- Nie wiem, co mogłabym o sobie powiedzieć, Lordzie. To zbyt.. Wątły temat - posłała jeden z tych swoich sztucznych, idealnie wyćwiczonych uśmiechów.
- Widząc mnie i Simeona w tak dużym zbliżeniu, nawet nie mrugnęłaś. Musiałaś już wiele razy zobaczyć taki widok - zgadywałem na głos, koncentrując się jednocześnie na nożu. Osełka w mojej dłoni chodziła po ostrzu szybko, pewnie.
- Nie zaprzeczę, Panie - ton głosu Eilistraee nadal był taki sam.
- Podejrzewam, że widząc mnie i moją siostrę, Lady Irisę, Twoja reakcja pozostałaby niezmienna - ciągnąłem. Milczenie Eilistraee było dla mnie wystarczającą odpowiedzią. - Wnioskuję, że wychowałaś się w nieodpowiednim dla dziecka miejscu, nieprawdaż?
- To prawda, mój Lordzie - cicho westchnęła. Uniosłem pytająco brew, choć pytania nie zadałem.
- W jakim to było mieście? - zainteresowałem się.
- W Emhart Derum - kapłanka odwróciła wzrok.
- A więc na Południu - zauważyłem. - I nie, nie boję się. Czego miałbym się bać? Wojny? Chaosu? Dlaczego miałbym odczuwać strach przed samym sobą?
Eilistraee pokiwała głową, jakby zgadzała się z moimi słowami. Podrzuciłem nóż, obserwując jak płynnie przecina powietrze. Zadowolony z efektu, schowałem ostrze do pochwy. Podniosłem się z krzesła.
- Wyjeżdżamy na polowanie, kapłanko. Żywię głęboką nadzieję, że pojawisz się na dzisiejszej uczcie - uniosłem kąciki ust, uśmiechając się zawadiacko. Zostawiłem Eilistraee samą w altanie. Wiele osób ją odwiedzało. Miała w sobie coś niezwykłego, coś uzależniającego.
- Lordzie Caspainie, wszyscy już Ciebie oczekują - Simeon znienacka znalazł się przy mnie. Nie wiedziałem, z którego powodu jest bardziej zarumieniony: widzenia mnie, czy biegu. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Trzymaj się blisko mnie - puściłem do niego oczko i beztroskim krokiem ruszyłem w stronę komnat. Lubiłem polowania. Lubiłem zabijać. To od zawsze sprawiało mi.. Przyjemność. Przebrałem się w wygodne, przylegające do mojego ciała ciemnozielone spodnie z wysokim stanem i luźną, lnianą koszulę, której krańce wsunąłem za pas. Nie przejmowałem się nigdy dworską etykietą i tym razem nie zamierzałem odchodzić od swoich upodobań. Upewniłem się, że cenny wisior zawieszony jest na mojej szyi, wziąłem ostrzony wcześniej nóż myśliwski, łuk, kołczan wypełniony strzałami. Szybko dotarłem na dziedziniec i wskoczyłem na swojego rozjuszonego wierzchowca, o sierści tak rudej i płomiennej jak moje włosy. Mocno ściągnąłem lejce. Ogier przestępował z nogi na nogę, zniecierpliwiony. Uniosłem kąciki ust. Tak, Century pasował do mnie wręcz idealnie.
(Eilistraee?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz