym spojrzeniem, po czym przeniosłem wzrok na "tego strasznego".
- Rozwiążmy tę sprawę pokojowo- zaproponowałem, po czym jeden z żołnierzy zaatakował mnie od tyłu. Szybko sobie z nim poradziłem. Pozostali chcieli też się na mnie rzucić. Spojrzałem na dziewczynę i puściłem jej oko.
- Czas się zwijać- stwierdziłem i zagwizdałem. Roon zjawił się natychmiast i odwrócił uwagę mężczyzn. Pociągnąłem dziewczynę za rękę, wyrwałem wodze jednego konia i posadziłem na nim rudą.
- Jedź- poleciłem, uśmiechając się nonszalancko.- Jeszcze się spotkamy.
I klepnąłem konia w zad. Popędził galopem między drzewa. Wściekli żołnierze znów skierowali na mnie swoją uwagę. Rozbroiłem kilku z nich, ale było ich za dużo. Miałem problem. Na szczęście pod ręką znajdował się drugi koń. Szybko na niego wsiadłem i pocwałowałem w przeciwną stronę niż dziewczyna. Ścigali mnie przez jakiś czas, ale w końcu ich zgubiłem. Zmęczony, zatrzymałem się i puściłem konia wolno. Kilka minut później zjawił się Rooney. Uśmiechnąłem się na jego widok. Usiedliśmy pod starym dębem i ucięliśmy sobie drzemkę. Jakąś godzinę później wziąłem swoją torbę i ruszyliśmy w stronę rzeki. I zupełnym przypadkiem znalazłem tam rudą. Odpoczywała. Była ranna.

<Iskra?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz